wtorek, grudnia 30, 2008
piątek, grudnia 19, 2008
cofać się zaczynam czyli mulabanda i do przodu
Obiecałam, to dotrzymuję. Może jeszcze tytuł wyjaśnię: cofam się w czasie, a mulabanda to takie wdzięczne określenie w terminologii jogicznej czegoś, czego niewtajemniczonym wyjaśniać nie będę, a do przodu, bo zgromadzona na wyjeździe energia pozwoliła nam na powrót do rzeczywistości i sprawne odnalezienie się w niej.
Dziś będzie o naszej bardzo krótkiej wyprawie (mojej i Dorotkowej) do Wierchomli w celu zaliczenia warsztatów jogi hormonalnej.
To taki nasz pomysł na hormony: zapanować nad nimi zanim one zapanują nad nami.
No i miejsce bliskie naszemu sercu- tuż tuż za naszą ukochaną Piwniczną Kosarzyska.
Jako znany eksplorator i tropiciel przygody postanowiłam jechać zupełnie inną trasa niż dotychczas. Tzn przez Kielce i takie tam rożne małe mieścinki.
Decyzja głupia nie była (jeśli chodzi o zwiedzanie nieznanych okolic) a trochę bardziej głupia, jeśli chodzi o czas podróży. Powiem tylko, że opcja dłuższą trasą (przez Kraków), z korkiem przed wjazdem do Krakowa i ciemnościami po drodze, czasowo okazała się krótsza.
No i tyle tytułem dygresji. Czas wspólnie spędzony był dla Dorotki i mnie bezcenny. Albowiem przez rożne perturbacje życia codziennego nasze kontakty ograniczały się do mailowych, a o spokojnym pogadaniu nad kawą czy herbatą nie miałyśmy co marzyć.
Oczywiście nasze zaangażowanie w dyskusję spowodowało wielokrotne zbaczanie z trasy. Ale ile to przy tym radości było... Nawet udało nam się promem samochodowym przeprawić po drodze.
A pogoda łaskawa była i sucha i mimo, ze śnieg wcześniej mocno zalegał (zaledwie tydzień wcześniej) to droga ścieliła nam się sucha.
Rozczarowanie głębokie (i odrazę też głęboką) wzbudził w nas KOREK w Nowym Sączu. Nie tak miało być, nie tak...Nie po to się człowiek wyrywa ze stolicy zakorkowanej do granic możliwości, żeby w korek gdziekolwiek wpadać.
W każdym razie dojechałyśmy, poznałyśmy bardzo fajne wielbicielki jogi (nie tylko hormonalnej) i cieszyłyśmy się otoczeniem lekko przysypanym śniegiem. Nawet narciarze tam byli. Pobyt możemy uznać za udany, mimo , że krótki. Taka pigułka zrelaksowania i oderwania się od wszystkich i wszystkiego. I miałyśmy okazję pogadać z naszą ukochaną Anią Barmanką, która właśnie do Wierchomli się z pracą przeniosła.
Było bardzo pozytywnie, pogodnie i nawet zniżkę dostałyśmy na rożne takie kosmetyczno-relaksujące, z których skwapliwie skorzystałyśmy.
Wracałyśmy więc pogodne, wypoczęte, wygładzone i nakremowane tu i tam i pogodzone z hormonami. Co było w zasadzie celem naszego wyjazdu.
a Wiechomla zimą wygląda mniej więcej tak
i tak
i troszkę tak
a owce wierchomlańskie wyglądają tak
a tak czasem zdobi się chałupy :-)

