kwiecień...
chciałbym....2004-04-01 11:20:39
Chciałbym się przyznać i przeprosić wszystkich, którzy dali się wkręcić....Mam na imię Wojtek i mam 12 lat....
troszkę o tym i o owym...2004-04-03 23:40:25
Dziś deczko refleksyjnie zacznę. Odkąd mam neta w domu troszkę sobie po sympatii pochodziłam, pozaglądałam w blogi, poczytałam, co tam, kto ma na stronce i sprowokowałam (całkiem niechcący) dziwne co najmniej zdarzenie. Otóż trafiłam na faceta, który wyglądał na ponurego buca, ale opis miał tak nieadekwatny do wyglądu, ze nie mogłam się powstrzymać, żeby mu o tym nie napisać. No, że wygląda na buca, ale opis temu zdecydowanie zaprzecza. Odpisał, nawet się nie obraził, ale jakiś smutek z listu wyzierał…No to zgadałam tak bardziej humorystycznie, co by go rozbawić i nawet mi się udało. Nie pisałam do niego w żadnym konkretnym celu. Wbrew pozorom nie szukam męża (już miałam) ani reproduktora (dwóch syneczków mi wystarczy), szukam po prostu fajnych rozmówców. I żeby poświadczyć czystość moich intencji niniejszym informuję, że poznałam w sympatii zajebistą (Podwieczorek- nie czytaj!!!!) laskę, z którą wymieniamy smsy aż furczy. Oczywiście użalamy się, nad złośliwością losu, żeśmy tej samej płci a obie zdecydowane hetery hihihihi…(gdyby nie to, to byłoby hohohoho, a może nawet i więcej…?). Znowu dygresja mnie wciagła na manowce… No i ten mój rozmówca z sympatii odpisał, ale zaskoczyło mnie zakończenie listu: „jakie nosisz majteczki?” Łomatko…sprawdziłam i z ulga stwierdziłam, że noszę, ale pomyślałam sobie, że to jakieś małe testu-testu. No to odpisałam, że majteczki w kropeczki oczywiście, a od święta gacie w kratkę. I doczekałam się odpowiedzi, że nie śmiałby sobie żartować z obcej osoby i ponownie powróciło pytanie o bieliznę i prośbą abym się opisała (o to można obcą osobę bez żenady pytać!)…uuuuuuuuu…sprawdziłam, no… nie trafiłam przez pomyłkę na www.sextowarzyski.pl ani www.fetyszysta.pl. Podjęłam jeszcze jedną próbę nawiązania normalnej rozmowy, delikatnie pomijając motyw bielizny…I dostałam odpowiedź w stylu: „Było miło, jednakże nie bardzo odpowiada mi fakt zawierania przez Ciebie znajomości... Przepraszam, ale nasza znajomość chyba nie ma prawa bytu...Wyrazy szacunku” I poczułam się…co najmniej dziwnie. Skonsultowałam to z moją kumpelą netową i dostałam smsa o treści „no bo źle zaczynasz te znajomości, ja zaczynam od słów: CZEŚĆ, TU RAMAJAMA, MAM NA SOBIE CZARNE BARDACHY, A TY?” Obśmiałam się do łez, no ja gupia nimfomanka jedna….Pozdrawiam wszystkich zainteresowanych i oficjalnie potwierdzam, że: noszę ……………, wyglądam …………, lubię……. i nie cierpię ………….A proszę sobie dowolnie wstawić i nie zadawać mi więcej takich pytań!. Zapomniałam zupełnie powiedzieć, że do katalogu wyzwisk drogowych doszło określenie „wstrętny, mały, różowy siusiak”, jako że określenie jebila za kierownicą mianem fuja albo kotasa tylko by go nobilitowało. A teraz, żeby jak zwykle było coś o Sisterze (bo mój fanklub składa się też z fanklubu Sistera) pewna historyjka z przeszłości, taka jeszcze z czasów Demokratycznego. Jedna znajoma Sistera organizowała fajne przyjątka na działce. Udało mi się parę razy tam bywać, i raz nawet prawie popełniłam faux pas towarzyskie. Kręcił się tam taki facet, o wyglądzie ciecia i próbował wtrącać się do rozmowy. Powiedziałam po cichu siostrze, ze chyba już nie musi działki pilnować i może wrócić do siebie i się dowiedziałam, że to jest jej promotor, człowiek bardzo uczony i o wysokim wyrazie inteligencji. No cóż, dobrze w sumie, że taka powściągliwa i nie bezpośrednia jestem. No więc na tejże działce, ściślej w domeczku, grasowała podstępna lodówka, która w czasie tańca Sistera z Demokratycznym zaatakowała znienacka, powodując szkody cielesne w okolicach nosa Sistera (żeby nie powiedzieć, nieomal łamiąc tego wspomnianego nosa). Po tym zderzeniu Sister jakby skląsł w sobie i mimo, że oczka (w sensie powieki) wykazywały tendencje opadkowe to każda próba namówienia Sistera do przyjęcia pozycji horyzontalnej kwitowana była krótkim „nie”. Spała więc sobie nieboga na siedząco i czujna była bardzo na każdą próbę ułożenia jej wygodniej „nie” „nie” „nie”…Prawie jak Mamcia śpiąca przed TV…Każda próba wyłączenia telewizora kończy się zawsze natychmiastowym przebudzeniem…To może rodzinne jest? No i jeszcze zupełnie inny wspominek…ze słownika Demokratycznego. Kiedy kocięta Promocyjne były maleńtasami i ssały swoja kocia matkę, to Demokratyczny nazywał to logowaniem. A Sister (ależ mnie dziś wzięło na wspominki) jest specjalistka w wykichiwaniu kotów z pokoju. Otóż jej kichnięcie przypomina spuszczenie takiej małej bombki….iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii buch. Koty, kiedy słyszą iiiiiiiiiiiiiiiiii wypadają pełnym galopem z pokoju i kiedy następuje buch, już ich nie ma. Ale bardzo zdrowo ona to robi, bo tłumione kichnięcie może powodować mikrouszkodzenia mózgu,…czego nikomu nie życzę i tym optymistycznym akcentem kończę.
pełnia...2004-04-06 23:00:53
albo tuż po. Strasznie jej nie lubię..mam wtedy doły, zreszta nie ja jedna. Słyszałam, że w tym czasie wzrasta liczba samobójstw..rośnie agresja. Dobrze, ze mozna zwalic na pełnię :-) Przypomniało mi się, jak pewien artysta komediowy opowiadał o swoim synku, który niesamowicie, przeokrutnie chciał być Batmanem. Pasja, teraźniejszość, przyszłość...Musieli mu uszyc specjalne ubranko, w którym chodził na okrągło. Do przedszkola też. Az pewnego razu ojciec zabrał go do pracy, no do biura... Dzieciak był pod wrażeniem i zapytany po powrocie, kim chciałby zostać...powiedział, ze chciałby pracować w biurze. Rodzice popatrzyli na siebie uszczęsliwieni i drążyli temat: a co byś Ty w tym biurze robił???? Oczekiwali oczywiście mądrego wywodu,,,A pracowałbym na komputerze, - no ładnie ucieszli się rodzice...i wydrukowałbym w 1000 egzemplarzach, ze jestem Batmanem:-)) Taaak, no bo rzeczywistość nie zawsze jest taka na jaką wygląda. A życie jest pełne niespodzianek. A to, że tu jestem, czasem szczęsliwie się dla mnie układa. Prawie rok temu umówiłam się z sympatowiczem, na polach Mokotowskich. Było ciepło, rozmowa oczywiscie sympatyczna i wracaliśmy sobie właśnie spacerkiem do samochodów, gdy nagle zza krzaka wyskoczył główny Leszcz, który jak się okazało nagrywał program, który nazywał się chyba karaoke. I namówił mnie na występ, czyli odspiewanie kawałka Maryli Rodowicz "wsiąść do pociagu byle jakiego" tylko z tego względu, że jedna z dwóch kolezanek upolowanych przez niego zdecydowanie odmawiała występu. A łaj not...wiadomo przecież, ze tak jak Sister śpiewac nie umiem, ale bardzo lubię...no to sru. Ale zdecydowanie nie wiedziałam o co chodzi. Usłszałam jeszcze na odchodne, ze program pojawi się w czwartki w dwójce wieczorkiem. No i zapomniałam o tym zupełnie. Spłoszył się tylko sympatowicz, który usłyszał od Leszcza, że żona ma talent...hihihihi...gdyby wiedział, ze mam, a i owszem, do wszystkiego :-). Któregos pięknego czwartku wyjątkowo ogladając tv (mam swoje ulubione, a co, a to było chyba archiwum x), przeskakiwałam z kanału na kanał (w trakcie reklam, których nie cierpię) natrafiłam na swój występ i , jak się później okazało, ktoś mnie nawet rozpoznał:-) A to tylko i wyłacznie dzięki sympatii, no o swoim talencie wokalnym przez wrodzoną skromność nie wspomnę..A Sister oddał koty w dobre ręce...tylko jeszcze jeden maleńtas czeka na wzięcie. To niesamowite, jak kocię wie, że jest niczyje i chce przekonać wszystkich, jakie jest słodkie i że trzeba je przygarnąć. Mówię o Rysi Gabrysi Pieprzonej Paróweczce Rozamundzie, która odmawia przyjmowania kociego jedzenia. Lubi paróweczki i inne żarełko, a zwłaszcza gerbery (tak, te dla dzieci). Jest maleńka (a ma ponad rok) i wszystko wskazuje, że już nie urośnie. Pocieszna jest i przytulna i daje cały czas sygnały "wybierz mnie, wybierz mnie" Ja juz mam dwie diablice (jej siostry) -jak ktos ciekawy skąd polecam odcinek bloga wyjasniający, dlaczego mój Sister zwany czasem Mła ma 5 kotów, no juz teraz 2. No mam, i nie mogę mieć trzeciej...ale może ktos, kto mnie czytuje, chciałby maleńtaskę pręgowaną, wysterylizowaną, gadatliwą i zupełnie nie kocią? wywodzącą się w prostej lini ze śmietnikowców? Mającą talent do wyszukiwania jedzenia, hihihihi..udało jej się ostatnio u Mamci (gdzie przebywa czasowo) upolowac gotowaną golonkę z garnka stojącego na kuchence...Łomatko, mało się się nie przekręciła...szlag wie, gdzie ta golonka mogła się zmieścić w takim drobnym ciałku. No w kazdym razie przeżyła i czeka na dobre ręce. I tym zachęcającym akcentem kończę na dziś..
o wyższości Świat Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia....2004-04-13 08:04:28
Wbrew pozorom nie bedę prowadziła wywodów udowadniających tytuł. Skorzystałam tylko z tytułu używanego niegdyś przez prof. Jana Tadeusza Stanisławskiego, wspaniałego satyryka, do cyklu wykładów, które się miały nijak do zasadniczego tematu. Święta, święta i po świętach... Spędzone w części z patologiczną rodzinką, w części w łóżku, bo mnie jakieś przeziębienie dopadło. Pierwszy dzień świąt u mamuśki- śniadanie wspaniałe aczkolwiek bez jajek, no cóz ...chyba cholesterol i te sprawy. Ale w zasadzie to nie...tak do końca. Były jajka w iliści 5 sztuk, ale były to przepiórcze jajeczka...Cóż tworzymy własną tradycję...Mamcia i Sisterek popijały winko, a ponieważ młodzi nie piją (winka) mamcia zaproponowała śliwowicę 70%...patologia czysta... Stary Młody jak dziabnął kielicha to najpierw czerwień mu przeszła przez twarz, potem niemalże puścił dynm uszami, więc mamuśka wyciagnęła wachlarz i zaczęła wachlować mocno zapowietrzonego Młodego. Udało się go przywrócić zyciu, ale młody Młody od razu skomentował: po co nam popitka, jak mamy wachlarz? Zaobserwowałysmy z Sisterem całkowity brak aniołka....zostało tylko częściowe popiersie...częściowe bo bez piersi...sama głowa na rurze leżała..Uparty aniołek, nie umiał latać, a uparcie próbował..Mamcia nie podjęła kolejnej próby sklejenia jego szczątków...No i wypadałoby rozwinąć wątek Rysi Gabrysi, która znalazła sobie dom. Uczciwie zapracowała na to:-)Korzystając z wizyty zaprzyjaźnionej znajomej z córką u naszj mamci odwaliła klasycznego świstaka z trzaskaniem się łapkami po pyszczku czym zdobyła sobie od razu serce córki znajomej. Córka ta jest studentką, studiuje w Krakowie, więc nasza Rysia trafiła wspaniale, pójdzie w świat albowiem:-) Na razie przebywa czasowo u rodziców studentki i w ramach zaprzyjaźniania się z ratlerkiem skonsumowała (wciągając w to przyzwoitego dotąd pieska) swiąteczną szynkę. Wprawdzie znajoma twierdzi, że szynka zostałą skonsumowana współnie przez psa i kota, ale my z Sisterem już wiemy, kto był prowodyrem (natura śmietnikowa wzięła górę) Wprost ze śniadanka u mamci wpadłam do łózka, gdzie spędziłam resztę świąt z przerwą na wizytę urodzinową u Sistera. Leczyłam się herbatą i drożdżówką, ale efekty , póki co, są mizerne. Sister, jak zwykle przygotował full pysznych jedzonek, ale szybko się ewakuowaliśmy, bo mamcia wpadła w nastroju do awantur i wszystko miała za złe...balkon zamknięty: źle, bo ciemno, otwarty: niedobrze, tv : za głośno, za cicho, za brutalnie, za spokojnie...a jak już zaczęła opowieści dziwnej treści (nie będę wprowadzała nikogo w naprawdę drastyczne szczegóły)zarządziłąm szybką ewakuację...no i po świętach....
kobiety za kierownica ...i nie tylko...2004-04-13 22:59:11
Tak mi się dzisiaj skojarzyło, jak widziałam w tv zajawkę programu Szymona Majewskiego...no ten motyw z gościem zatrzaśniętym w budce telefonicznej...Przypomniała mi się moja kolezanka z poprzedniej jeszcze firmy, bardzo sympatyczna i miła ale kompletne beztalencie motoryzacyjno-techniczne. Zdarzyło jej się : a) utknąć bez paliwa (hłe hłe hłe - zdarza się to nawet Asom, albo Askom) b) spalić silnik (uparcie ignorowała czerwoną kontrolkę i w dodatku skorzystała z pomocy palicjantów, którzy wleli jej nie to co trzeba i nie tam, gdzie powinni...) no i c) to, o czym chcę napisać. Otóż działo jej się cos z akumulatorem ...zimą, miała problemy z odpaleniem silnika, widać było gołym okiem, że jest cos nie tak. No i w którymś momencie wsiadła do samochodu, zrobiło wrrr wrrr i zdechło i oczywiscie samochód się wziął zamknał...Kolezanka wpadła w popłoch. Telefon miała w bagazniku, więc podjęła dosyć energiczne próby wydostania się z niewygodnej sytuacji. Zaczęła stukać w szybę i machać rękami do przechodniów. Parę osób się zatrzymało z czystej ciekawości, ale nikt dokładnie nie wiedział o co jej chodzi. Potem napisała kartkę o treści \"pomocy!!!\", ale tez nikt nie zajarzył, co się dzieje...Koleżanka gestami pokazywała swoją bezradność, aż wreszcie jeden taki w gumofilcach i waciaku, który dłuzszy czas obserwował całe zajście pokazał na elemencik blokujacy drzwi i gestem pokazał jej, że ma go wyciagnąć w górę:-))) Koleżanka gest powtórzyła i w ten sposób uratowała się z zamknięcia. Druga koleżanka, blondzia typowa,(zreszta bardziej koleżanka Sistera niż moja) zanabyła sobie auteczko i ogladała je w środku. Zobaczyła umieszone pod sufitem czujniki alarmu i zaprotestowała, że te głośniki powinny byc wieksze, bo ona nie będzie słyszała muzyki... Najświętsze słowo honoru, że obie historie są prawdziwe. Zawsze uważałam, że zycie pisze najlepsze historie. To może jeszcze powinnam coś z własnego podwórka...O samochodowych przygodach to może osobny odcinek napiszę...a teraz tylko o tym, jak kiedys skrobnełam swoje piękne ciemnozielone tico metalic o słupek na podwórku, gdzie parkowałam pod pracą...Skrobnęłam wyraźnie dosyć a ex bardzo dokładnie ciągle oglądał to nasze cudo. No ogladał, bo tak się nieszczęśliwie złozyło, że przez rok nie mógł jeździć...no to sobie oglądał...I nic mu nie powiedziałam, tylko jak już ogladając natrafił na szkodę to się spektakularnie zdziwiłam...Ojejku! skąd mi się to wzięło???? Straszne, kto mi mógł tak zrobić ??? I kupił to...do dzisiejszego dnia nie wie, ze ja sama tak nieszczęśliwie zarysowałam ten cud koreańskiej techniki... I jeszcze historia sprzed tygodnia. Zazwyczaj jeżdżę szybko, czasem łamię przepisy, czasem wyprzedzam ciężarówki nie z tej strony co wolno, ale prawie nigdy nie uzywam klaksonu. Bez sensu, i tak nikt nie wie, o co chodzi, to po co...Ale musiałam... Na babę! Uwaga: dygresja- faceci jeżdżą szybko, ale złośliwie często, jednak są przewidywalni, a kobiety (niektóre- te, co się łapią w kategorię bab) jeżdżą jak kury, jak spłoszone kury, wstyd mi to przynać. Bezmyslnie i nieprzewidywalnie. Koniec dygresji. Jadę sobie rondem Starzynskiego (rondo na końcu, a może na poczatku? mostu Gdańskiego), które przeciete jest szynami tramwajowymi. Jadę środkowym pasem, za BABĄ, po prawej stronie mamy długi autobus. Autobus jedzie spokojnie, nie hamuje. Przejeżdża przez tory, zasłaniając nas (bo my na środkowym pasie, cały czas obok autobusu) od potencjalnego tramwaju. I co robi BABA? zatrzymuje się przez torami i patrzy w prawo i w lewo , czy kurna tramwaj nie jedzie!!!!No natrąbiłam ile sił w klasonie i dobrze , że się śpieszyłam, bo mogło dość do rękoczynów....I tyle na dziś. A Sister, jak znam życie, coś dorzuci ze swoich bogatych doświadczeń:-)))
jeszcze o zwierzątkach....2004-04-20 07:52:41
Dziś tak trochę jeszcze o zwierzątkach. Tak wyszło, no bo otaczają mnie od dobrych paru lat. Policzyłam i wyszło mi, że od 8. Zaczęło się od kota Sistera, który był do wzięcia w dobre ręce...No to się Sister zawinął i wziął. Kot jest ogromny, ma piękne, ciemne prawie czarne futro, ale podbity jest na biało. Został przez młodych nazwany Skotem. W tym samym czasie my zdecydowaliśmy się na wzięcie uroczego miniaturowego sznaucerskiego sunialka, który rodowodowo wabił się Bella, ale dzięki inwencji twórczej młodych został Kinią. Ale już po wzięciu suńci zaczęliśmy się zastanawiać, że smutno jej będzie samej w domu. My w pracy, młodzi w szkole...i zwróciliśmy się z dobrymi ręcami po siostrę Skota niejaką Skotkę. Panienki bardzo się polubiły i stanowiły zgrany, niszczycielski team. Jedna leciała górą i zwalała wszystko na podłogę, a druga rozszarpywała to na dole w strzępy. Pierwotny zamysł miłego towarzystwa upadł i panienki musiały być zamykane w oddzielnych pomieszczeniach. Z tamtych czasów pozostał mi podręcznik przecudnie perforowany na obrzeżach, podręcznik ekonomiczny, bo byle czego Kiniusia nie perforowała. Po pierwszym okresie burzy i naporu wygrzeczniała i nawet szczeka tylko na wyraźne życzenie swego pana poparte pstrykaniem palcami. Suniaś reaguje na obcych, tylko jak ex jest w domu...wtedy biegnie ile sił w łapinach i szczekaniem zawiadamia, że jest coś nie tak bacznie przyglądając się, czy pan widzi jej wysiłki. Z kicią jest bardzo zaprzyjaźniona, mają piękne zdjęcia, jak obie próbowały do swojego zespołu włączyć świątecznego karpia, który jednakowoż zlekceważył te przyjazne wysiłki. Sporo czasu wtedy spędziły przy wannie. Kicia jest madralką, jak zresztą większość Kić i tak bacznie uczyła się życia podpatrując nas, domowników, że nawet siusiała do sedesu (ten typ sedesu, w którym jest postumencik a potem przepaść, a nie od razu przepaść). Potem odkryła rozkosze siusiania do żwirku (a raczej zagrzebywania, gmyrania i przekopywania w/w zwirku). Obie towarzyszyły nam w wakacyjnych wyprawach i zazwyczaj jeździliśmy tam, gdzie można było obie panienki zabrać. Kinia znosiła jazdę samochodem raczej normalnie, natomiast kicia musiała mieć określoną prędkość jazdy, w przeciwnym wypadku płakała wniebogłosy. Czyli jazda w granicach 110 km/h –130 km/h była ok, wszystko co poniżej lub powyżej powodowało straszne protesty. Na miejscu zwierzyna adaptowała się sprawnie i dosyć szybko rozpoznawała teren. Jedno było tylko śmieszne...Aby załatwić potrzebę fizjologiczną Skotka zasuwała z najdalszego końca terenu, coby to do kuwety załatwić (w ubikacji w domku oczywiście). Miastowa panienka...a co!. Pewnego razu, kiedy bawiliśmy nad morzem i mieszkaliśmy w prywatnej kwaterze, Skotka, która miała zwyczaj odprawiać z okna kutry rybackie i inne jednostki pływające, wypadła z okna (parter, spokojnie) i przepadła bez wieści. Stało się to oczywiście w dzień powrotu do domu, który to powrót opóźniliśmy, żeby kota znaleźć. Kot jednak przepadł jak kamień w wodę. Mimo naszych wysiłków nie udało się go znaleźć. Wracaliśmy z ciężkim sercem do Warszawy, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że kocia panienka wychowana w domowych warunkach nie poradzi sobie wśród nadmorskich dzikusów. Zostawiliśmy kontakt u naszej gospodyni i prośbę, żeby przy pomocy okolicznej dzieciarni za kotem się rozejrzała. Okoliczna dzieciarnia zareagowała spontanicznie znosząc zewsząd szamocące się dzikusy. Jednym z nich była nasza kiciusia. No i cóż...słowo się rzekło, się wsiadło do samochodu i się zaliczyło drogę za Kołobrzeg i z powrotem jednego dnia...ku ogólnemu zadowoleniu (dzieciarnia została obdarowana słodyczami). Nasz zwierzyniec miewał zawsze dziwne obyczaje i dziwne apetyty, malutka Kinia dawała się skarmiać kiszoną kapustą w warzywniaku, nie gardziła tez chipsami, owocami i serem pleśniowym. Pasła się też czasami trawą... i nie tylko. Kicia zresztą też, trudno było trafić za ich upodobaniami kulinarnymi. Zawsze porą wiosenno-letnią mamy zioła na balkonie: melisę, bazylię i takie tam inne (oprócz kwiecia oczywiście). No i któregoś pięknego dnia okazało się, że melisa została wycięta...równiutko jak nożyczkami. Zostały kikutki. Kiedy Ex to spostrzegł kotu poważnie zagroził lot przez balkon z 5 pietra (wiadomo, że koty to szkodniki) ale został jakoś przeze mnie ugłaskany a nowe zioła zakupione. Co się jednak okazało? Któregoś pięknego ranka wyszłam na balkon i znalazłam tak Kiniusię pasącą się wyżej wspomnianą melisą. Nasza sunia panicznie boi się wystrzałów i burz...(które akurat wiosną szalały) więc znalazła sobie własny sposób na uspokojenie i faszerowała się melisą.... Teraz jest bardzo zaprzyjaźniona także z Melą i Fraucią, a i one ją akceptują. Zresztą nie sposób jej nie lubić...Kiedy chce wskoczyć na kanapę, na której ktoś siedzi, to najpierw prosi o pozwolenie na wejście, tzn trzyma łepek na kanapie i pytająco patrzy, na hasło „możesz” wskakuje. A kiedyś, przy okazji porządków domowych pół dnia i całą noc pilnowała zwietrzałych herbatniczków w miseczce, tzn. stała albo leżała przy nich, a kiedy zbliżała się kicia (koty, jak wszystkim wiadomo są absolutnymi smakoszami zwietrzałych herbatniczków) odstraszała ja głuchym warkotem płynącym z głębi trzewi. Rano pękła i pochłonęła herbatniczki ale myślę, że sobie na to zasłużyła. I na koniec jeszcze o malutkiej Gabrysi, która czasem jest moim gościem (a Mamusię Agu pozdrawiam serdecznie:-) i obserwowała moje kicie. Zbliżała do nich głowę i oddalała, wreszcie przybiegła podekscytowana i zakomunikowała: „a ten gra, a tamten nie gra” . Chodziło oczywiście o to, ze Mela mruczała a Fraucia nie...Ale to określenie weszło na stałe do naszego słownika. A o Sisterze już dziś było, więc mogę spokojnie zakończyć.
jak zwykle o wszystkim i o niczym...2004-04-25 21:03:20
Dziś leniwa niedziela i żadnych pretekstów, żeby nie pisać…Zwłaszcza, ze ostatnio Czesław z Katowic nawet spytał z wyrzutem, czemu nie ma nic nowego? Zresztą mam konkretne zamówienie od kogoś, kto w tej chwili niewiele może robić, ale czytać może. I chce…i prosi o ciąg dalszy. Przy okazji odwalę prywatną prywatę (sam blog już jest prywatą ) i tak jak obiecałam pozdrawiam Borzennę ?)) hihihihi komputer mi nie pozwolił przez „rz” ale tak ma być…mam tylko nadzieje, że dobrze zapamiętałam. No to tylko nawiążę do komentarza pana Podwieczorka, bo dziwnie akurat mi tu pasuje…Był taki blog o szalonych kierowcach, o głupocie za kierownicą i takie tam… Cytuję komentarz Przedwieczornego: „Za kierownicą jestem dziwnie spokojny, nie przeklinam, (bo nigdy tego nie robię), nie mam pretensji do innych. Jeżdżą tak jak ich nauczono, gdzieś otrzymali jakieś wzorce postępowania ot i cała przyczyna.” Jak zrozumiałam z tego komentarza, jest jak jest, nie należy się na nikogo denerwować i złościć i siła spokoju nas uratuje przed wszystkim i wszystkimi… Otóż jednak słusznie wylewałam swoja złość, bo to, co rzuciłam jako temat bloga, w życiu zrealizowało się dosyć paskudnie i dotknęło mojej bardzo ulubionej koleżanki. Jechała sobie bardzo spokojnie i na nikogo się nie denerwowała…i skończyła w szpitalu, po czołowym zderzeniu, bo jakiś pijany skończony debil i idiota bez mózgu wyprzedzał na trzeciego. Pana Podwieczorka proszę o nie komentowanie, bo życie nie jest takie piękne, jakim by on chciał je widzieć. I siła spokoju i wyrozumiałości i traktowanie drogowych jebaków leśnych jak niesforne, rozbrykane dzieciaczki nic tu nie pomoże. Wprost przeciwnie, trzeba na nich trąbić, pisać o tym i awanturować się zawsze i wszędzie, bo jedynie to może odnieść jakiś skutek. Jak już jestem przy samochodach to przyznam się do jednego zdarzenia, nie tak odległego, ale w sumie dosyć krępującego. Mój samochód ma opcję (do centralnego zamka) zamykania po włączeniu silnika i otwierania po wyłączeniu. No takie antynapadowe zabezpieczenie. Mam też swoją procedurę wsiadania do i wysiadania z samochodu. Najpierw zawsze bagażnik i torebeczka tudzież inne toboły do bagażnika, potem bagażnik zamykam na klucz (centralny zamek go nie ogrania) potem wsiadam i jadę (przy wysiadaniu vice na versa). Pewnego mroźnego dnia zrealizowałam procedurę wsiadania, uruchomiłam samochodzik (przy otwartych drzwiach od strony kierowcy), i wysiadłam, coby oskrobać szybki. I zamknęłam drzwi. No i już. Samochód na chodzie, drzwi zamknięte, bagażnik też, w bagażniku, w torebeczce klucze do mieszkania. Całe moje szczęście, że w domu był stary Młody, ale po całonocnych hulankach, więc śpiący kamiennym snem w swoim pokoju za zamkniętymi drzwiami. Wprawdzie dobudzałam go przez 15 minut, ale najważniejsze, że skutecznie, wiedziałam tez od razu, gdzie mam drugi klucz a i samochód wygrzał się świetnie a lód z szybek spłynął sam:-) No ale pilnuję się teraz , bo głupotą byłoby popełnić taki błąd po raz drugi. No i jeszcze…jak jechałam do Czesława do Katowic, to sprawdzałam zużycie paliwa na bieżąco ( w yarisku można). Tankowałam się w Częstochowie, i była pewna, że w związku z tym zużycie paliwa będę miała rewelacyjnie niskie, bo nie było tu już jazdy miejskiej. Dojechałam i bardzo się zdziwiłam, bo wykazało 7, 8 ( w domysle na 100 km)…czyli więcej niż zazwyczaj…Dopiero przy dokładniejszych oględzinach doszłam wreszcie do wniosku, że była to średnia prędkość (78 km) a moje zmęczone oczko tego w pierwszej chwili nie złapało. A jeszcze zapomniałam tu napomknąć, że odbyła się rewizyta Czesława z Katowic z Panną, która miała miejsce w mieszkaniu mojego Sistera. A ja czynnie w kulinariach pomagałam. Ale w charakterze podkuchennej, bo inwencji kulinarnej nie posiadam, a mój Sister tak, więc chętnie pod jej nadzorem obieram, szatkuję, kroję i skubię… Było jak zwykle patologicznie i wesoło i na pewno pod znakiem którejś tam muzy (Filmomeny- tej od filmów) bośmy się naoglądali różnych ciekawych rzeczy z filmoteki Sistera,. Z niusów zwierzęcych : moja Melka (czarna kociczka) lubi siadywać na parapecie w kuchni. Lubi nie bez powodu, bo pod parapetem jest kaloryfer, więc parapet mimo, że twardy, to cieplutki jest. Chociaż ostatnio mniej, bo sezon grzewczy już właściwie zakończony. Ale kicia siłą rozpędu siaduje. Ostatnio zanabyłam pomidorki. Które malowniczo w żółtym, plastikowym koszyczku ułożyłam na parapecie. Moja kicia potraktowała to jak zaproszenie i usadziła się w koszyczku na pomidorkach jak kwoka na jajach. Musiałam jej te pomidory spod tyłka wyciągać, bo uznałam jej prawo do siadywania w tym miejscu. No i jeszcze prawie na zakończenie pewne spostrzeżenie, szkoda mi na nie odrębnego bloga. Przeglądałam opisy reprezentantów płci męskiej (nie będę ukrywała, że raczej mojej grupy wiekowej) i większość zaczyna się tak: „prowadzę prywatny biznes”, „mam własne przedsiębiorstwo”, „jestem przedsiębiorcą”…a tak naprawdę, co można z tego wyczytać o człowieku? Już wolałabym, żeby napisał, ze lubi zwierzęta, albo ich nie lubi…że nie cierpi muzyki klasycznej, albo lubi słuchać Stinga….Hmmmm może mój punkt widzenia wynika z tego, że nie mam prywatnego przedsiębiorstwa???
o uzależnieniach...2004-04-26 21:32:50
Dziś napiszę o czymś, co przyszło mi dziś po drodze do głowy (bo jak jadę te 23 km w jedna stronę, to dobrze mi się myśli). Zastanawiałam się, czy i ewentualnie od czego jestem uzależniona. Papierosy? Kiedyś…bardzo bardzo dawno temu , gdzieś podczas dwudziestolecia międzywojennego, tzn jak miałam 18 lat, próbowałam palić papierosy…Ale mi to nie smakowało, ani nie pasowało, ciągle mnie mdliło i odrzucało (hihihihi musi być dygresja- dziś pisałam coś strasznie głupim wierszem najpiękniejszej i najmądrzejszej, najśledziowszej ze śledziowych lasek , kochanej P., której macham zamaszyście rączką i pozdrawiam przy okazji Borzennę:-)) i coś mi się chyba utrwaliło?. No to mamy: papierosy : bleeeee. I musze uczciwie przyznać, iż teoria, ze jak rodzice nie palą , to dzieci tez nie, jest ze wszech miar słuszna. Mój Tatko nie pali, a Mamcia próbowała, ale …no wybaczcie, ale musi być dygresja. To co Czesław robił, żeby obrzydzić Mamuśce palenie to jest temat na osobnego bloga? po pierwsze…zawsze znajdował sprytnie ukryte przez Mamcię mentolowe. Po drugie preparował je w sposób uniemożliwiający normalne użycie: np. maczał każdego papieroska z paczki w atramencie (ustnikiem oczywiście) i na każdym papierosku kaligrafował przepięknie piórem „Smacznego”, albo wkładał włosa do każdego papierosa…odczep się rymie odymnie?; albo dziurawił cienką igiełką papieroska, tak że po zapaleniu malowniczo wszystkimi dziurkami dymek uciekał…no i stosował słowną perswazję. Pamiętam te walki doskonale i jakoś papieros jawi mi się jako śmieszny dosyć nałóg.
Ja nie palę, Sister hmmm powiedzmy, że nie, młodzi oczywiście , że nie… Co tam dalej…tematycznie ziółka, fajne, czemu nie….ale nie dla mnie…Czemu? No one generalnie to mają poprawiać nastrój…ale jak ja już mam poprawiony, to co robią? No co? Pogarszają!
Kiedyś, na naszej imprezie parapetówkowej nasi znajomi robili zakłady, czy zapalimy ze starym Młodym joincika w swojej obecności. Wszyscy przegrali…Skoro wychowało się dziecię powyżej lat 16, i zna się go tak od podszewki, to nie ma co udawać, że to czy tamto nas szokuje. Wierzę w Młodego rozsadek i na razie życie udawania, że on doskonale odróżnia co dobre a co złe…i nie widzimy obydwoje nic złego w tym, ze czasem zachowujemy się w sposób odbiegający od przeciętnie przyjętej normy, a to, że czynimy to czasem w swojej obecności? A cóż to zmieni? Czy fakt, że Młody zrobi cos za moimi plecami, a ja tego nie będę widziała będzie oznaczał, ze fakt nie zaistniał? Nie..no to o co chodzi?
No więc TE rośliny nie…a może w innej postaci? No dobra, opowiem, jak na nartach będąc we francuskim kurorcie zjadłam porcję budyniu ugotowanego na…no na roślinach…takich zielonych i trochę ususzonych. Się gotuje mleko przez godzinę z tym zielonym ususzonym i koniecznie mieszacz się musi co 10 minut zmieniać. Bo mieszanie takiego mleka jest nader wyczerpujące. Potem się odcedza to ususzone ugotowane i dodaje klasyczny budyń. Który się następnie konsumuje. Smaczne to było, założyliśmy narty i jazda ostatnim wyciągiem na fondue (to taka imprezka trochę winna, trochę na serze roztopionym podawanym w garnku).
No i na tymże fondue..po budyniu, który podobno polepsza wszystkim nastrój…mnie uczynił na odwrót. Smutno mi było i smutno i przygnębiło mnie trochę..i tak jak już stwierdziłam powyżej: nie ma mi co polepszyć, to mi pogarsza…więc ja dziękuję i nie potrzebuję?
Co tam jeszcze ? trunki? Eeeech..tez nie najlepsze doświadczenia…Tequila pita klasycznie z solą i cytryna wywróciła mi żołądek (day after) na druga stronę i na słowo tequila od tamtego pamiętnego dnia zielenieję. Drinuś pamiętny w Piwnicznej (absolut kurwant ze sprajtem) spowodował moje natychmiastowe zaśnięcie w opakowaniu, a o sensacjach dnia następnego nawet nie wspomnę. No i wino…czasem mi służy (zwłaszcza białe, półwytrawne z lodówki) a czasem nie…Jedno takie przywiezione zez Francji (w kartoniku) bardzo mi nie posłużyło…
Umierałam cały dzień po konsumpcji tego wina…no i spróbujcie się uzależnić od czegoś takiego…Bo ja nie mogę. No to już wiadomo: czasem wino, owoce z rumptopffa (o rrany!!! Sister! Jak się to pisze????) , piwo imbirowe i już.
No to co jeszcze, na pewno czekolada, na pewno lody, na pewno słodycze rozmaite…mniam, ale w sumie już kiedyś pół roku nawet bez nich wytrzymałam, więc uzależniona chyba nie jestem. Na pewno wciągnął mnie kiedyś jeden serial, ale od tamtej pory pilnuję się i stronię od wciągających seriali…A tamten to był Tween Peaks….Chętnie bym się raz jeszcze uzależniła… Co jeszcze? Na pewno czytanie…ale są momenty, że mogę się bez słowa drukowanego obyć…No to może pisanie? Ostatnio uzależniłam się troszkę od pisania bloga, ale jak mi Sister przyciął, że mniej piszę, bo mi się wena skończyła….to mi jakoś mniej zależy….To ten mój autyzm…Jak mnie ktoś naciska, to się w sobie zamykam ? Jak ten słynny osioł? No i jeszcze sieć…nie jestem uzależniona, zdecydowanie nie…jeśli mam książkę ciekawą, albo jakoweś świeżutkie pismo kobiece…to net przegrywa…Pora na konkluzję : jestem uzależniona od życia…Nie ja to wymyśliłam, nad czym ubolewam… tylko Wojtek Mann, ale pasuje mi to idealnie. I to by było na tyle, jak mawiał profesor Jan Tadeusz Stanisławski.

