czarodziejka i ....

poniedziałek, maja 23, 2005

Hańcza Strikes Back :-)


Celowanie w pomost taranem...

lol

lol

leniwe widoczki
posted by WER

środa, maja 04, 2005

spływ Czarną Hańczą, czyli kajaki, chłód i dieta ziemniaczana...


żle zrozumiałam ofertę... miało być z Wisłocką a dali mi wiosło
posted by WER

Co się u mnie ostatnio działo? O pracy ani o chorobach utrudniających mi życie ani słowa. Szkoda mojego wysiłku i Waszych oczu. Była ostatnio malutka Piwniczna (taka pięciodniowa), taka, co to sobie wyobraziłam, że postawi mnie na nogi…i na pewno stało się tak w pewnym sensie, ale nie tak szybko, jak bym sobie tego życzyła. Piwniczna już nie ta. Chyba coś się tam zmieniło, jakoś podupadło i zmizerniało, mimo braku tego wyraźnych oznak. Jak to powiedziała Dorotka: kiedyś wszystko, co się tam działo zachęcało do powrotu i to wielokrotnego. Kto tam raz pojechał, zawsze chciał wracać. Teraz jest jakoś inaczej …Prysł urok czegoś wyjątkowego, śmiesznego i takiego „piwniczańskiego”. Nie umiem odpowiedzieć co tak dokładnie się zmieniło…Pewnie ludzie…Kiedyś byli to nowi znajomi, nowi przyjaciele na szlakach, nowi instruktorzy….A teraz miło spotkać starych znajomych, widzieć stare twarze…ale jakoś tak…nudno? Nie wiem, czy się tam jeszcze wybiorę. Polska jest wielka i pełna gospodarstw agroturystycznych, których uroki udało mi się poznać podczas spływu kajakowego Czarną Hańczą (i nie tylko). Byłam pełna obaw, czy jechać na ten spływ. Wiosna w tym roku zdecydowanie ulokowała się poza Polską, Piwniczna i Beskid Sądecki podziwiałam w zimowej krasie i jakoś, mimo bogatej wyobraźni nie umiałam sobie siebie wyobrazić w wilgotnym kajaku, obryzgiwana wodą z Czarnej czy innej Hańczy. A miałam wziąć przecież ze sobą młodego Młodego, któremu należało się przewietrzenie mózgownicy po pierwszych ustnych egzaminach maturalnych. Przekonała mnie moja koleżanka Zdzirka (proszę szukać odniesienia w którymś z kawałków o Piwnicznej), która twierdziła, że wszystko jest zorganizowane, a kajaki maja fartuchy (cokolwiek to oznacza). Wróciłam więc szczęśliwie z Piwnicznej w poniedziałek a w sobotę rano prułam co koń wyskoczy do Augustowa. (Wersja dla mojego ex – 4 godziny drogi). Tam, o dziwo, było nawet ładnie… Słonko i płytka rzeczka, kajaki kolorowe i lekkie, a wiosła też lekkie i kolorowe i w dodatku wyprofilowane. Wsiedliśmy więc pełni zapału i nadziei na solidną fizyczną rozrywkę (a było nas 12 osób w różnym wieku + pies suka) i skończyliśmy pierwszy etap po 40 minutach. Okazało się, że dziadek, który nas wiózł na początek spływu pomylił miejsca i wysadził nas za wcześnie. No ale przynajmniej nabraliśmy apetytu na kajakowanie. Pierwszy nocleg był, przynajmniej dla mnie, deczko rozczarowujący. A to ze względu na temperaturę powietrza w nocy, która oscylowała, moim skromnym zdaniem, w okolicach zera. Wybraliśmy z Młodym jakiś domeczek kempingowy, który może i chronił przed wiatrem, ale przed chodem to na pewno nie. Stwierdziłam zatem, że chłód konserwuje (a pamiętacie generałową Zajączkową????- co to pod łóżkiem stawiała na noc miski z lodem i długo młodość zachowywała???) i podjęłam wyzwanie przenocowania w lodówce…no w celach badawczych. Pozostała część ekipy ulokowała się w domu, ale nie byli noclegiem zachwyceni. Dostaliśmy pyszna obiadokolację – tamtejsze tereny znane są z dań z ciasta ziemniaczanego. Dlaczego o tym mówię??? Chodziły za mną od dawna placki ziemniaczane, Piwniczna (w postaci placków na Obidzy i placka bacowskiego w Jaworkach) troszkę ten apetyt nasyciła, ale moje ja, spragnione przetworzonych ziemniaków kwiczało ze szczęścia. Pierwszego dnia dostaliśmy kakory, czyli pierogi z ciasta ziemniaczanego nadziewane soczewicą i pieczone w piecu….Na śniadanie poprawka, czyli placki ziemniaczane na ciepło i racuchy drożdżowe na zimno (które to racuchy uratowały Młodego przed śmiercią głodową- ale o tym później…No opchana byłam tymi ziemniakami w różnej postaci pod dekielek. Osłabiły mnie wysiłki i ziemniaczana dieta i postanowiłam zdrzemnąć się przed ogniskiem, co spowodowało mój trwały i prawie nieprzerwany sen od godz. 18 do 9.00 następnego ranka. Ziąb nocny może mnie i zakonserwował, ale na szczęście nie zabił. Ale poranek dnia następnego powitał nas chmurami i siąpiącym opadem. No a miało być tak pięknie……Co było robić? Naciągnęliśmy fartuchy na kajaki, zabezpieczyliśmy się przed opadem no i ruszyliśmy w 20km trasę. Mieliśmy z Młodym te same kłopoty, co 2 lata temu, tzn, sprzeczne interesy co do kierunku płynięcia i decyzji dotyczących manewrów. Postanowiliśmy zatem wiosłować na zmianę, albowiem wszelkie próby wiosłowania wspólnego kończyły się wbiciem w szuwary i kontynuowaniem płynięcia na biegu wstecznym. Hańcza nas niosła sama, trzeba było tylko nadawać kierunek na zakrętach. Pierwsza część odcinka wiodła przez wyschłe szuwary, na które już nie mogliśmy patrzeć (nie było poza tym na co, bo odbiliśmy jakoś od grupy, mimo prób abordażu naszych współspływowiczów –próby były podstępne i udawały nieudane manewry a kończyły się zawsze słowem „przepraszam”. Od razu wiedzieliśmy, że to próby osłabienia naszej werwy i stylu płynięcia /tzw. „pijany zając”/). No ale grupa za nami, a przed nami jakieś ładne miejsce ozdobione mapą. Po trzykrotnych próbach dopłynięcia do mapy od przodu i na odległość umożliwiającą odczytanie jej z wody (kto nie próbował, to nie wie, że kajaki żyją najczęściej swoim życiem…) okazało się, że pokonaliśmy zaledwie pół dystansu, mimo, że byliśmy pewni, że to już finał… Ale najgorsze było dopiero przed nami. Odcinek wiodący przez puszczę. Czy wiedzieliście, że w tej puszczy nikt nie sprząta????? I żyją tam takie pasożyty, bobry, czy coś, które podstępnie zębami ścinają drzewa, a te drzewa po uwaleniu się do wody nie pozwalają kajakowi przepłynąć…masakra jakaś! Walczyliśmy z Młodym o życie. Bardzo często, zanim zdołaliśmy przedyskutować jakąś opcję ominięcia przeszkody woda pchała nas w jakieś nie podlegające dyskusji miejsce. W ten sposób zawiesiliśmy się na pniu wystającym dokładnie pośrodku szlaku wodnego, i ani do przodu, ani do tyłu…tylko w takim zawieszeniu. Zresztą śmiech, który nas w takich momentach ogarniał nie pozwalał podjąć nam jakichś radykalnych działań i tak sobie spływaliśmy niesieni przez naturę. Natura wielokrotnie niosła nas tyłem do przodu, ale jakoś nam to nie przeszkadzało. Przeszkadzały nam gałęzie wystające z wody, które celowały zawsze w Młodego pierś i wielokrotnie naraziły go na stres z tym zjawiskiem związany. Ten szlak (a niech was szlak!!!!!!.... prowadzi) wydawał się nie mieć końca. Wiedzieliśmy, że jedzenie, spanie i możliwość opuszczenia naszych jednostek pływających miały pojawić się w Mikaszówce. Więc, kiedy w środku tego upiornego lasu pojawiła się koślawa tabliczka z ręcznie wymalowanym napisem „sklep spożywczy w punkcie pocztowym w Mikaszówce” chciałam ją ucałować. Ale prawdę mówiąc nie było sytuacji, żeby gdzieś się z kajaka teleportować, bo trzymały nas fartuchy (uparcie zwane przez Młodego beretem- „poczekaj , beret mi się obsunął”), mimo, że odczuwałam już palącą potrzebę pozbycia się nadmiaru płynów z organizmu. Trochę kołatała nam się po głowach komenda naszego komandora, żeby przed jakimś mostem skręcić w lewo, ale takie manewry są możliwe na drodze, a nie na rzeczce…. Popruliśmy więc pod mostem prosto, ale po zasięgnięciu języka u kajakarzy płynących z naprzeciwka okazało się, że musimy do mostu zawrócić. Bo tam jest szlak, a tu się właśnie za chwilę kończy. Udało nam się w końcu szczęśliwie dotrzeć do śluzy, przed którą mieliśmy mieć nocleg…ale okazało się (po moim kontakcie z organizatorem), że nocleg jest,, ale przed następną śluzą. W związku z tym, że w okolicy śluzy nie było żywego ducha, kajak przeciągnęliśmy wierzchem (znaczy Młody- ja kierowałam tą operacją)…a w nagrodę wiosłowałam ostatnie 800 m tego dnia. Jak się ostatecznie okazało dotarliśmy 2 godziny przed główną grupą (jej część błąkała się za mostem co to przed nim w lewo i w okolicach granicy z Litwą), co pozwoliło nam na wybór najlepszego pokoju, na spowodowanie rozpalenia kominka i trwanie w stanie głodu do czasu przybycia wszystkich członków naszej ekipy. Młodego od śmierci głodowej uratowała dwudniowa bułka z szynką (no co? Zimno było, to się nie popsuła) i racuchy zgarnięte przytomnie ze śniadaniowego stołu. Śliczny, drewniany dom tylko do naszej dyspozycji, duży i cieplutki był nagrodą za poprzedni nocleg i trudną, mokra trasę (w międzyczasie opad się nasilił). Ciepła woda dopełniła szczęścia , albowiem okazało się, że nie zawsze na nią można liczyć. Na poprzednim noclegu, wieczorkiem zanikła wszelka woda, aczkolwiek życzliwy gospodarz proponował spuszczenie ciepłej wody z chłodnicy traktora. Dobrze, że śpiąc głęboko nie miałam dylematów czystościowych. Rozgrzani, najedzeni (oczywiście babka ziemniaczana!!!!) i rozleniwieni pławiliśmy się w luksusach cywilizacji. I wyspani a takoż wypoczęci i tuż po śniadaniu mogliśmy ruszyć w dalszą trasę. Tym razem pogoda nam dopisała, aczkolwiek wiaterek raczej chłodnawy był. Dzień przepłynął nam pod znakiem trzykrotnego śluzowania się (w tym jedna śluza dwukomorowa). Warunki były już trudniejsze, bo mieliśmy do pokonania dwa jeziora. Ale rozkoszowaliśmy się pięknym dniem i w plan dnia wpletliśmy piknik na zielonej trawce , gdzie nasza pies suka miała bliskie spotkanie trzeciego stopnia z łabędziami. No nie na zielonej trawce, łabędzie przebywały w wodzie i nie dawały się upolować. Spokojnie dotarliśmy do kresu podróży, w komplecie, szczęśliwi, zmęczeni i opaleni równo na czerwono majowym słoneczkiem. Ponieważ nadmiernie wyeksploatowałam ręce podczas tej wyprawy, a był jeszcze do wykorzystania wolny wtorek zainaugurowałam sezon rowerowy, malutkim 30km szlakiem wokół Wisły (ależ ta woda ma magiczną moc przyciągania!!!!), więc dziś, oprócz rąk opadają mi także nogi. Czego i Wam życzęJ

kończę e:story

Witajcie i od razu gnę się w ukłonach przeprosinowych. Pewnie, że nie jest to żadne wytłumaczenie, ale problemy pracowe połączone ze zdrowotnymi (a jedne mają wyraźny wpływ na drugie) spowodowały, ze zamilkłam. Podjęłam jednak szereg czynności reanimacyjnych i wracam może nieco słabsza, ale na pewno zdrowa. No i pełna energii, bez której nie powstałby ani kawałek bloga. Chciałam zakomunikować też, że kończę moją e:story. Tzn, mogłabym jeszcze nakręcać Was piękną, miłosną historią, ale zaczęłam ją pisać w jednym celu. Żeby dowieść tego, w co wierzę: że wiele budujemy w swojej głowie i że musimy sprawdzać te budowle, że musimy realizować swoje najbardziej dziwaczne marzenia i pragnienia.. Najwyżej okażą się one niewarte realizacji, ale tego się nigdy nie dowiemy, jeśli nie spróbujemy. Gdyby nie ta cała e:story pewnie do dnia dzisiejszego żyłabym w jakimś dziwnym zauroczeniu człowiekiem, którego tak naprawdę nie było. No był, ale w mojej głowie, w moich wyobrażeniach i w mojej pamięci. No więc (a wiem, że od „wiec” się zdania nie zaczyna) nasze maile krążyły sobie regularnie, potem (mimo mojego autyzmu telefonicznego) dołączyły rozmowy telefoniczne, w których tak naprawdę pojawiły się elementy, które powinny wzbudzić moją czujność. Ale uczucie kwitło, serce kwiczało z radości, kto by tam słuchał wtedy głosu rozsądku? Byliśmy sobie potrzebni nawzajem. Jak się okazało ja jemu, bo rozstał się ze swoją przyjaciółką (a tak! Ten wzór cnót męskich, o którym bałam się na początku myśleć, bałam się – bo rodzina, bo żona, która znałam i lubiłam; miał przez wiele lat przyjaciółkę, którą bzykał w godzinach pracy i po), mnie, bo rozpoczynałam nowe życie i potrzebowałam potwierdzenia, że mogę jeszcze kochać i być kochana. Była tam po drodze moja pierwsza Piwniczna, były rozmowy przez komórę Sistera, były wyznania, obietnice i szał ciał na odległość. I znów gdzieś tam mignęło czerwone światełko, że fizyczność, która wyłaziła z tych naszych kontaktów raczej przerażała mnie swoją brutalnością i zaskakującymi pomysłami. Ale wierzyłam, ze jak dwoje ludzi coś do siebie czuje, to się wszystko wygładzi. Wreszcie spotkaliśmy się tete a tete, ….no i okazało się, że mój luby jest strzępem człowieka , że jest jednym wielkim stresem, nieszczęśliwym i chorym, w dodatku z pokręconą psychiką. W szczegóły wchodzić nie będę, ale w tym momencie już wiedziałam, że po mojej wielkiej miłości. I tak się też stało. Kiedy dziś wracam do czasów, kiedy się to wszystko zaczęło, czuję jeszcze motylki w brzuchu. Ale nie chcę pamiętać zakończenia. Bo nie było wcale romantyczne, tylko prozaiczne i życiowe w bezwzględny sposób. Warto było to przeżyć, bo było to prawdziwe z obu stron, piękne i jakieś czarodziejskie; i trzeba było to sprawdzić w życiu, żeby nie odejść kiedyś w przekonaniu, że mogło się przeżyć coś pięknego, że puściło się luzem taką cudną miłość. Od tamtej pory zawsze sprawdzam do końca to, co mi się wydaje, a także bardzo dystansuję się do swoich wyobrażeń. Nieraz okazuje się, ze człowiek piękny duchem i słowem pisanym jest kimś mało wartościowym w rzeczywistości.

I to by było na tyle (jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski) jeśli chodzi o moją e:story.