czarodziejka i ....

wtorek, stycznia 31, 2006

Pepe kłamca albo igraszki po pyrlandzku

A miało być tak pięknie ...Moje marzenia o wielkiej miłości prawie się spełniły…. Zabrakło im może jakiegoś tygodnia. A było tak: zgłosił się do mnie na gg pewien osobnik płci męskiej, o wdzięcznym nicku Pepe. I szok! Ten człowiek to drugie ja! Lubi słuchać tego co ja, ma podobne podejście do życia, wprawdzie młodszy parę dobrych lat…ale to on wybrał, i zapytany odpowiedział, ze to jego decyzja, ze lubi takie dojrzalsze…. Ojejku, nie dyskutuje się z takimi decyzjami tylko leci się na oślep za głosem serca…Moja intuicja szczypała mnie w tyłek… Aż wypowiedziałam swoje obawy na głos (w ramach rozmawiania na gg oczywiście). Na głos wyraziłam, że to niemożliwe, że jest kimś obcym; że odnoszę wrażenie, że musi mnie skądś znać… Że jest klonem! No nienawidzę klonów, czyli wielokrotnych bytów netowych. Ale odpowiedział żartobliwie „pokochaj klonika, tak jak Barbie kucyka” Urocze…Nieprawdaż? Gadaliśmy sobie a właściwie już prawie flirtowaliśmy gadulcowo, potem z powodu jego tygodniowej nieobecności w necie wymieniliśmy się telefonami. No i następne miłe zaskoczenie… Miły głos i całkiem nam się nieźle rozmawiało. Zapomniałam dodać, że kiedy przysłał mi swoje zdjęcia, to jakoś intuicja zamilkła… No ale z drugiej strony, cóż to jest? Fota i telefon? Numer na gadulcu? Kolejny netowy byt… Ciągle tylko głos bez obrazu. Ale było sympatycznie, miło i ciepło…Wzajemne zrozumienie, wizje niemalże jak z romansu… on,ja ,środek gęstego lasu, ogień na kominku…, swiece dookoła...ślubny kobierzec...my w małym domku...gromadka dzieci....piesek, kotek, no wypisz wymaluj harlekin:-) Tyle tylko, że ja już poprzestawiana jestem, tzn że nie jest już tak, że mrówki po pleckach, a motylki w brzuszku, bo jakiś netman się mną zainteresował. Owszem miło jest poflirtować, miło pogadać, wysłać smsa i dostać na niego odpowiedź… Ale w końcu mam swoje życie. Masę znajomych, zajęć, książki i życie mi gna galopem. Prowadząc dyskusję z Pepe na tematy poważne i życiowe uświadomiłam sobie, że nie bardzo mam ochotę to zmienić… Że miło jest się z kimś pospotykać, ale potem wrócić do domu i paradować w różowym szlafroku :-) i od czasu do czasu organizować sobie dzień lenia:-) Może dziwaczeję na stare lata, ale lubię swoje życie i musiałby mnie ktoś naprawdę zaintrygować, być konkurencją dla mnie samej, żebym chciała zmienić swoje nawyki i wpuścić kogoś do swojego życia. No to, żeby już dłużej nie ględzić bez sensu, powiem tylko, że w piątek mieliśmy się zobaczyć na żywo, że stanął na przeszkodzie popsuty samochód i że nagle w sobotę mój rozmówca uświadomił sobie, że ja to kurcze lubię z kwiatka na kwiatek (dokładnie uzył określenia "z doskoku"), a on szuka praaaawdziwej miłości. Najpierw próbowałam polemizować, że jest mi przykro, że mnie źle zrozumiał, że kurcze, no nie wiem o co chodzi…..W piątek tak? A w sobotę nie? Bez słowa zachęty czy jakichkolwiek aluzji z mojej strony… Pomyślałam tylko: ot kolejny pokręcony i biedny… Próbowałam jeszcze coś wyjaśnić, ale nie próbowałam do trzech. Po dwóch próbach odpuściłam. I byłaby to kolejna zagadka rodem z Marsa, gdyby nie to, że nagle ujawniła się moja Sister. Próbuję się z nią dogadać od świąt ..no nieskutecznie… Właściwie to co najmniej od roku porobiło nam się tak, że nie udaje się normalnie pogadać… Tylko albo jakieś sprawy do załatwienia….typu pożyczone, nie pożyczone, oddane, nie oddane, albo dyskusje merytoryczne nad moim nagannym zachowaniem. Siostry "Sisters"
Do tej pory było kpiarsko, ale teraz powiem serio… Brakuje mi tej zażyłości z Siostrą, która nas niegdyś łączyła… Tych wspólnych wygłupów, wyjazdów i śmiechu po pachy… Brakuje mi jej wsparcia.. Brakuje mi tego, że jak miałam poważne, życiowe przejścia, to się nie odezwała, mimo, że dostała ode mnie sygnał, że jest mi potrzebna….I nagle, dziś, moja Siostra reaguje na zaproszenie do rozmowy… Opowiadamy sobie o tym i owym, trochę o chorobach, o życiu i tak …no prawie jak kiedyś. I pytanie o moje sprawy sercowe :-) No i zrozumiałam... Dzięki Sister za rozrywkę, za miłego klona, ale spłynęło to po mnie jak woda po kaczce. Naprawdę mam świetnych przyjaciół, naprawdę mam cudowne życie… Naprawdę nie dotyka mnie to, że ktoś chce, a za chwilę nie chce ze mną rozmawiać . Mam inaczej poustawiane priorytety w życiu, żebym miała rozpaczać z powodu netowej znajomości, której nie zdążyłam przenieść do życia. Bo to wszystko są przypadki: jak to, że odezwał się do mnie ktoś obcy, mimo statusu „niedostępna” (bez skojarzeń proszę)- tak nb jedyny przypadek od ponad roku, czy to, ze dysponował rozległą wiedza na mój temat.. Jak też i to, że nijak mu nie pasowała moja data urodzenia (prawda święta, że z czystej babskiej próżności wszędzie ten nieszczęsny wiek zaniżam-ale tylko o 5 lat) :-), No i oczywiście przez zupełny przypadek moja Siostra interesuje się moim życiem uczuciowym właśnie dziś . Oczywiście czystym przypadkiem jest, że w trakcie naszej z Siostra gadulcowej rozmowy wstawiłam sobie opis „pepe liar liar :-)”, i co za przypadek, że Siostra tak interesując się moimi sprawami nie spytała skąd ten opis….Mimo, że paru znajomych spytało, o co chodzi….Przypadek na przypadku i przypadkiem pogania ;-) Dziękuję raz jeszcze za fajną zabawę. I za wiedzę, którą dzięki niej zdobyłam…oczywiście przypadkiem…

środa, stycznia 18, 2006

jak się na Zalew Zegrzyński wybrałam...

Dopiero pisząc poprzedni kawałek bloga przypomniałam sobie, że o łyżwach nie napisałam. No bo przecież musiałam je wyjąć z bagażnika, żeby na nich pojeździć. A do pojeżdżenia namówił mnie jeden znajomy, co zimą na bojerach śmiga i poinformował mnie, że ludzie jeżdżą po Zalewie Zegrzyńskim na łyżwach. No na bojerach też, ale mnie zainteresowały łyżwy. Już straciłam nadzieję, że będę ich jeszcze używać tej zimy, a tu proszę : taka niespodzianka. Pojechałam trochę zestrachana, bo w łyżwach i to zimą jeszcze nie pływałam, a nie mogłam wykluczyć takiej ewentualności. Na miejscu okazało się, ze jest sporo amatorów i łyżwowania i spacerowania i bojerowania po lodzie (chociaż brak wiatru uniemożliwiał uprawianie akurat tego sportu…). Początkowo z butami w garści i z pewną taką nieśmiałością wjechałam na lód, ale kiedy zobaczyłam ekipę bojerowców prawie na środku tego akwenu, czekającą na wiatr (miały odbyć się zawody) to nabrałam śmiałości. Buty podrzuciłam znajomemu (i tak nie mógł się ślizgać) i ruszyłam badać teren. Wkrótce odkryłam, że na zaśnieżone części nie warto wjeżdżać, bo tam lód raczej pomarszczony jest, a to co odsłonięte to gładkie i jak zaczęłam jeździć, to się zmęczyłam po 1,5 godzinie. Tego się nie da opisać, poczułam się jak koń cyrkowy, który całe życie jeździł w kółko po arenie i poznał wreszcie smak wolności. To było niesamowite i jeśli to prawda, co mówi znajomy bojerarz (nie mylić z bajerantem) to lód potrzyma do marca. Spróbuję więc powtórzyć w najbliższy weekend mój wypad na lód (ale już sobie obiecałam, ze jeździć będę tylko przy ujemnej temperaturze).

trochę techniki i człowiek sie gubi...albo i nie :-)

Niech będzie wspominkowo, bo ostatnio, albo i nie ostatnio miałam takie przebłyski w niektórych sytuacjach „a to warto byłoby opisać w blogu”. Więc na pierwszy ogień pójdzie tzw. opór mechanicznej materii. Tzn wiadomo, wszystko się kiedyś psuje i naprawić trzeba. Tego wymagała moja pralka, która najpierw mając program ustawiony na 40 stopni ugotowała zawartość barwiąc wszystko, co tam było na siny kolor. Potem jeszcze czas jakiś dawała się oszukiwać na programie nie do bawełny (uruchomienie tego programu kończyło się gotowaniem zawartości) po czym odmówiła współpracy. Okazało się, ze przez dobry miesiąc prałam wszystko w zimnej wodzie. A ponieważ przez nieustające uczulenia węch mam w zaniku, czystość prania mogłam badać tylko wzrokiem. No i okazało się, ze pranie jakieś takie niedoprane było. Wzięłam więc i skorzystałam z kontaktów exa, coby wezwać pralkamena. Już przez telefon uprzedził mnie, że wstępnie ocenia uszkodzenie na jakieś 200 (!!!!) złotych, więc pomyślałam „trudno, niech naprawia”. Spec wymienił grzałkę. Była zupełnie jak ta z reklamy TV …obrośnięta na amen. Ale wymiana grzałki nie rozwiązała problemu. Okazało się, ze wysiadł termostat, ale pralkamen takowego nie posiadał. Obiecał zanabyć na najbliższy weekend (a był to chyba wtorek) no i litościwie złożył pralkę do tzw. kupy. Stanęła sobie wdzięcznie na środku łazienki, tak na zasięg prysznica wannowego, no i uskuteczniałam pranie lejąc ciepła i gorącą wodę prysznicem. W sobotę telefon od speca: „wszyscy robią remanent i on nie może nic kupić.! Co za kraj! Nikt nie chce pracować (oprócz niego) i wszyscy piją ! (oprócz niego)”. Pomyślałam sobie, trudno, przeczekam, ale fachowiec stracił już sporo w moich oczach, bo zmyślał jak przedszkolak. A w końcu ja jestem klientką, on fachowcem i mnie nie obchodzą historie czemu czegoś nie ma, mimo, ze obiecał, że będzie…. Wymiana termostatu miała kosztować kolejne 150 zł. No jak pech to pech! Po jakimś czasie odezwał się znowu donosząc mi, że udało mu się namierzyć termostaty w Grodzisku, ale tam mu nie sprzedadzą pojedynczo, tylko hurtowo i w ogóle i w szczególe i pierdu pierdu mój Walenty…..I w związku z ta historią kolejna cześć naprawy wyniesie mnie 350 zł. No to stwierdziłam, że ten bajkoopowiadacz coś kręci i zawzięłam się i odmówiłam dalszej z nim współpracy. Wynalazłam w internecie serwis autoryzowany mojej pralki, a Młody włączywszy się do współpracy zamówił ten termostat nieszczęsny (nie w Grodzisku). Po sprowadzeniu części pojawił się u nas spec, który cudu technicznego dokonał za niecałe 200 zł, a przy okazji okazało się, że przepłaciłam za grzałkę, która jako część kosztuje jakieś 75 zł. Jaki z tego wniosek? Nie korzystać z podejrzanych kontaktów exa. Radzić sobie samej i nie słuchać opowieści pseudofachmanów. Potem, prawem serii zaczęło coś przeciekać pod zlewem kuchennym. Tatko daleko (gdyby był blisko, to nawet bym tam nie zaglądała…no może bym miskę podstawiła i wołała ratunku!!!!), więc nie mogłam liczyć na pomoc. Wpełzłam pod zlew licząc na to, ze do zawodu hydraulika wielkiej inteligencji nie trzeba, a ja sobie popatrzę, pokombinuję i na pewno cos wymyślę. Wyjęłam takie coś w kształcie kolanka (z plastiku), po czym wepchnęłam z powrotem na miejsce, podokręcałam takie pierścienie i hurra ! działa!!!! Tzn nie przecieka…ani nie ścieka…(zupełnie jak ten pies w pytaniu obcokrajowca na wykładzie z osmozy….na pytanie profesora, czy ktoś czegoś nie rozumie, wstał ten obcokrajowiec i powiedział: ja nie rozumię : woda ścieka i pies ścieka). U mnie na szczęście nic nie ściekało. No i wreszcie moja trzecia przygoda techniczna, tym razem zamek od bagażnika odmówił dalszej współpracy. W samochodzie. Jest centralny zamek, ale nie obejmuje bagażnika. A ja go otwieram z klucza (i zamykam) co najmniej 4 razy dziennie. No bo taka mam procedurę. Najpierw otwieram bagażnik, torebeczkę tam upycham, zamykam bagażnik wsiadam i jadę. Jak dojeżdżam to robię to samo, tylko na odwrót. No i zamek wziął i się zaciął. Wprawdzie lubię mój zaprzyjaźniony warsztat samochodowy, ale gwarancja mi się skończyła, a jakoś nie mam na razie ochoty sprawdzać, jakie tam ceny po gwarancji… Woziłam co tam miałam z tyłu samochodu, ale w niedzielę chciałam na łyżwy jechać. Które to łyżwy zalegały w bagażniku. Którego nie mogłam otworzyć. Więc pomyślałam sobie, że mam srodek-cud (jak nim kiedyś nasmarowałam rower, to sam jechał) i go zaaplikowałam do zamka. No i działa. Czyżbym posiadała inteligencję techniczną ????? hyhyhy….… No i znowu mi się cos przypomniało. Taki jeden przypadek. Ale myślę, ze takie przypadki występują nagminnie. A było tak:. moja koleżanka robiła zakupy w sklepie, a tam taka breja błotna na podłodze. Tak się robi, kiedy śnieg spadnie i nie nadążają sprzątać. Brnie sobie przez tę breję i czuje, że coś jej się ciągnie, że tak powiem, u nogi. Pomyślała sobie „co za syf” i ze złością drugą noga nadepnęła to coś, co się za nią ciągło, żeby się odczepiło. I okazało się, ze były to rajstopy, jej własne, które poprzedniego wieczoru zdjęła razem ze spodniami i bielizną, a rano spodnie założyła, zapominając o tych nieszczęsnych rajstopach. Kiedy zidentyfikowała tego cosia, co to się za nią wlókł, spłonęła rumieńcem wstydu i uciekła ze sklepu rezygnując z zakupów. Na pocieszenie dodała, że jej kolega miał podobną przygodę. W tramwaju, w godzinach szczytu i że tym co mu wypadło z nogawki, były gatki :-) Ja mogę pochwalić się tylko skarpetka niegwałtką (jak facet widzi kobietę w takich skarpetkach tudzież podkolanówkach, to mu ochota na gwałt momentalnie przechodzi). Albowiem rajstop do spodni nie noszę a tylko podkolanówki rajstopowe. I też mi kiedyś taka podkolanóweczka wypadła. Ale się do niej nie przyznałam i poszłam dalej udając, że to nie moja.

piątek, stycznia 13, 2006

piątek trzynastego...

No i co z tego, ze trzynastego? :-) Chociaż nie wiem...może to kwestia pecha, że się nie mogłam rano wbić w dżinsy? Na pewno pech, a nie efekt zbyt konsumpcyjnego trybu życia, tego jestem prawie pewna. Wprawdzie jak jechałam do pracy to czarny kot przebiegł mi drogę, ale pewien czarny kot ciągle przebiega mi drogę (zwłaszcza rano mam go cały czas pod nogami), więc jestem uodporniona na to zjawisko. Ostatnio warunki zewnętrzne (te niesprzyjające) jakby troszkę odpuściły, ale to zjawisko cykliczne, więc zbieram siły na następny atak (chodzi oczywiście o moją szefową)- i przytoczę to pewną anegdotkę, która pasuje jak ulał. Otóż praski komisariat policji mieści się przy ulicy Cyryla i Metodego. No i pewien przesłuchiwany tam element się użalał: „Cyryl jak Cyryl...ale te metody!”. Ja mam podobnie....te metody..... Ale podobno nawet najdłuższa żmija przemija, więc przeczekam. Wczoraj brałam udział w spotkaniu branżowym, które organizowane jest w Sheratonie, w konwencji śniadania. No coś podobnego jak śniadanie w radiu ZET. Zbierają się ludzie i dyskutują na zawodowe tematy, a przy okazji sobie śniadanko jedzą. High life i bon ton...Pięknie zastawiony stół szwedzki, pełna gama produktów śniadaniowych, można sobie było wybrać cos naprawdę wyrafinowanego. A ja, prostak z ludu, wzięłam sobie podstawowe i proste danie, ku ogromnemu rozczarowaniu moich koleżanek z pracy: „no i co wzięłaś? Co jadłaś?” – jajecznicę :-) no i w odpowiedzi usłyszałam jęk zawodu i rozczarowania :-) . Spotkanie było ciekawe, a jeszcze dodatkowo dostałam zaproszenie na sesję trzydniową wyjazdową, zupełnie za darmo:-) Bardzo mnie to cieszy, bo w marcu to nastąpi i będę mogła potrenować jazdę na nartach przed wyjazdem do Francji. Tak się cieszę, ze już styczeń, że dni coraz dłuższe i ze okres depresyjnej jesieni już za mną. Coś się ruszyło to może wreszcie i ja się ruszę, żeby się pozbyć efektu konsumpcyjnego trybu życia, który odkłada mi się w okolicach bioder, pośladków i innych... Mam zamiar ruszyć jutro na Zalew Zegrzyński pojeździć na łyżwach. Stegny głęboko mnie rozczarowały oferując lodowisko w rozmiarach dużo mniejszych niż do tej pory. Myślę, ze Zalew zrekompensuje to moje rozczarowanie:-)

wtorek, stycznia 10, 2006

dzień jak co dzień....

Mam pewne zaległości do odrobienia. Kiedyś tam skończyłam informacją, że zdam relację ze zdarzenia, które miało nastąpić. Otóż owo zdarzenia nastąpiło, ale jakoś tak życie mnie przygniotło, że nie byłam wstanie podnieść się do poziomu klawiatury… Ale najpierw o dniu dzisiejszym. Zaczął się chichotliwie, skończył poważnie. A było tak: jechałam sobie do pracy umilając czas podróży słuchaniem radia. Było mroźnie, troszkę sennie i nagle jeden z dziennikarzy prowadzących powiedział, ze kupił rano kanapkę z kurczakiem o nazwie „mustang” a drugi rzucił cytat „jak mustangi…jak mustangi” no i nie było siły, musiałam się roześmiać. Dla nieznających tematu przytaczam dowcip (uwaga troszku abstrakcyjny). Las. Lato. Samo południe. Sennie i cicho. Nagle słychać zbliżający się tumult, tupot i wszystko pokryły tumany kurzu. Za chwilę wszystko ucichło, tumany kurzu opadły i ukazała się dysząca gromada jeży, których przywódca sapnął nostalgicznie „jak mustangi, jak mustangi…” koniec dowcipu. No a dzień zakończył się tak średnio, bo okazało się, że tak około 16 u zbiegu Marsa i Płowieckiej wywróciła się ciężarówka. Dla Warszawiaków to tragedia, godziny szczytu, a tu taki klops. Po półgodzinie okazało się, że była to ciężarówka z amunicją i strefa w odległości kilometra od tejże ciężarówki jest zagrożona wybuchem. Nie chce mi się komentować, ale jaki debil puścił ciężarówkę z amunicją przez miasto w porze największego natężenia ruchu? Koniec refleksji. A teraz skok wstecz, tak mniej więcej do 4 listopada, kiedy to mieliśmy cudowny, rodzinny zlot. Otóż tego dnia odbył się koncert zorganizowany z okazji imienin papieża, czyli Karola, i w koncercie tym wystąpili artyści przeróżni śpiewając albo recytując wiersze Papieża. A jaki to ma zawiązek ze zjazdem rodzinnym? Ano ma. Bo do udziału w koncercie zaproszona została córka Karolci i Ludwika – Marta, która wystąpiła ze swoim zespołem. Jak zespół to i Ludwik, który powozi zespołową furgonetką i wykonuje inne czynności niezbędne przy występie, jak Marta to i jej córka Patrysia, jej mama Karolcia, jej siostra Kasia (laska Tatki), no i oczywiście Tatko. W międzyczasie przewinęli się też rodzice kompozytora i członka zespołu, którzy przelotnie wypili u mnie herbatę (do Warszawy przyjechali z Tatka i Kasią). Dostałam zaproszenie na koncert, a zobowiązałam się (już wcześniej), ze ugoszczę cały ten rodzinny najazd. Sama się teraz zastanawiam jak mi się to udało: no…już wiem. Stary Młody poszedł nocować poza domem, więc w jego pokoju spała Kasia i Tatko, kanapę odstąpiłam Ludwikowi i Karolci, a podłogę udostępniłam Marcie, która zaległa tam na własnym materacu z Patrysią:-) A ja? Było jeszcze sporo miejsca w części kuchennej, to skorzystałam z ikeowskiej polówki. Koncert był okropnie ku czci. Najpierw była część oficjalna (a ja już myślałam, ze ten zwyczaj odszedł na wieki), gdzie wystąpiło trzech bardzo ważnych mówców, w tym jeden starosta albo wice, drugi wysoko kościelny, a trzeci chyba też kościelny ale jakby trochę niżej. W każdym razie, nie mogłam się skupić na tych przemówieniach i zaczęłam wymieniać z Tatką bardzo ważne informacje. Najważniejsza była taka, że Ci trzej bardzo ważni goście skojarzyli mi się z parodia tercetu egzotycznego i powagę moją i Tatki szlag trafił. Ku zgrozie Kasieńki, która nas strofowała po cichutku, ale energicznie piorunując nas wzrokiem (co było trudnym wyczynem, bo siedziała w rzędzie za nami). Jeśli myślicie, że to nas uspokoiło, to się mylicie. Było wprost przeciwnie. Ale później było już troszkę lepiej, ale tylko troszkę. Albowiem wykonawcy wymyślili sobie, że jeśli teksty Papieża, to muszą być patetyczne. No i były te wykonania..... były patetyczne. Lider Budki Pierdziela (znany zespół rockowy) wyglądał, jakby wyszedł z krypty i wydawało się, że nie dojdzie do mikrofonu. Doszedł, ku uldze wszystkich zgromadzonych, ale za to nie pamiętał tekstu i śpiewał, nie dość , że z playbacku, to ze wspomaganiem kartki. Były jakaś upiorna niunia (szczególnie uzdolniona dziecina), która kreowała się na wyrafinowaną gwiazdę operową, była Edyta Geppert , która śpiewała profesjonalnie ale przeraźliwe smutno (żeby nie powiedzieć płaczliwie), były chóry niby gospel i Hania Banaszak, która też pięknie, ale rzewnie wyśpiewała swój kawałek no i na koniec Alicja Majewska, która jak zwykle zachwyciła wszystkich prostym, ale wpadającym w ucho utworem. Było też jeszcze paru innych artystów, (Michał Żebrowski i faraon Zelnik- którzy recytowali z kartki wiersze Papieża) Ale najlepsza była nasza Marta. Wyśpiewała z zespołem dwie piosenki, ale radośnie i tak prosto z serca, czym udowodniła, ze wcale nie musiało być tak przeraźliwie smutno. Niestety to był wyjątek w całej tej imprezie ku czci, ale dumni byliśmy, ze to był nasz wyjątek. Potem impreza przeniosła się trochę na salony kongresowe (taki bankiet był powyżej Sali kongresowej), a wreszcie do nas do domu i wreszcie było normalnie. Były i życzenia i szampan imieninowy i fantastyczne spotkanie w gronie rodzinnym. Siedzieliśmy sobie i piliśmy różne trunki do późnych godzin bardzowczesnoporannych i żałowałam, ze zmuszona okolicznościami musiałam gości porzucić i udać się na zajęcia w mojej Alma mater. Goście byli niedobrzy, albowiem nie ruszyli zapasów jedzeniowych, które ku ich czci zgromadziłam i musieliśmy się ze starym Młodym męczyć aż do świąt, żeby to wszystko skonsumować (odmrażając kolejne partie jedzenia). A stary Młody zaiste ma przedziwny sposób odżywiania się. Wczoraj wieczorem otworzył szampana (zza wschodniej granicy za 4,60 zł) nie wypitego w sylwestra i trochę go wypilismy, a trochę zostało. No tak z pół flaszki. Gnałam dziś z wywieszonym jęzorem do domu, bo tak mi się chciało tego szampana, a tu chała. Młody wypił go na śniadanie do wczorajszego spaghetti. Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci ten nie ma szampana:-)

niedziela, stycznia 08, 2006

jak z forumkowiczami hulałam sylwestrowo w pubie....

No i dobrze, idę za ciosem i spróbuję o sylwestrze tegorocznym napisać, póki jeszcze pamiętam:-) Zazwyczaj, co roku jest tak, że nie planuję żadnego wyjścia w noc sylwestrową. Mam na podorędziu parę nowych książek, flaszkę dobrego wina, muzykę jeszcze do końca niewysłuchaną i ciepły koc do okrycia się podczas lektury. I nieodmiennie, co roku, dostaję jakąś propozycję spędzenia tej nocy w gronie troszkę większym niż jednoosobowe. Zresztą przyznam się tu, że zabawa na gwizdek jakoś nie leży w mojej naturze, nawet budzi pewien rodzaj buntu: no każą pić i hycać przy muzyce właśnie 31.12, a ja nie będę. Jednakowoż zawsze jakoś tak jest, że propozycja pada od osób zaprzyjaźnionych, bardzo przeze mnie ulubionych, w związku z tym realizacja nocy sylwestrowej w pojedynkę jakoś nie dochodzi do skutku. Tym razem zapowiadało się inaczej. W biurze słyszałam, gdzie i jak i kto się będzie bawił, a ja byłam święcie przekonana, ze tym razem tę wyjątkową noc spędzę spokojnie i zwyczajnie. Tak było aż do piątku, kiedy dowiedziałam się, ze pewna forumka zmobilizowała siebie i innych i zorganizowała wypad do Irish pubu dla jakichś 16 osób. Właściwie, to łaskawie pozwoliłam się wpisać na liście awaryjnej, ale siła perswazji owej dzielnej forumki pokonała moje opory. A co to, a właściwie kto to forumka? To dłuższa historia, ale w końcu dygresje to moja specjalność, więc pozwolę sobie na takową. Dawno, dawno temu zdecydowałam się zapisać do pewnego portalu randkowego licząc na zawarcie jakichś ciekawych znajomości międzyludzkich (damsko-męskich nie wykluczając). Forum to nie spełniło moich oczekiwań, no może nie tak do końca, bo poznałam przemiłych ludzi płci obojga i zaczęłam pisać bloga. Potem już nie koncentrowałam się na poznawaniu ludzi tylko na blogopisaniu, a potem przeniosłam tegoż właśnie bloga dokładnie w to miejsce, gdzie piszę go dziś. No dobrze, przeniosłam go nie sama. Zainspirował mnie do tego i odwalił techniczna stronę tego zagadnienia mój zaprzyjaźniony Krakus. On też oprawia zdjęciowo moje blogopisanie, chociaż ostatnio opuścił się w tym zajęciu skandalicznie. Z tego właśnie forum randkowego dostałam zaproszenie na forum dyskusyjne, stworzone przez kobietę i dla kobiet w celu wymiany doświadczeń wyniesionych z randkującymi panami. No i jak łatwo się domyślić znajomość z uczestniczkami i uczestnikami (no wiadomo, że forum jest otwarte dla wszystkich) przeniosła się do reala czyli realnego życia. Mamy za sobą sporo spotkań przy rumianku (hihihihi…to nasze określenie na napój pędzony również z roślin, o kolorze zbliżonym do herbatki rumiankowej), wspólne wypady (patrz blog o Konstancinie) i inne imprezy spędzane w Warszawie, lub poza nią. No i wracam do zasadniczego wątku. Ta forumka organizująca sylwestra, to Matka Założycielka naszego forum czyli Forumka number one. Pomysł był przedni. Skoro pub, to (w moim przekonaniu) nie wymagana była suknia balowa i szpilki, co bardzo mnie ucieszyło. Jednakowoż uczestnicy tego sylwestra nie zawsze podzielali moje poglądy (zwłaszcza kobiety. Ale za to przekrój wystroju gości był imponujący. Było to też niezwykłe zbiorowisko ludzi, o rozmaitym wyglądzie (no generalnie wyglądali tak, jakby każdy był z innej bajki) ale gwarantowało to interesującą zabawę. Moja opcja na tę noc zakładała wstrzemięźliwość od alkoholu, albowiem biorąc pod uwagę fakt zamieszkiwania na peryferiach Warszawy i trudności ze złapaniem taksówki postanowiłam skorzystać z własnego pojazdu. Nasze forumkowe towarzystwo okupowało stoły obok siebie i dyskutowało systemem każdy z każdym, a nawet tańczyło od czasu do czasu (co było wyczynem nie lada, albowiem ilość zaproszonych gości uniemożliwiała zorganizowanie jakiegokolwiek dansflora). To znaczy miejsce do tańca było, ale miało rozmiary chusteczki do nosa. No może męskiej, ale jednak chusteczki. W cenie wejściówki były zakąski zimne, szampan około północy (którego należało pobrać w odpowiednim momencie z baru, no i moment ten był rozwleczony w czasie) i danie ciepłe w mikroskopijnej miseczce. Danie to było trudne do zidentyfikowania. Razem z moja zaprzyjaźniona forumką Ewelajną obserwowałyśmy uczestników sylwestra i nie przeczę, że te obserwacje oraz uwagi wymieniane na ich temat powodowały nasz szampański humor. Był pan z zaczeską misternie przyklejoną na żel, albowiem jego harce i podskoki nie naruszyły fryzury, był pan, który palił papierosy przez fifkę, a towarzyszyła mu pani w wykwintnym obuwiu pieszczotliwie nazywanym trumniakami, była chudziutka panienka w dżinsach i lisie w towarzystwie bardzo napakowanego samca o głowę niższego od panienki, przyozdobionego wełnianym szafliczkiem, którego to szaliczka mimo dosyć wysokiej temperatury nie zdjął (panienka tez lisa nie zdjęła, ale ona była chudziutka, więc może ciepło było jej potrzebne). Pan Fifka czasem zakładał okulary o grubości denka od słoików, i dobrze, ze zaobserwowałam ten fakt, albowiem spojrzenia, jakie rzucał bez okularów mogły być wzięte za lubieżne, a one były tylko niedowidzące. Muzyka była niezła, a „tylko czarne oczy” poleciały tylko raz, co było miłą odmianą po sylwestrze ubiegłorocznym (ciekawych relacji odsyłam do ubiegłorocznego bloga). Obśmiałam się za wszystkie czasy, bolała mnie szczęka i mięśnie brzucha, a czas urozmaicałam sobie sporządzaniem pseudocebulek ze steryny, które lepiłam z wosku i dokładałam do deski z przekąskami do prawdziwych cebulek. W pewnym momencie te pseudocebulki spowodowały zator komunikacyjny miedzy Ewelajna, która prowadziła konwersację z Walijczykiem należącym do naszego grona (a przyprowadzonym przez jakiegoś forumkowicza). Albowiem ciężko było wytłumaczyć i szybko i po angielsku, ze cebulki te do konsumpcji się nie nadają. Zabawę usiłowałyśmy opuścić pierwszy raz koło drugiej (Ewelajna przynależała do mojego samochodu) ale zostałyśmy siłą zaciągnięte do stolika i przeczekałyśmy do pierwszego sprzyjającego momentu aby po angielsku dać nogę. W domu byłam o godzinie 3.33, a o 4 już spałam. Sylwester ten nie zaskutkował bólem głowy dnia następnego, nie wymęczył mnie zbytnio, a wprawił w wyśmienity humor. W dodatku wszyscy składający sobie życzenia życzyli sobie nawzajem głównie miłości, wiec jestem oblepiona tymi życzeniami jak kokonem, co powoduje, ze dobry humor mnie nie opuszcza.

sobota, stycznia 07, 2006

jak wznieść się na wyżyny kultury....

Miało być o sylwestrze i zaraz będzie, ale najpierw o teatrze. No bo tak: moja ulubiona koleżanka Dorotka rzuciła hasło, żeby w celu ukulturalnienia wybrać się do teatru. I to nie z byle powodu tylko na premierę, która to premiera miała miejsce w Teatrze Dramatycznym. Więc bardzo się ucieszyłam, bo ostatnio prowadziłam dość konsumpcyjny tryb życia, który odłożył mi się głównie na biodrach, ale kultury, to ani du du…. Że będzie wysoki poziom tej kultury tośmy poznali od samego początku (my: czyli Dorotka, jej mąż, kolega męża i ja). Albowiem nurzanie się w tej kulturze wymagało pokonania wielu pięter w Pałacu Kultury. Sprawnie nam to poszło, ale na wejście przyszło jeszcze poczekać. Uroczyście było, bo kieliszki stały w miejscu, gdzie oczekiwaliśmy na sygnał do wejścia, więc wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na premierę. Mąż Dorotki wraz z kolegą zajęli pozycje strategiczne tuz przy drzwiach i rzucili się jak prawdziwi rycerze, żeby nam zająć dobre miejsca (albowiem miejsca były nienumerowane), co, jak potem się okazało, było naprawdę godne pochwały i podziwu, bo ludzi było więcej niż miejsc. Wprawdzie kolega się wypierał, ze się nie rzucił tylko, ze mąż Dorotki go popchnął to i poleciał, ale to już mniejszy szczegół, ważne, ze miejsca były dobre. Sztuka przyciągnęła wiele sław, przybyli bardziej i mniej znani aktorzy, reżyserzy i krytycy, ale tych to z twarzy się nie zna, wiec tylko takie podejrzenia miałam, że krytycy, pewnie w poniedziałek się okaże. Sztuka miała w tytule Alinę i tylko to było dla mnie zrozumiałe. Grała w niej także Kasia Figura i Jan Kowalski i inni aktorzy, nieznani mi z nazwiska, ale pozostałe elementy tej kultury okazały się mało zrozumiałe. W pewnym momencie myślałam, ze to „Łysa śpiewaczka” Ionesco, bo Figura zgubiwszy perukę latała łysa, ale nie śpiewała. Śpiewała za to inna, ta niby Alina, ale tak jakoś jak Phoebe w Przyjaciołach, tzn nie śpiewała o wonnym kocie, ale umuzykalniona była podobnie. No i trudno było wyczuć o co chodzi. Podejrzewam, ze to przez aktorkę, która nic nie mówiła. Bo gdyby mówiła swoje kwestie, to może i jakiś sens by był….Ale nie, nawet Kowalski Jan ja namawiał czule „no otwórz gębę” no to nawet otworzyła, ale nie powiedziała nic. Może ta premiera ją zdeprymowała i zapomniała tekstu? Myślę, ze panom sztuka mogła się podobać, bo Kasia Figura trochę biegała, a walory to ona ma, co bieganie podkreślało, ale chyba za mało to było, żeby wzbudzić jakiś większy entuzjazm nawet u płci męskiej. Sztuka była na bardzo wysokim poziomie (jakieś 6 piętro) i wszyscy bili brawo, to i my biliśmy. Chciałam krzyczeć „bis”, bo chyba tak na występach się krzyczy, ale Dorotka powiedziała, żebym się nie wygłupiała, bo ona czuje się już wystarczająco ukulturalniona. Postanowiliśmy w ramach powrotu do równowagi psychicznej wybrać się na jakąś kreskówkę do kina. Niedługo chyba będzie „Epoka lodowcowa II” to się odkujemy…

piątek, stycznia 06, 2006

o tym, jak Młody do Olsztyna na sylwestra jechał...i co z tego wynikło...

No tak, Młodzi postanowili spędzić sylwestra w gronie przyjaciół, gdzieś tam, w okolicach Olsztyna. Stary Młody wyjechał już w czwartek, a młody miał dołączyć w piątek wieczorem. Wiązało się to ze skomplikowaną operacją skorzystania z PKP. Ale wcześniej ruszyliśmy na dworzec w celu zanabycia biletów, no towarzyszyliśmy młodemu Młodemu ze starym Młodym. Odstaliśmy swoje w kolejce, sprawdziliśmy połączenie, a dodatkowo Młody pozwolił sobie na luksus, jakim był zakup biletu 1 klasy (a na 2 ma zniżkę). Upewniał się ze cztery razy, że go zawiozę na dworzec, ale sytuacja rozwinęła się zupełnie inaczej. Po pierwsze około 13 rozpętała się śnieżyca (pociąg wyjeżdżał z Wwy ok 18), więc przekazałam Młodemu, ze musi sam sobie zorganizować transport, bo ja nie będę w stanie dostać się z pracy do domu we właściwym czasie. Wprawdzie na dworzec zachodni można dojechać w pół godziny, a Młody zamierzał skorzystać z taksówki, to jednakowoż namówiłam go na zostawienie sobie rezerwy czasowej, co by śnieżyca nie pokrzyżowała mu planów. No i ruszył o 16, a o 17 był już na zachodnim. Kupił sobie coś do czytania i cały czas byliśmy w kontakcie. Wracając do domu zapytałam go telefonicznie, czy nie wpaść do niego na dworzec w celu pożegnania się i uściskania raz jeszcze w starym roku....Ale Młody zdecydował, ze nie, no żebym sobie pojechała do domu i nim głowy nie zawracała. Tak tez robiłam, ale niepokój jakiś mnie podskórnie męczył....No i co się okazało? Około 18.30 zadzwonił Młody z informacją, ze pociąg nie przyjechał, w dodatku nie było o nim żadnej informacji. Poprosiłam, żeby sprawdził w informacji dworcowej...i co? Pociąg był, z lekkim opóźnieniem....nawet do Olsztyna, ale...przyjechał z Krakowa, co kompletnie Młodego zbiło z tropu, bo spodziewał się, że pociąg będzie podstawiony z zachodniego. Więc po prostu pomyślał, ze to nie ten pociąg i nie wsiadł....No comments. Mamy rodzinne powiedzenie „mogło zdarzyć się każdemu, ale wydarzyło się młodemu Młodemu”...więc i tym razem tak było. Najpierw na niego nawrzeszczałam przez telefon, bo żal mi było tych przygotowań, czasu poświęconego na dojazd i pieniędzy na taryfę....ale za czas jakiś ochłonęłam i na własną zgubę zaproponowałam, że go dostarczę na pierwszy możliwy pociąg. Może warto wspomnieć jeszcze, że na miejscu, stary Młody załatwił transport...bo te okolice Olsztyna to były dosyć odległe....No nieważne. Ważne, że pierwszy możliwy pośpieszny do Olsztyna odjeżdżał o 2 z centralnego. Tym razem postanowiłam, ze zamknę za Młodym drzwi do pociągu. Pojechaliśmy zupełnie jak na sankach. Śnieżyca zamieniła Warszawę w jakiś Nowosybirsk, a drogi przypominały śniegowe rynny. Dobrze, że o 2 nad ranem ruch jest mizerny, to udało nam się w miarę szybko dosunąć na centralny. Na centralnym atmosfera jak w archiwum X. W telewizji peronowej leciał program TVN 24 godziny, zbierali się jacyś ludzie, ale informacji na temat pociągu nie było żadnej. Zaczęłam nawet powątpiewać, czy Młody uzyskał właściwe informacje, ale nie, pociąg jak byk tkwił w rozkładzie. Więc pomyślałam, ze śnieżyca może go opóźniła....ale nie, wjechał na peron (oczywiście bez żadnej zapowiedzi) w swojej porze. Tylko, że na tabliczce pociągowej widniała informacja, ze jedzie ten właśnie pociąg z Zakopanego do Gdyni, no i przez i Działdowo i Malbork i coś tam jeszcze, ale Olsztyna na tabliczce nie było. Zdałam się więc na siły mundurowe i z głupia frant zapytałam konduktora, czy ten pociąg do Olsztyna to jedzie? No i zagadka się rozwiązała....Jedzie, ale w postaci 4 ostatnich wagonów, niestety 2 klasy. Więc poczekałam, aż Młody wejdzie do jednego z tych 4 i poczekałam, aż pociąg ruszy z peronu...Po czym spokojna ruszyłam do domu, aby jeszcze troszkę pospać przed wieczorem sylwestrowym, ale o tym w następnym kawałku.