czarodziejka i ....

niedziela, października 28, 2007

Paris ...Paris

Tym razem bez słów, czyli efekt szalonego pstrykactwa...

błękitny płaszczyk...

na specjalne życzenie publiczności...tadaaaam

do Langeais i z powrotem...(z naciskiem na "z powrotem")

Dzień piaty czyli czwartek (tak dla odmiany). Zupełnie normalny był to dzień (to jeśli chodzi o pracę), ale zakończył się kolacją z francuską szefową w uroczej knajpce w Tours. Chciało mi się już bardzo do domu, zaczęłam myśleć po francusku, a koleżankę, która zadzwoniła do mnie w sprawie służbowej z Polski, sztucznie przytrzymywałam przy telefonie. Cieszyłam się bardzo, że powrót do Polski jest już tuż tuż. Teraz mi się przypomniało, że w środę chciałam sobie sprawić wieczór francuski. W tym celu zanabyłam ser pleśniowy President (takoż dostępny w Polsce) i małą butelkę różowego wina. Liczyłam na otwarcie tego wina przez odkręcenie butelki (tak jakoś sobie założyłam, że butelka będzie odkręcana)…ale chała!. Butelka okazała się być perfidnie zakorkowana i to korkiem z jakiejś masy zupełnie nie korkowej, co uniemożliwiło mi odetkanie ww wina metodą wepchnięcia korka do środka …przy pomocy buteleczki z lakierem do paznokci. Na znak protestu sera też nie skonsumowałam. Butelka wraz z serem wylądowała w walizce, co nie było zupełnie bez znaczenia w toku akcji, która dopiero nastąpi. Po powrocie do hotelu zniechęcona atmosferą permanentnego chłodu pakowanie tobołka odłożyłam na dzień następny, czyli na Dzień szósty (piątek) – dzień wyjazdu z Langeais. Dzień oczywiście rozpoczęłam pakowaniem walizy i refleksją na temat zasadności przywiezienia do Francji błękitnego płaszczyka z wełenki…. Zdaje się, że miała zadać polskiego szyku na francuskiej prowincji. Zamysł się nie powiódł albowiem gdyż ponieważ temperaturze nie udało się spaść poniżej 18 stopni w ciągu dnia. W nocy płaszczyka nie używam (no chyba, że w tym wyjątkowym przypadku dodatkowego okrycia nakołdrowego…. Walizka miała jeden taki dinks w postaci dodatkowego suwaka, który pozwolił zwiększyć objętość walizki. Płaszczyk zaplanowałam nosić na sobie, albo na ręcznie. Rano, w części jadalnej pensjonatu o dziwo, zamiast panienki, która serwowała zazwyczaj bardzo malutkie śniadanko, pojawił się nastolatek w okularach, który wydawał się być zagubiony w miejscu i czasie. Więc razem z trzema Francuzami zrobiliśmy sobie śniadaniowy selfserwis i było też fajnie. Nastolatek nie przeszkadzał. Po pracy znów znalazłam się w Tours, tym razem w celu zanocowania (pociąg do Paryża startował w sobotni poranek). Tours widziałam dnia poprzedniego, z okien samochodu francuskiej szefowej, a teraz miałam okazję uwiecznić je na fotkach. Cieszyłam się z noclegu w hotelu Ibis, gdzie woda spływała w normalnym trybie, a ciepłota pokoju była wreszcie normalna, co najmniej tak bardzo jak z możliwości zwiedzenia Paryża w dniu następnym. Czyli w dzień siódmy (a to już sobota). Rano mogłam po raz pierwszy użyć płaszczyka, bo troszkę kropiło…Ale Paryż, gdzie byłam 2 godziny później przywitał mnie cudownie słonecznym porankiem…. Na stacji kolejowej postanowiłam znaleźć przechowalnię bagażu, żeby pozbyć się toboła na kółkach (w którym finalnie wylądował błękitny płaszczyk). Przechowalnia jednak nie przyjmowała laptoków …, a laptok na tobole na kółkach był bardziej wygodny niż na ramieniu. Więc ruszyłam w stronę lotniska Karola Degola licząc na możliwości przechowawcze…Owszem, były, po wypełnieniu sterty formularzy i zapłaceniu co najmniej 25 euro. Zrezygnowałam i wybrałam opcję zwiedzania Paryża z tobołem na kółkach. Przygoda! W międzyczasie wysłałam smsa do mojej francuskiej koleżanki, co mogłabym zobaczyć w Paryżu…Dostałam wskazówkę, że koniecznie muzeum d’orsee. No i fajnie …wtoczyłam się z godnością (na jaką pozwalał mi tobół na kółkach) do muzeum. Już przy wejściu (a właściwie tuż przed) zaczepił mnie portier (rasy nie do końca białej)…że raczej z tobołem to niekoniecznie…Urzekła go jednak moja historia…że wracam do Warszawy z dalekiego Langeais, że koleżanka powiedziała mi, że absolutnie MUSZĘ to właśnie muzeum zwiedzić no i różne takie tam zmiękczające serce…Wtedy spytał tylko, co zawiera tobół…Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że głównie ubrania…Inny portier tejże samej rasy, tylko bardziej ciemnego odcienia czerni prześwietlił mi tobół…a na koniec orzekł „dobrze, dobrze”. Podlizałam się natychmiast, że świetnie mówi po polsku, no to w odpowiedzi usłyszałam, że ma w rodzinie Polaka…Nie dopytywałam o to, jak bliskie pokrewieństwo go łączy z tymże Polakiem, tylko ruszyłam z ramieniem solidnie obciążonym laptokiem w głąb muzeum (tobół wolno było mi zostawić w szatni). Żałowałam, że obciążenie ramienia nie pozwala mi zwiedzić wszystkiego…i opuściłam gościnne muzeum. Ruszyłam na piechotę wzdłuż Sekwany ciągnąc za sobą tobół na kółeczkach. Wyglądać musiałam pociesznie, bo dzierżyłam w dłoni aparat i pstrykałam jak szalony Japończyk. Dzień był cudny i cieszyłam się, że błękitny płaszczyk dało się upchnąć w walizce. Potem już tylko specjalne metro na lotnisko, bezcłowe zakupy na lotnisku i powrót do Polski, gdzie zostałam przywitana różami przez Jednego Takiego Wysokiego. Było naprawdę cudnie, ale wolę zdecydowanie miejsce, gdzie mówi się na okrągło po polsku, gdzie w październiku o 7 rano nie panuje na dworze głęboka noc, i gdzie mam blisko siebie najbliższych…. Z niusów: ostatni weekend spędziłam na dwudniowym warsztacie tai chi, gdzie zmęczenie po ćwiczeniach sobotnich było tak potężne, że wieczorem zasnęłam na komórce (w trakcie ustawiana budzika na dzień następny). I to by było tym razem na tyle….

piątek, października 12, 2007

do Langeais i z powrotem...

Dzień pierwszy - niedziela Słowo się rzekło, a laptop u płota, czy jakoś tak…znaczy się u mnie słowo droższe od pieniędzy, a skoro obiecałam, że wkrótce napiszę , to piszę, póki pamiętam. Przed wyjazdem byłam jednym wielkim stresem: no bo to i kraj obcy, a droga dojazdu skomplikowana, pracować miałam we francuskiej centrali mojej firmy, no i oczywiście pewności nie miałam, czy oni mnie tam zrozumieją, a co gorsza…czy ja zrozumiem ich.... Przygotowałam się nader starannie, na pogodę wczesnojesienną i wyposażona w cudnej urody błękitny płaszczyk z lekkiej wełenki ruszyłam na Okęcie. Byłam lekko zestresowana, ale raczej nie lotem, bo latać lubię, tylko kolejnymi etapami podróży. Lądowanie w Paryżu było przewidziane na 18.30, o 19.34 miałam pociąg z dworca na lotnisku do Saint Pierre des Corps, gdzie miałam przesiąść się w jakieś lokalne 5-minutowe jeździdełko, a na finalnym dworcu w Tours odebrać mnie miała szefowa i dostarczyć do hotelu u celu podróży czyli w Langeais. Prawda, że ładnie wygląda? No tak…teoretycznie, a ja nie miałam najmniejszego pojęcia, jak rozległe może być lotnisko Karola Degola w Paryżu. Po zajęciu miejsca w samolocie zerkałam nerwowo na zegarek i niestety zapeszyłam. Wystartowaliśmy z 15-minutowym opóźnieniem bo jakiś ktoś nie zdążył (obrzuciłam go klątwami na 3 pokolenia do przodu). Lądowanie a i owszem z opóźnieniem, potem nerwowy marszobieg do taśmy z bagażami….i bagaży nie ma, a taśma stoi. Pamiętałam niektórych ludzi z samolotu i zakładając , że mówią po polsku zaczęłam rozpytywać, gdzie tu dworzec kolejowy Karola Degola. Miałam sporo szczęścia, bo zanim bagaże przyjechały ja już miałam wytypowanego przewodnika, który także z tegoż samego dworca podążał pociągiem dalej. A czas leciał, no to i my polecieliśmy i dobrze, że to biegactwo poranne trenuję, bo udało mi się bez zadyszki dopaść bardzo szybki pociąg (Francuzi nazywają go TGV, wymawiają teżewe, co można w dowolnym tłumaczeniu zrozumieć jako Taki Żwawy Wyścigowy). Cztery minuty przed odjazdem. Ciemno już było, to nic nie widziałam (z tej szybkości), ale uszy mi przytkało, więc pewnie szybki był…We Francji ciepło było…nawet bardzo, więc mój błękitny płaszczyk powodował siódme poty…albo i dziesiąte. W każdym razie do hotelu dotarłam, naumiano mnie kodu do wejścia (bo to taki pensjonacik był, a nie typowy hotel z recepcją i innymi wygodami). W starym budynku no i nazwany został wdzięcznie „Księżna Anna” i jak ta księżna zimny był jak nie wiadomo co, co stanowiło potężny kontrast z temperaturą zewnętrzną. Szefowa zawiozła mnie jeszcze pod fabrykę, żebym wiedziała, jak tam rano dotrzeć. Bo to zaledwie niecałe dwa kilometry od hotelu, więc zadeklarowałam, że przyjdę samotrzeć bo lubię chodzić. Wzięłam gorący prysznic, założyłam polar i spodnie od dresu, przygotowałam sobie strój do biegania i poszłam spać. A rano był już dzień drugi czyli poniedziałek Jak zadzwonił budzik, to sobie pomyślałam, że nie wiem, gdzie mam biegać, więc poszłam z powrotem spać, zwłaszcza, że na dworze panowały kompletne ciemności (o 7 rano). Potem się ogaciłam i poszłam na śniadanko. Francuzi nazywają je małym (petit dejeuner), ale przesadzają. Moim zdaniem ono ci było bardzo małe. Trochę pieczywka (pompowane bagietki), dwie mikroskopijne kosteczki masła (z czego jedna słona), winny kieliszek soku, i pół literatki marmelady ze śliwek. W drugim dniu mojego pobytu pojawiła się miseczka jogurtu.. No i wspaniałomyślnie i bogato do wyboru albo herbata, albo kawa albo czekolada. Pokrzepiona tym posiłkiem, lekka na duszy i żołądku, zarzuciłam laptoka na ramię i ruszyłam do fabryki. Wiśta wio łatwo powiedzieć…2 km to może i były, ale pod górę. A laptok ważył więcej niż mi się wydawało. Honorowo dotarłam do biura, ale miejscowym Francuzom musiałam się jawić jako szaleniec ze wschodu. Zziajana, zapocona (kapało mi z włosów- trochę po drodze osuszyłam chusteczkami do nosa) i z zadyszką. Na szczęście dano mi do dyspozycji samodzielny pokój, to sobie okna otworzyłam i ochłonęłam. A na wtorkową drogę do pracy umówiłam się na podwózkę z jedną taką Aurorą. Powrót z biura był dużo przyjemniejszy, bo droga wiodła w dół. Zaproszono mnie też do stołówki pracowniczej (super wybór i dużo smaczności), więc głód mnie w dół do hotelu nie pędził, tylko grawitacja. Ciepło było na jakieś 20 stopni, więc otworzywszy w moim lodówkopodobnym pokoju okno prawie na oścież poszłam zwiedzać. Z aparatem. W krótkim rękawku. A po drodze spotkałam kota, ale widocznie miałam kiepski akcent, bo nie dał mi się zbliżyć i trzymał się niestety na dystans…jak ja szłam, to on za mną, a jak stawałam, to i on się zatrzymywał…Dlatego musicie mi uwierzyć na słowo, że ta biało-ruda plamka na środku ścieżki to kot. Zobaczyłam to i owo, uwieczniłam, znalazłam teren do biegactwa i wróciłam do pokoju, gdzie chłód wpakował mnie pod kołdrę i zmusił do pozostania mnie tam aż do rana. A rano już był dzień trzeci, czyli wtorek. Wstałam o 7 czyli głęboką nocą, na szczęście teren sportowy był oświetlony, więc w przybliżeniu wiedziałam, gdzie śmigam. Potem oczywiście prysznic i malusieńkie śniadanko i już mogłam ruszyć (w charakterze damy a nie zapoconego straszydła) do biura. W drodze powrotnej znów spacer z górki na pazurki, znów zmiana wystroju, otwarcie okien w pokoju (było uparcie zamykane podczas sprzątania) i znów wyprawa turystyczna z aparatem. Właściwie to była jeszcze jedna niedogodność w pokoju…jakoś mało sprawny odpływ spod prysznica…No cóż, nie jest tak trudno stać na krawędziach baseniku odpływowego…wystarczy lekki wysiłek. O mały włos zdążyłabym zwiedzić zamek w Langeais (jeden z wielu /Francuzi nie znają dokładnej liczby/ zamków nad Loarą). Było niestety za późno, więc zamiast zamku zwiedziłam tereny nad Loarą. No i znowu piwniczna izba (chodzi o temperaturę, a nie o wystrój) w hotelu i gimnastyka umysłowa, co na siebie włożyć następnego ranka…Temperatura powyżej 20 stopni, a moja garderoba wczesnojesienna…Ale kobieta kreatywną jest i Francuzi nie zobaczyli mnie dwa razy w tym samym odzieniu. Płaszczyk cudnie komponował się z błękitem ścian w pokoju. Mogłam się jeszcze nim przykryć w nocy, ale pled + narzuta jakoś wystarczały. Dzień czwarty czyli środa Była całkiem podobny do poprzednich, ale z małą różnicą. Nie zdążyłam zwiedzić zamku, bo nie mogłam sforsować drzwi wejściowych do pensjonatu, kiedy już wróciłam z pracy. Pukałam, stukałam, dzwoniłam, prosiłam, kodu użyłam wielokrotnie i….nic. Ale był tam jakiś numer telefonu podany w razie gdyby co i go użyłam. Spowodowałam przybycie Francuzki z marsem na czole. „No i jak to nie może pani wejść…niech pani pokaże” zażądała z marsem na czole…Matko! Strach było pomyśleć, co by się stało, gdyby jakimś cudem drzwi w jej obecności się otworzyły!!! Drżącą ręką wystukałam kod i ……….na szczęście drzwi się nie otworzyły. Francuzka udała się gdzieś kurcgalopkiem i otworzyła od środka nieszczęsne drzwi zamknięte na dwie zasuwy…Pani od dyżuru śniadaniowo-biurowego wychodząc po pracy z hotelu, w jakimś amoku zamknęła go dokładnie na 4 spusty… Ale tradycyjnie poszłam pozwiedzać i pofotografować i nazachwycać się kwietnością Langeais. Może dzięki temu, że miasto na wodzie stoi (takiej masy jeziorek, oczek wodnych, kanałów, śluz i innych cudów, takoż mosteczków nigdzie indziej nie widziałam) to kwiatów i roślinności wszelakiej była wielka obfitość. Ciekawostką Langeais są komórki albo inne pomieszczenia zbudowane wprost w skale. Kiedy w czwartek jechałam z szefową francuską na kolację do Tours to po drodze widziałam całkiem solidne domy wpuszczone częściowo w skały…Niesamowity widok. A Francuzi na ludzi zamieszkujących takie lokum mówią „troglodyci” :-) Co mnie ubawiło setnie. Ale o czwartku następnym razem.

piątek, października 05, 2007

pędem przez prawie trzy miesiące...

Właściwie to nie wiem od czego zacząć :-) Rozleniwiło mnie zwyczajne życie. Zero stresów w pracy, udany urlop, a ileż można pisać o problemach drogowych? No wszyscy wiedzą, że Warszawa jest remontowana w wielu miejscach i powrót do domu bywa wyzwaniem trudnym, może i irytującym ale znanym wszystkim doskonale. O niektórych bardziej prywatnych nie bardzo chce mi się pisać, właściwie po to, żeby nie zapeszyć, a po drugie, żeby zostawić coś tylko dla siebie…no i może troszkę dla rodziny. No dobrze, zacznę od skrótu wakacyjnego. Pojechałam znów do mojego ukochanego Mrzeżyna, w doborowym towarzystwie czyli z Phi i jej dzieciami.

Tydzień wspólnego pobytu nie mógł obejść się bez przygód i córeczka Phi złamała sobie rękę….ze szkodą dla siebie, bo dziewczę owo musiało być w poprzednim wcieleniu syrenką i miało w zwyczaju moczyć się dzień cały w falach Bałtyku. Gips był niewątpliwie lekką przeszkodą w tych praktykach moczenia, ale nie do końca:-) Po tygodniu zostałam sama, w zasadzie bez pogody, którą to pogodę Phi zapakowała niechcący do swojego bagażu…Ale i tak było świetnie, czyli bardzo spokojnie, w miarę ciepło i wypoczynkowo. Przeczytałam parę książek, wszystkie gazety kolorowe, jakie dało się zakupić w promieniu 25 km, z uporem maniaka skubałam słonecznika (przemnożonego przez co najmniej 15 sztuk) i oglądałam wszystko, co się dało obejrzeć na dvd. Po powrocie moja spokojna egzystencja trwała, no może została nieco ożywiona potwierdzeniem daty wyjazdu do centrali firmy, do Francji…i różnymi drobnymi przypadkami życiowymi jak ten, który doprowadził do zakończenia normalnego funkcjonowania telewizora. Otóż pewnego pięknego dnia odbiornik TV po użyciu pilota zamienił światełko czerwone standby’a na zielone, ale nie towarzyszyło temu zjawisku nic: ani obraz, ani dźwięk, ani szum…Dokładne oględziny okolic telewizora wykazały dokładnie, że winowajcami są domowe futrzaki (która? Nie wiem!) które zwaliły z półki nad telewizorem potężnych rozmiarów świecę dekoracyjną (żeby nie snuć jakichś podtekstów) oraz słownik polsko-łaciński. Odbiornik zapewne przyjął na swój tył uderzenie tychże przedmiotów z godnością, ale postanowił zaprotestować głuchym milczeniem….i wymownym brakiem obrazu. Wrócił więc do łask telewizor, który wyprowadził się ze starym Młodym, o rozmiarze ekranu równym pocztówce…Jak donoszą najświeższe serwisy informacyjne, podczas mojej nieobecności, w domu pojawił się telewizor przejęty od Mamci (jednak moje wielokrotne zniechęcanie do wywozu TV na działkę poskutkowały- czy to była manipulacja?). A ja siedzę sobie we francuskiej siedzibie firmy w Langeais i kończę mój roboczy tydzień. Za niedługo ruszam do miasta o nazwie Tours, żeby z niego, rankiem ruszyć do Paryża. Paryż będzie ostatnim prywatnym etapem mojej służbowej podróży. No dobra, wracam do zasadniczego wątku, bo mnie dygresje zawlokły na manowce. A mikro-telewizor chyba wróci do Młodego:-) A w czasie mojej nieobecności wakacyjnej pochorowała mi się kicia. Konia z rzędem temu, kto by odgadł która…Ślady choroby (krew niestety) były widoczne, ale na pierwszy rzut oka trudno było określić, która z panienek ma kłopoty. Okazało się, że Fraucia, bo dała mi parę sygnałów, które oznaczały, że to jednak ona ma problemy. Na wszelki wypadek zapakowałam obie panny (kto nie ma kotów, ten nie wie, jaka to sztuka wpakować dwa dorosłe koty do jednej wiklinowej klatki) do podróżnej klatki, używając sposobu, czyli grawitacji. Po prostu klatkę ustawiłam drzwiczkami do góry i pomagając grawitacji ręką wcisnęłam dwie kicie do jednego więzienia. Wizyta skończyła się zdiagnozowaniem stanu zapalnego kocich dróg moczowych i koniecznością dawania zastrzyków każdego wieczoru. Kicia okazała się pacjentką nad podziw cierpliwą i spokojną, do lekarza byłą transportowana na rękach, bez klatki, a na miejscu, w klinice nawiązywała nader przyjazne stosunki z psami. Chyba czasy się zmieniają, bo psy są wychowywane z kotami i okazują sobie w czasie spotkań umiarkowane zainteresowanie w miejsce szalejącej wrogości… Dobra…koty mamy z głowy…No nie, jeszcze rozwiązanie zagadki baboszonego obrusa. Otóż po powrocie do domu zastawałam na stole kuchennym bałagan spowodowany przez zawinięty w nieregularny pęceł jeden z dwóch obrusów…(jeden, bo na stole leżą dwa: obrus i serweta). Młody Młody, który w czasie mojej nieobecności dogląda koctwa, złapał winowajczynię na gorącym uczynku….Wprawdzie zdjęcie jest poruszone, ale kolor sierści nie pozostawia żadnych wątpliwości. Od tamtej pory nie używam obrusów podczas mojej nieobecności w domu.

Z nowości, które zaistniały w moim życiu wspomnieć chyba należy o porannym bieganiu…Tak sobie (za namową Jednego Takiego Dużego) zaczęłam biegać…Najpierw nad morzem, potem nad Wisłą…Kurcze, całe życie byłam przeciwna tym praktykom głosząc wszem i wobec, że gdyby Pan Bóg życzył sobie, żebym biegała, dałby mi cztery nogi a nie dwie…Ale dałam się przekonać i nie żałuję…. Zrobiło mi się trochę dużo dzisiejszego tekstu, a że pobyt we Francji zasługuje na odrębnego bloga dziś pokażę tylko fotki.