Archiwum zbiorcze lutego
święta cd
No dobra... Niech będzie Świat ciąg dalszy...Bo jak jeszcze troszkę pozwlekam, to się zrobi Wielkanoc i będę musiała wtedy o wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia, a nie jestem do tego tematu do końca przekonana. Wracamy więc do 24 grudnia. Tak jak już napisałam, ucieszyłam się widząc siostrę cała i zdrową, acz lekko trinkniętą. Radość była obopólna, chociaż u Sistera miała inne powody...cos w rodzaju: czipsy przyszły, ale w przełożeniu na wino. Od razu też poinformowała mnie konfidencjonalnym szeptem, ze mamuśka sobie wszystko zrobiła sama, więc próbowałam ukryć swoja kapustę z grzybami i przemycić ją z powrotem do domu (stary Młody lubi ją najbardziej ze wszystkich potraw wigilijnych)...ale wykazałam się słabym refleksem i kapusta dwa wylądowała na stole. Wino, a właściwie jego konsumpcja przez obie gospodynie miała zbawienny skutek. Jakoś osłabiła cierpiętnicze tendencje mamy i zrobiło się nawet całkiem świątecznie. Uczciwie muszę przyznać, że zgodnie z zasadą, że nic w przyrodzie nie ginie, tendencje wypłynęły ostatnio, acz z dużym opóźnieniem. No bo mama ostatnio zachorowała...min na zapalenie stawów...a dlaczego? No dlaczego? Bo się przedźwigała w święta...Chyba kapustą i makiem... Znowu mi się dygresje namolnie pchają, ale już wracam do zasadniczego wątku. Udało się zasiąść do stołu, potrawy wigilijne zdublowane, więc stół bogato zastawiony. Konsumpcja przebiegłą sprawnie, bez żadnego tam dławienia się ością, czy coś...Kolędy w tle, młodzi wyszorowani i przebrani...zerkają na prezenty pod choinką...dekoracje świąteczne, aniołek przysiądnięty na rurze do kaloryfera (no ta biegła akurat do, a nie od).....świece się palą....Aniołka wspominam nie bez przyczyny...bo dziwny jakiś był. Przy bliższych oględzinach okazało się, ze był to aniołeczek upadły, ale zebrany potem klejem do tak zwanej kupy. Przez mamę, która czuła się dumna z powodu tak pięknie odratowanego aniołka. Zdaje się , że sobie cos przykleiła w trakcie tej operacji, ale już nie pamiętam co, chyba palce.... No i nagle radio zamilkło...No to mamuśka, pełna zaufania do umiejętności młodych poprosiła o naprawienie starego Młodego...No chętny to on nie był, twierdził, że się nie zna, nie wie i nie da rady...Dał, zrzucić aniołka...Nastrój lekko zakręcony przerodził się w nasz atak śmiechu (mój i Sistera, bo mamuśka wybyła do kuchni)...Na nasz śmiech pojawiła się mama, ale wino zrobiło swoje i mama ucieszyła się tylko „jaki dobry klej- zobaczcie, potłukło się w zupełnie innych miejscach” . To wyznanie spowodowało, ze leżałyśmy na stole i kwiczałyśmy cichutko, bo nie miałyśmy już siły na śmiech. Jednakowoż to wydarzenie nie naprawiło radia, więc ma lekko zbulwersowana i rozczarowana starym Młodym wyznaczyła młodego Młodego do działań naprawczych....Młody odsunął radio od ściany, zajrzał w coś tam od tyłu, poskrobał się po głowie, a w tym czasie stary młody coś nacisnął i radio ożyło. „Mój synuś ukochany”, ucieszyła się babcia, „taki młody i taki zdolny...” To było skierowane do młodego Młodego, a stary aż się nadął z oburzenia...ale nie zdążył nic wtrącić, bo dialog z młodym trwał...”a jak to zrobiłeś” – nnnno...spiąłem zworki....trzeci z piątym...i jakoś tak... „Ojej, a to tak długo wytrzyma?” – nnnno nie, za 3 miesiące trzeba będzie powtórzyć, bo na krótko spiąłem”....Nie miałyśmy siły się śmiać ...turlałyśmy się tylko po stole wydając niezidentyfikowane dźwięki. Młody Młody jest rodzinnym komikiem, więc udaje mu się takie numery zupełnie bezkarnie odwalać. Pamiętam kiedyś dyskusję rodzinną na temat odżywiania zgodnie z grupą krwi. Okazało się, ze Młody nigdy nie miał jej badanej (no tej krwi) i nie wiadomo jaką ma. A Ty jaką masz? Padło pytanie do starego Młodego....Nie zdążył odpowiedzieć, bo młody Młody wypalił : złośliwą ! Co jest absolutnie świętą racją, bo o ile młody Młody jest misiowaty i słodki, to stary jest złośliwy i opryskliwy. Chociaż ma dobre serce:-) ale się w domu nie udziela... No dobra, to jeszcze jedno wejście młodego. Sister namawiał tatkę na wizytę u siebie. Oczywiście nie bez przyczyny, jak się okazało...bo się sisterowi cos w baterii łazienkowej zatkało. Z prysznica leciało, a z kranu wcale....Na to młody „a policzyłaś wszystkie koty”? No i już kończę tylko przytoczę powiedzenie naszej mamy, które świadczy o daleko posuniętej patologii... Jaki rozmiar powinna mieć damska torebka? No taki, żeby się pół litry mieściło:-) i tu muszę się przyznać, że moja aktualna torebka nie jest damska torebka, tylko jakąś hybrydą, torebkową podróbą...czy cóś...Za to u siostry zmieszczą się ze dwie flaszki...i to spokojnie. No i jeszcze, żeby zamknąć temat tych świat już na zawsze, powiem jeszcze, że młodzi mieli cos z samochodu mamuśki przynieść....Przynieśli, a i owszem, ale drzwi to nie domknęli...no i troszku się samochód rozładował...No nie trzeba ich było prosić, jak nie mieli ochoty:-)
2004-02-25 19:38:51
niech będzie o maku....
Chociaż mam uraz, bo popełniłam pięknego bloga poświątecznego (no było też o maku)...w trakcie telefon miałam, a jak chciałam zapamiętać, to wyskoczyło hasło...a skąd ja mam pamiętać jakieś bzdurne hasło???? No i szlag trafił takiego cudnego bloga... No a teraz to muszę pogrzebać w pamięci...To było tak...Wigilia miała być u mamuśki, bo ani Sister, ani ja nie posiadamy stołu, co jak wszystkim wiadomo jest sprzętem niezbędnie potrzebnym przy kolacji wigilijnej. No ale nie chciałyśmy, żeby się przemęczała, więc sprawiedliwie podzieliłyśmy miedzy siebie kulinaria...Ja miałam zrobić kapustę z grzybami, a Sister mak z bakaliami, a młodzi dobre wrażenie. Nasza mamuśka jest osobą z tego pokolenia, co to uważa, ze jedzenie jest w pewnym sensie okazywaniem uczuć...im więcej wysiłku, stania w ogonach, mieszania, wałkowania i ciężkiej harówy fizycznej tym miłość obfitsza i bardziej gorąca...albo malinowa....Malinowa mi się podoba, to nowe określenie czegoś słodkiego, cudnego i pozytywnego... Wracając do mamuśki...jeśli rosół, to z makaronem ugniecionym ręcznie ( a Młody jak łyka, to przeca nie rozpozna...czy to Babcia czy Danuta zagniatała...), jeśli kapusta , to z grzybami zbieranymi własnoręcznie hihihihi...no troszkę przesadziłam, ale coś w tym jest. A święta to już totalny hardcore....Co roku musiałyśmy wysłuchiwać o kolejce po karpia, o pracy w kuchni do późnej nocy....o zakłuciu w palec ością..o nadwerężonych stawach, i ble ble ble....No stawała nam ta wieczerza w gardle, oj stawała. Więc ten podział obowiązków to troszkę też, żeby później nie słuchać. Ale nam jest naprawdę obojętne, czy karp przed konsumpcją był żywy, czy zanabyty w dzwonkach, czy makaron ręczny, czy automatyczny...Więc poddałam siostrze szatański pomysł, żeby mak kupić (pojawił się taki w puszkach, już przyrządzony)...ale się spóźniłyśmy...no i musiała biedna Mła sama mak przyrządzać. Ale go tylko wstępnie przydusiła, i taki półprodukt miała u mamuśki przez elektryczna maszynkę przepuścić...No i pojechała z makiem w misce....ale mak nie chciał w misce przebywać...Jak to mak, miał wolną wolę i rozlazł się po samochodzie....No powiem tylko tyle, ze jeszcze jak na Sylwka jechałyśmy Sistera samochodem to smród był jeszcze przeraźliwy.... Coś w rodzaju kocich szczochów...Łomatko....Tego się opisać nie da...Smród w końcu wywietrzał...ale Sister w charakterze Kopciuszka wygarniający mak z samochodu na długo pozostanie w mej pamięci ...A mówiła jej koleżanka Koza, że za szybko jeździ? Mówiła.... A na dokładkę, jak dojechała do mamuśki, to się okazało, że sobie ona sama (mamuśka) mak zrobiła i kapustę i wszystko, bo lubi wszystko mieć swoje...i chyba jakiś konkurs kulinarny...a tu mamy mak mamy, a tu mak córci a tu kapustka drugiej córci, a tu kapustka mamusi...Eeeech...Tylko tak sobie myślę, że dobrze, że się nie dałam wkręcić w przygotowanie i przewiezienie gara kompotu z suszu, bo tez byłby alternatywny...a kompot, jak wiadomo wykazuje większe tendencje do oswabadzania się w samochodzie niż mak...
2004-02-24 13:27:09
znowu o kotach....poniekąd
No dobra, nich będzie ....ulegam pod presją większości...W sensie blogowania...Chociaż humoru dziś nie mam bo: Młody nie uczestniczy w życiu codziennym...więc...koci wucet cuchnie, a ja mam wrażliwe powonienie...Bałagan jakoś zniosę (można oczka przymknąć) ale smrodu nie....A ponieważ zawsze poganiam Młodego do wyjścia to sobie pomyślałam, że dziś się nie spieszę...to w końcu on ma na 7.15 do pracy...No i wzięłam się za ten wucecik...co za licho mnie podkusiło??? No mogłam chociaż kolejność zmienić...najpierw czynności asenizacyjne a potem prysznic ..balsam i perfumki :-) Ale nie...ja zawsze muszę wszystko na odwrót....Zestrojona (a co, garniturek odebrałam właśnie z pralni), wypachniona...się wzięłam za czyścicielstwo...czas był ku temu najwyższy....kto ma koty ten wie, a kto nie ma, lepiej niech się nawet nie domyśla, co to za przyjemność....Się wrzuca łopatką takie trociny zgulowane...do sedesu i spłukuje. One się tam rozpuszczają i spływają poniekąd do Wisły. Ale nie dzisiejsze...dzisiejsze zgulowane utworzyły zator, który nie poddawał się urządzeniu składającemu się z drewnianego trzonka i gumowej miseczki....czyli przepychacza, a jak to się właściwie nazywa??? Przepychacz? No nieważne...stoczyłam walkę dwudziestominutową, łazienka wygląda jak po najeździe Hunów błotnych, a ja, no ja musiałam zmienić koncepcję ubraniową...i zeźliłam się na koty (tak już mi coś chodzi po głowie, żeby odstawić im jedzenie i picie), na Młodego, na śnieg, na tumany drogowe ( w sensie ludzi a nie zadymek), na siebie tez trochę jestem zła....w końcu wychodziłam już z domu...smród na odległość nie działa, trzeba było sobie spokojnie w charakterze damy z domu wyjść... Ufff. Pomyślę jeszcze nad restrykcjami dla Młodego, bo przestałam mu już prasować ciuchy (bo nie uczestniczy...) ale on nawet nie zauważył. Nie poddam się, nie po to uwolniłam się od jednego pasożyta, żeby drugiemu usługiwać. Musze pomyśleć, co by tu jeszcze..... A teraz tradycja... No to powiem tylko, że nie jesteśmy z Sisterem do siebie podobne, absolutnie i wcale z wyglądu, a co do wnętrza, to tez różnice występują znaczne ...Może tylko poczucie humoru mamy podobne...No i lubimy czytać w dużych ilościach, no i neć lubimy...No trochę upodobań wspólnych mamy...I mamuśkę wspólną i tatkę....Ale poza tym...No jak ktoś nas widzi to się dziwi: „Wy nie jesteście do siebie podobne” na co my, patrząc na siebie z mieszanką odrazy i wyższości (ze niby to w tym układzie siostrzanym, to zawsze ta druga siostra jest ta gorsza, brzydsza i głupsza) potrafimy powiedzieć chórem „wcale nie!”. Ale tak naprawdę to się bardzo lubimy a nawet kochamy ....Co nie Sister?
2004-02-24 08:48:27
patologia rodzinna....
No cóż....wiadomo, że ani ja ani siostra nie pochodzimy z normalnej rodziny. Jest to ewidentnie rodzina patologiczna...od najmłodszego jej członka (excusez le mot) po najstarszego...Od czego by tu...Może od dawnych lat, kiedy to mój Sister był dziecięciem nieletnim i nie wymawiał końcówek....a skarżypytą był niemiłosiernym...Latał więc na skargi do naszej mamy i mawiał: mama a siostra mówi , ze jeste gupia....No i obrywałam, bo nie wiadomo było kto tak naprawdę jest gupi...Ale to pryszcz...Do legendy rodzinnej przeszedł już fakt, jak nasza mama, która generalnie nie akceptowała moich znajomych, bez względu na płeć i pochodzenie, wypowiedziała swoją słynną kwestię : Córciu, z kim dziś wychodzisz na dyskotekę ? (kiedyś się chodziło! A co!) Na to ja odparłam : z nikim....ale mamcia z rozpędu rzuciła: „a nie mogłabyś z kim innym?” Tjaaaa...pozostając przy mamuśce...przypomina mi się jeszcze jedna scenka...Otóż naszą decyzję o rozwodzie zakomunikowaliśmy w gronie rodzinnym....w obecności Sistera (który wiedział) i mamuśki, którą ta wiadomość zaskoczyła... No cóż.... Reakcja byłą co najmniej zaskakująca...Mój ex, do tej pory wróg publiczny nr 1 nagle stał się najukochańszym zięciem świata.....No i rozpacz...obficie podlewana alkoholem... (ta patologia! ) ...no i wyrzekania, lamenty i takie tam....Makijaż mamuśce spłynął, nos poczerwieniał...eeeech, no comments. No i po tym niezbyt udanym spotkaniu zjeżdżałam z mamuśką i sisterem windą, a dosiadła się sąsiadka, która czuła się chyba niepewnie w klimatach, które zapanowały w windzie...popatrzyła badawczo na nas i spytała, wskazując Sistera: „a to siostra” ? Nie zdążyłam zareagować, kiedy mamuśka odparła: „tak ...siooostra, a ja k...a maaatka” Sąsiadka uciekła, a my nie mogłyśmy pohamować śmiechu....nawet mamuśka.... No ale to były dowcipy ...powiedzmy sytuacyjne. A pamiętam sytuację, kiedy to nasz tatko spalił dowcip i dzięki temu pamiętam go (tego dowcipa, nie tatkę) do dziś. Otóż....szedł sobie niedźwiedź przez las...potknął się o pieniek i wybił sobie dwie jedynki....schował się w krzaki i tam cichutko ubolewa nad swoim losem...ubolewał aż do wieczora kiedy to zapadły ciemności....Wtedy to nadszedł leśniczy, który usłyszał, ze coś w krzakach szeleści, i poświecił w krzaki latarką pytając groźnie: „kto tam?” na to usłyszał cichutkie „nieświeś”.......No i tacie kawał się bardzo spodobał, tylko udało mu się spalić przy opowiadaniu końcówkę....., która w wykonaniu tatki zabrzmiała: ”i poświecił w krzaki latarką pytając groźnie: „kto tam?” na to usłyszał cichutkie „zgaś latarkę”... Zresztą słynnym powiedzonkiem tatki stało się też „jak ktoś ma pecha, to mu i w kościele cegła na głowę spadnie”...jak to w kościele? O co chodzi z tym kościołem???? No ...drewnianym... Zresztą patologię wykazują chyba wszyscy...od razu kojarzy mi się stary Młody, który mnie ochrzania, jak nie zamknę klapy od sedesu, i młody Młody, który zasługuje na odrębnego bloga.... Ale to może jak wspomnę ostatnie święta, bo szkoda by było ich nie uwiecznić....Powiem tylko tyle, że zobowiązałam się zakupić wino na wigilię, która to wigilia odbywała się u mamuśki....Sister został zapędzony do roboty...ale wspólna praca z mamuśką wymaga podlewania winkiem...no trzeba się znieczulić... No i kiedy wkroczyłam już do domu mamuśki, z Młodymi zresztą, usłyszałam od Sistera „jak dobrze, że jesteś....wino się skończyło” No i tyle .....patologia przewinie się pewnie jeszcze nie raz....
2004-02-23 07:59:52
narty...
A teraz troszkę o sportach zimowych...w zasadzie na czasie, bo zima ciągle w pełnej krasie, garaż malują, w domu śmierdzi, a samochód stoi zasypany śniegiem na dworze. Znowu mi się dygresje nachalnie wpychają....To zdjęcie, które jest na stronce to ja na swoim drugim w życiu wyjeździe narcianym. Było naprawdę super, ale ja chciałbym dziś o pierwszym. Namówiona przez koleżankę podjęłam decyzję w tydzień, zapakowałam młodych do samochodu i ruszyłam do Czech. Sprzęty sobie wypożyczyliśmy (a po co kupować, jak nie wiadomo, czy nam się to spodoba). No więc....uzbrojeni w narty i deskę wjechaliśmy jednym z wielu wyciagów na górę. Jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby jakieś lekcje pobrać, czy co....a po co? Wielkie mi co ...narty....jak narty... Szło mi nawet nieźle, pominąwszy fakt, że nie wiedziałam jak to to na nogach zamontować. Po krótkiej, acz bezskutecznej walce katem oka popatrzyłam na ludzi obok ...no i jakoś dałam radę...Wyciag mnie zestresował, ale przecież nie będę poddawała się bez walki, więc wjechałam i udało mi się nawet z krzesełka zjechać bez upadku, co do dziś uważam za mały cud...No potem to już było tylko gorzej.....Po zjechaniu rozpaczliwym pługiem jakichś 200 metrów stwierdziłam, ze mam dosyć nart i dziękuję i rezygnuję... Wiśta wio łatwo powiedzieć....próbowałam przedzierać się przez las...na piechotę oczywiście...ale było niewiarygodnie niewygodnie. Podjęłam jeszcze jedną próbę wspięcia się z powrotem do wyciągu....ale to okazało się awykonalne...No cóż...przeklinając własną głupotę podjęłam nierówną walkę ze stokiem....Jakoś ....cudem bardziej udało mi się, po wielokrotnym kontakcie bezpośrednim ze stokiem dotrzeć na dół....A na dole niespodzianka...O matko i córko! A gdzie ja jestem???? Nie był to ten wyciag, którym wjechałam do góry....i przy którym był parking z samochodem....Było to całkiem nowe miejsce....I co teraz? Na planach się nie specjalnie wyznawałam...plątanina kresek i czegoś tam jeszcze....Ale na szczęście...tuz obok była droga...No i w swojej naiwności stwierdziłam, że tą drogą dojdę na pewno do samochodu....Starałam się obrać kierunek ku dołowi...i byłam tak zdenerwowana, że nie pomyślałam, ze buty narciarskie można jakoś przystosować do marszu....Jakoś umknęło mojej uwadze, że maszeruję w przykucu, no bo narty mnie uwierały, a kijki wyślizgiwały się z rak... No i co Ci durni ludzie widzą w tych cholernych nartach???? Skąd te tłumy???? Ja dziękuję i wysiadam....Ja to sobie pójdę na spacer, w wygodnych butach i poobserwuję piękno przyrody z marszu a nie ze ślizgu.... Miałam sporo szczęścia, bo trafiłam na parking i do wyciągu... I zaczęło mnie zastanawiać...czemu na mapie są wyrysowane takie kolorowe ścieżki...czerwone, niebieskie, zielone i czarne....I olśniło mnie! Powinnam opanować najpierw te zielone....Tak też i zrobiłam....nawet zaczęłam się jakoś w tej mapie ogarniać i trafiać w przybliżeniu, tam gdzie chciałam....To, że czasem pokonywałam kawałki stoku na tyłku, było mało istotne....Poczułam wreszcie, czemu ludzi tak to wciąga.... Udało mi się wepchnąć pod armatkę śnieżną jednego Niemca....ale nie był demokratyczny i jakoś się nie zdenerwował...sorry, ok.? ok.! i jazda w dół... Byłam jednym wielkim siniakiem....a na dole zawsze zdejmowałam kurtkę i wydłubywałam śnieg z pleców (wiadomo, jazda na plecach powoduje, że śnieg wchodzi dołem, a wychodzi w okolicach kołnierza kurtki), ale było naprawdę pięknie... No więc, jak pojechałam rok temu z przyjaciółmi, to już byłam wielce doświadczoną narciarką....Ale jakoś na nikim nie zrobił wrażenia mój czarownica style....Balans ciałem też nie był widowiskowy....No i jakoś tak mi się porobiło, że nie używam kijków hihihihi.... Ale udaje mi się jakoś bez upadków pokonywać czerwone traski...a że nieładnie? A niech się wstydzi ten co widzi.... A teraz tradycja......I znowu ze słownika Demokratycznego hihihihi.....Wybieraliśmy się gdzieś razem...i jak weszłam do Sistera mieszkania, to usłyszałam od Demokratycznego, że Siostra się właśnie robi na ubóstwo....cokolwiek to oznacza.... No i tyle....
2004-02-19 07:52:24
Walentynki i po Walentynkach
Czuję się pod presją tworzyć dalej...no cóz, gdy się powiedziało „a”, trzeba też i „b” i tak aż do końca alfabetu. A naszła mnie refleksja związana z Walentynkami, ale tymi, które miały miejsce tak ze 4 lata temu. Cała historia zaczęła się dużo wcześniej...no należałoby ją rozciągnąć w latach gdzieś tak na 5 lat. Otóż przez 5 lat byłam zakochana szaleńczo wręcz i beznadziejnie w pewnym Żonatym, no wtedy tez będąc jeszcze zamężną. Wydawał mi się ideałem Faceta, ideałem Ojca, Męża, Przyjaciela...no po prostu ideałem ideałów, takim najśledziowszym ze śledzi. Losy rzuciły nas w inne zupełnie regiony kraju, mieliśmy jednak kontakt telefoniczny, wiec mogłam podsycać to swoje wielkie uczucie. W tymże właśnie 2000 roku nawiązaliśmy kontakt mailowy no i różne takie duszone pod skórą i na dnie serca wybuchły z siłą co najmniej pioruna kulistego. Wtedy też napisałam śliczną opowieść walentynkową, w której przyznałam się do tej swojej przez lata tłumionej big love. Czekałam na jakiś znak, na symbol, na to, że Żonaty odezwie się do mnie tego magicznego 14 lutego. No i klapa, nie odezwał się...No i trudno. Ale za to odezwał 8 marca z uroczymi zyczeniami, bo uznawał takie właśnie święto, a nie jakieś tam amerykanizmy. Zebrałam się więc wtedy na odwagę i wysłałam mu moją walentynkową opowieść...i uciekłam z biura, bo nie miałam ani siły ani odwagi czekać na Jego odpowiedź. Zwymyślałam się od beznadziejnych idiotek, od beznadziejnych napalonych babolców...no już sama nie wiem, od czego jeszcze... Ale do biura wrócić musiałam...no i do skrzynki mailowej, gdzie czekała na mnie przemiła odpowiedź. Trafiłam szczęśliwie albo nieszczęśliwie, jak kto woli...w dobry moment. Otóż mój Ideał, Bohater Superromantyczny.....rozstał się właśnie po dłuuuuugim romansie, ze swoją przyjaciółką (ale ideał co?). Nie specjalnie mnie to zmartwiło, bo sobie pomyślałam, że związki pozamałżeńskie to dla niego nic nowego, no i specjalnie go na złą drogę nie sprowadzę. Tym bardziej, ze już byłam po zasadniczych rozmowach z moim Ex...no i wiadomo było, że tak na dobrą sprawę to ja zajęta już nie jestem. Korespondencja, którą wymieniliśmy, rozmowy, które przeprowadziliśmy były tak piękne, romantyczne, żeby nie powiedzieć zmysłowe, że dziś, kiedy znam już finał tej całej historii powtórzyłabym ją chyba, właśnie dla tego czasu, dla tych rozmów i dla tego, co się wtedy we mnie kotłowało. Mam całą korespondencję, może wydam ją kiedyś w postaci @story ... Ale do adremu, marzec, kwiecień , maj....no chyba na 26 maja umówiliśmy się, że przejdziemy od gadania i pisania do działania....No i szok....Facet był jednym rozedrganym nerwem, co, jak wiadomo nie sprzyja żadnym romantycznym sytuacjom...Do końca się nie znam, nie jestem lekarzem, ale odniosłam wrażenie, że w jego psyche dałoby się sporo ponaprawiać. Egocentryk zapatrzony w siebie i swoje wyimaginowane problemy....które przeniosły się na wszystkie możliwe obszary funkcjonowania mężczyzny....Brrrr...co to był za zgrzyt..... Cóż....nauczyłam się wtedy, ze nie można nikogo idealizować, że Żonaty miał więcej cech wymyślonych przeze mnie no i że zasłużyłam....a może nie? na taki finał ...Wspominam to dziś z rozrzewnieniem i kończę takim smrodkiem dydaktycznym, żeby jednak realizować swoje marzenia...no bo pomyśleć , że być może uczucie to dusiłoby mnie przez całe życie, a na łożu śmierci wspominałabym Żonatego jako wielką swoją niezrealizowaną miłość i snułabym sobie cudne opowieści...co by było, gdyby było...A tak : szast prast i po wszystkim. A teraz, tradycyjnie o moim Sisterze. To będzie ze wspominek o Demokratycznym. Otóż pewnego pięknego dnia, przyjechałam do nich, bo mieliśmy jechać gdzieś na jakąś imprezę. Wchodzę i słyszę komunikat: „Sister jest w łazience i ma telefon pod uchą...” Wytrzeszczyłam na niego gały....i wybuchnęłam śmiechem, gdy zrozumiałam sens jego wypowiedzi. On jak zwykle lekuchno się nadął ( a robił to zawsze, jak wyśmiewało się go za jego neologizmy polsko-demokratyczne) i oświadczył : „No co, przecież wiem, że się mówi pod uchem” No i tyle.... albo jeszcze tytułem post scriptum...Dostałam kiedyś o zaprzyjaźnionego internauty piękny rysunek. Na rysunku przedtawiony był murarz przecudnej urody, z kielnią w ręku...a w podpisie widniało "Walę tynki"...no i to już na dziś naprawdę kooooooniec...
2004-02-18 19:40:09
Demokratyczny i Melisanaklosterfrau
Słonecznie..... Co z tego, że słonecznie, skoro zdjęłam dziś 10 kg śniegu z samochodu? Ostatnio nie miałam szans na to, żeby cokolwiek tu napisać, bo robota mnie wessała....tak czasem bywa...i pragnę zaprzeczyć krążącym tu i ówdzie pogłoskom, ze jestem pracoholikiem. Nie jestem, ale mam dosyć silnie rozwinięty instynkt samozachowawczy i wiem, że jak mus to musJ Miało być o Demokratycznym...no cóż, sympatyczny był a i owszem i cudne powiedzonka miał, więc od czasu do czasu wspominam go patrząc na córkę Promocji (i wierną jej kopię) niejaką Melisę, bo to on właśnie powiedział, że wygląda jak czarny panter...No Promocja, nie Demokratyczny oczywiście... No i przy okazji dygresja w kierunku kocich imion: moje kocie panienki noszą imiona Melisa i Naclosterfrau..to chyba logiczne? Razem Melisanaclosterfrau...czyli Melka i Fraucia, które i tak najlepiej reagują na k...a mać! No i czasem na a sio mi stąd! Ale jakoś tak mniej ochoczo, mimo, że znają doskonale znaczenie określenia „nie wolno”....Jak kto w życiu nie miał kota, to nie wie, że kot nie poddaje się żadnym rygorom i zakazom...niezależnie od użytego słownictwa. Już nie wspomnę o tym, że śmigają po ścianach i innych płaszczyznach pionowych jak matrixy...Melka nawet straciła część kła w zderzeniu z lustrem i zdaniem Młodego wygląda jak kuterząb. No i polazłam w dygresje jak żaba w pomidory... A co ja zresztą będę o Demokratycznym...może znalazł już jakąś kałfrał, co go pod swoje skrzydełka przygarnęła? A fikcji uprawiać mi się nie chce...Już chyba wolę o kotach... Mela (czarny panter) uwielbia wodę...i śmieci. O śmieciach już było, teraz o wodzie. Kiedy się kąpię, biega podekscytowana po krawędzi i mruczy jak mały generator....Nie wiem, dlaczego tak lubi biegać po wannie i wychlapywać łapką pianę...Lubi to do tego stopnia, że kiedyś wpadła odwłokiem do wody i nawet tego nie zauważyła...biegała dalej...tylko łapki jej się tylne omskiwały z wanny. Lubi też, po kąpieli, kiedy wanna jeszcze mokra, atakować kran i wypływające z niego resztki wody, walcząc z wrogiem na śmierć i życie...Ubiła już chyba z 10 litrów...no może 5. A Sister (tradycja to tradycja) będzie eksperymentował w piątek trzynastego, nie powiem jak, zaczekam na efekty eksperymentu. Aaaa przypomniało mi się coś: od czasów spędzanych z Demokratycznym spolszczamy różne nazwy..np. Siostra była onegdaj (walczmy o zachowanie staropolszczyzny) na Wielkiej Kanarce, a ja dziś pewnemu Misterowi zaproponowałam konsumpcję błękitnego kordonka Jak kto inteligentny...to się domyśli, a jak nie, niech pyta w komentarzu, o co tu chodzi, dla ułatwienia dodam, ze kordonek to nazwa sera ...śmierdzącego
2004-02-11 17:54:55
czemu mój Sister zwany czasem mła ma 5 kotów...
Moja siostra nie jest wcale zwariowanym babiszonem przelewającym uczucia na kotki. Jest całkiem normalna i dawno temu, kiedy się to wszystko zaczęło, gdzieś tak koło sierpnia 2002 miała 2 koty i jednego przyjaciela Niemca demokratycznego. A tak naprawdę, to te koty to z mojej winy. Otóż, w tym właśnie czasie urządzałam mieszkanie...Tam tez dopadł mnie telefon od mojej siostry. Gadając z nią wsiadałam do samochodu, a w trakcie wsiadania zauważyłam małego, czarnego koteczka pod samochodem przede mną, o czym niebacznie Sistera poinformowałam. Na to ona oczywiście, że chce małego czarnego koteczka. Na moje nieśmiałe protesty, że nie wiadomo, czy da się wydłubać spod samochodu i przewieźć odparła, że chce i koniec! A dodać należy, że ciemno już było, bo to późnowieczorna pora i niewiele co było widać. Koteczek został wydłubany i przewieziony rękami Młodego (starsze potomstwo). Ale w świetle, w mieszkaniu Sistera okazało się, ze koteczek jest małą kotna kotką, to , że czarna, już jakoś specjalnie nie miało znaczenia. No to Sister oprotestował, ze to nie jest mały czarny koteczek i że ona da jeść, a ja odwiozę na miejsce. Ale kicia odegrała w tym momencie rolę swojego życia...niemalże oskarową. Wykazała takie oddanie i taką podległość i taką żałość....że Siostra zaczęła pękać. Na to demokratyczny rzucił nieśmiało: ale kotna....? Na co kotna rzuciła mu przeciągłe spojrzenie spod zmrużonych powiek, pełne miłości i bezgranicznego uwielbienia...i nie wytrzymał... Nie wytrzymali obydwoje no i kicia została. Pan weterynarz zrobił jej przegląd niejako w promocji (z różnych powodów), wiec kicia otrzymała imię Promocja. Wyszło na to, że jest zdrowa, dobrze utrzymana, ale kiciaków będzie miała no...może ze 3. Imię Promocja okazało się niezłą wróżbą i przyniosło 7 kociąt. 8 kotów w jednym ...niezła promocja. No i tyle...Promocja, która miała być oddana w dobre ręce wraz z przychówkiem jakoś tak zawojowała moją siostrę, ze została...z dwójką przychówku. Reszta poszła w dobre ręce (miedzy innymi moje- mam dwójkę). Kocia mama jest damą, dobrze wychowana i kochaną. Tatuś nieznany, ale niewątpliwie potomstwo odziedziczyło po nim śmietnikowo-matrixowy charakter...śmietnikowy- bo uwielbiaja grzebać w śmieciach i tarzać się w brudach, matrixowe, bo bez trudu biegają po ścianach. Demokratyczny tez poszedł w dobre ręce, ale to już całkiem inna historia...
2004-02-09 08:10:22
skomentuj (6)
wiosna?
Jednak ktoś wysłuchał moich próśb i zrobiło się wiosennie. Nawet jakby słonko próbowało zaistnieć. A poza tym pierwszy roboczy tydzień lutego mam za sobą. No i pewien rekord...Chciałabym móc przeczytać ten tekst za jakiś czas i stwierdzić, że to co działo się w styczniu i lutym już nieodwracalnie minęło...Rekord? 13,5 godziny za biurkiem...Nie, nie, nie...ie jestem pracoholiczką, tylko tak jakoś się układa, że ciagle cos jest do zrobienia na wczoraj...Chciałabym mieć 4 ręce...albo ze dwie godziny więcej do dyspozycji... A wracając do wiosny...no fajnie i ciepło i coraz jasniej z rana, tylko co z łyżwami??? Miałam nadzieje, że jeszcze pohulam na Stegnach...a tak? Chyba nie da rady...A Torwaru nie lubię.. Szybciutko próbuję znaleźć coś pozytywnego..Ale jak tu coś znaleźć, skoro najpierw co pół godziny, a potem coraz częściej (chyba co 10 minut) od 1.30 do 3 wył jakiś cholerny alarm samochodowy...pozytywny...aaaa sen, ze przyjechały lawety i zabrały prawie wszystkie samochody spod mojego bloku...hihihi...ale to był tylko sen. No i tradycyjnie już, o mojej siostrze. Mam fajną siostrę :-)
2004-02-06 07:51:55
ciagle pada....
Cholera jasna! 4 lutego...srodek siarczystej zimy powinien byc, a nie takie smarki...8 stopni ciepła, woda ciurkiem z nieba, a ludzie w samochodach zaparowani i lekko głupawi....Ja bardzo proszę teraz i natychmiast, żeby była wiosna, skoro juz się tak ociepliło!!!!! A swoja drogą, to juz chyba wolę wodę niz śnieg...no i dobrze, że ferie, bo na ulicach odczuwalny luz...skad te dzieci maja pieniadze na samochody???? A tak btw, to moje dziecko własnie powinno hasać na nartach w Czechach...powinno, ale żałuje, że nie zabrało kajaka, sztormiaka i kaloszków... A dostało nowe narty...Taki pech. No ale może jeszcze chociaż troszeczkę nartowo się zrobi... No i tradycyjnie coś o moim Sisterze, który na pewno tu zajrzy. Sister żałuje, ze nie ma prawa rodzinnego, które po rozstaniu z partnerem nakazywałoby partnerowi przejęcie połowicznej opieki nad kotami... No bo taki sympatyczny układ był : on i ona i pięcioro koctwa...a teraz on sobie się wziął i odłączył (nie całkiem ze swojej woli hihihihi, sorry sister) ale koteczki zostawił... No więc, jesli ktos to w ogóle czyta (oczywiscie oprócz mojego Sistera i jegofanclubu, o swoim nie wspomnę przez skromność wrodzoną)...i chciałby dostać rocznego kota...alibo kotkę albo parkę (bo się tak cudnie razem chowają)to poproszę o wiadomość...No litości, kto bedzie chciał kobietę z przychówkiem w postaci pieciu kotów????
2004-02-04 07:50:21

