czarodziejka i ....

czwartek, lutego 26, 2009

płockowanie

No i przyszła pora najwyższa, żeby relację zdać z babskich oplotów w Płocku. Spotkały się tam niżej wymienione: Dorotka od salsy, Miśka z Płocka i ja. Miałyśmy potrzebę troszkę przedłużyć nastrój piwniczański i dałyśmy się namówić (hihihihi...no Dorotka monitorowała proces namawiania nas na wizytę przez Miśkę) A więc w skrócie było tak: w sobotę start, potem pogadanko, potem kultura bardzo szeroko pojęta...kultura zwiedzania zabytków, kultura konsumpcji (obfita była, to może troszkę niekulturalnie?), potem kultura zakupowa (prawie zanabyłam sobie buty prawie zamszowe za prawie 30 zeta), potem kultura kinowa (przysnęłam tylko 3 razy i bez chrapania tym razem), a potem kultura wspólnie spędzonego wieczoru. Po raz drugi w życiu jechałam taksówką za 8 zł (po raz pierwszy w Kwidzynie za 5). W pieleszach domowych towarzyszyły nam dwa koty : jeden poczochrany, a drugi męża Miśki, chwilowo oddany na przechowanie. Oba samce i oba czarne. Sobotnim wieczorem podsumowałyśmy dzień przy pysznym jedzonku i winku no i byłyśmy śniadkami, jak Miska doszła do pewnego zaskakującego wniosku: a było to tak, ja buty prawie kupiłam, a Miska je definitywnie kupiła ...no bo jak nie wziąć kiedy one śliczne, zielone, wygodne i tylko o 2 numery za duże? I za całe 29,90 ? No to Miśka wzięła, a my przymierzałyśmy je w domu po kolei wszystkie i były takie uniwersalne, że pasowały na każdą...Więc kiedy Miśka przymierzyła je po raz kolejny, zadarła obuta stopę ku górze i skonstatowała niejako ze zdziwieniem: "oooo luźniutkie one są", to się wszystkie popłakałyśmy ze śmiechu. Kot na mnie nocował, a ściśle na stopach, kanapa konstrukcją przypominała garbata kozę, ale i tak było fajnie. Misia dbała o nas wybitnie...karmiła, dopieszczała i zmywała gary...A my z Dorotką w charakterze księżniczek.
to właśnie księżniczka Dorotka :-)

No i rankiem niedzielnym leniwe śniadanko i spacer po specjalnym podpłockim terenie spacerowym i obserwacja zimy w pełnym rozkwicie (a latem podobno motyle tam są), i już trzeba było wracać... A szkoda ... Życie jest jednak piękne...zwłaszcza na występach gościnnych w Płocku.

piątek, lutego 20, 2009

lawendowe sny

Piękny tytuł do tego kawałka udało mi się wymyślić:-) Prawda? Oczywiście już tłumaczę, dlaczego. Od mojej ukochanej Cioteczki z Radomia dostałam poduszkę, która ma w środku li tylko jedynie ususzoną lawendę. I na tej magicznej poduszeczce śpię od jesieni. A od całkiem niedawna czuję, na czym śpię, bo jakoś węch mi powrócił (no znika na coraz dłuższy czas, a to chyba z powodu tych tam różnych uczuleniowych). W każdym razie logicznym się wydaje, ze na lawendowej poduszeczce ma się lawendowe sny? Lubie te powroty powonienia, od razu sprawdzam , jak pachną wszystkie moje kosmetyki i świat nabiera zupełnie innego wymiaru. Nadal rozglądam się za nową pracą, a ona za mną. Na razie stoimy w punkcie wyjścia. Ale, jak wiadomo, sukces jest tyko kwestia czasu i wynika ze statystyki. A ja korzystam intensywnie z tego czasu, którym tak całkiem niespodziewanie obdarował mnie los. Tak intensywnie, że nie mam czasu myśleć o tym, że moja nowa praca ciągle jeszcze czeka na odkrycie:-) Mam w perspektywie całkiem przyjemne wydarzenia. W najbliższy weekend jadę z moją psiapsiólką Dorotką na gościnne oploty do Płocka, czyli do wymienionej już kiedyś z imienia Miski z Płocka. Kulturalnie tez nam się zapowiada całkiem nieźle, albowiem gdyż ponieważ udało się zanabyć drogą kupna bilety na Stacyjkę Zdrój - rozpisywać się nie będę, bo wolę najpierw sprawdzić w naturze, czy mój wybór był trafiony. A będzie na pewno superowo, bo idziemy oglądać w miłym, kilkuosobowym towarzystwie. O tym, że życie jest piękne, wyraziłam się już za pośrednictwem artysty Jasona Mraza już wczoraj, ale przypomnieniem tej oczywistej oczywistości kończę na dziś. a tak wygląda lawenda nocą w Langeais.

czwartek, lutego 19, 2009

a życie...

Gdyby ktoś miał kłopoty z płynnym odbiorem tegoż kawałka to proszę o cierpliwe dotrwanie do końca tej piosenki bez denerwowania się jej częstymi postojami. Powtórne odtworzenie przebiega już bez zahamowań.

It takes a crane to build a crane
Potrzeba dźwigu, by zbudować dźwig
It takes two floors to make a story
Potrzebne są dwie podłogi,by powstało piętro
It takes an egg to make a hen
Potrzebne jajko, by powstała kura
It takes a hen to make an egg
Potrzebna kura, by powstało jajko
There is no end to what I'm saying
I tak bez końca
It takes a thought to make a word
Potrzeba myśli, by stworzyć słowo
And it takes some words to make an action
A parę słów, by zrodzić akcję
And it takes some work to make it work
I potrzeba pracy, by to działało
It takes some good to make it hurt
Potrzeba dobra, by zabolało
It takes some bad for satisfaction
Zła, by móc poczuć satysfakcję
Life is wonderful
Życie jest cudowne
Life goes full circle
Życie zatacza pełny krąg
Ah la la la la life is wonderful
Ah la la la la la
It takes a night to make it dawn
Musi być noc, by wstał świt
And it takes a day to make you yawn brother
Musi być dzień, byś bracie ziewnął
And it takes some old to make you young
Potrzebna starość, byś był młody
It takes some cold to know the sun
I zimno, by poznać słońce
It takes the one to have the other
Musi być jeden, by mieć drugiego
And it takes no time to fall in love
Nie trzeba czasu, by się zakochać
But it takes you years to know what love is
Lecz trzeba lat, by zrozumieć, co to miłość
And it takes some fears to make you trust
I trzeba obaw, by móc zaufać
It takes some tears to make it rust
Potrzeba łez, by wiara zardzewiała
It takes the dust to have it polished
Musi być pył, żeby ją spolerować
Ah la la la la la la life is wonderful
Ah la la la la la la life goes full circle
Ah la la la la la la life is wonderful
Ah la la la la
It takes some silence to make sound
Bez ciszy nie będzie dźwięku
And it takes a loss before you found it
Bez zguby niczego nie znajdziesz
And it takes a road to go nowhere
Bez drogi nie trafisz na bezdroże
It takes a toll to make you care
Musi być strata, byś o coś zadbał
It takes a hole to make a mountain
Musi być dziura, by była góra
Ah la la la la la life is wonderful
Ah la la la la la life goes full circle
Ah la la la la la la life is wonderful
Ah la la la la la life is meaningful
Życie jest pełne znaczeń
Ah la la la la la la life is wonderful
Ah la la la la la life is meaningful
Ah la la la la la la life is full of
Ah la la la la la life is so full of love
Życie jest pełne miłości

Autor tłumaczenia Wojciech Mann

sobota, lutego 07, 2009

po prostu Szwajcaria

Nie byłam w Szwajcarii. Nawet kaszubskiej. Tzn tak w ogóle to byłam. Przejazdem. Autokarem w drodze na narty. Kiedyś tam. Nawet śniadanie tam spożyłam. A teraz mój aparat był. Ze starym Młodym. To zamieszczam, bo fotki ładne są. Talent po mamusi?

czwartek, lutego 05, 2009

nasza klasa

Rozwój tego portalu przerósł chyba wszelkie oczekiwania i wyobrażenia. Albowiem gdyż ponieważ udaje się odszukać nie tylko ludzi z "naszej klasy", ale całą masę innych znajomych, z którymi już dawno utraciło się kontakt. Powiem tylko nieskromnie, że założyłam profil mojej licealnej klasy i w konsekwencji odnalazłyśmy się po latach naprawdę wielu. Piszę odnalazłyśmy, bo klasa była żeńska. I nie dziwota, bo trudno znaleźć jednostkę męską, która dałaby się namówić na naukę w klasie humanistycznej z rozszerzonym programem nauczania języka francuskiego. Nasze pierwsze spotkanie udało się nad podziw w takim sensie, że zachowywałyśmy się tak, jakbyśmy rozstały się przed 3 dniami, a nie 30 lat temu. Po pierwszym spotkaniu nastąpiły też następne i regularnie, co jakiś czas pojawia się kolejna była uczennica klasy F. A spotkania stały się nową, acz nieregularną świecka ekstradycją. Trochę nas po świecie rozrzuciło: Malaga, Rzym, NY, ale z prawdziwą przyjemnością wracamy wspomnieniami do czasów szkolnych w postach, mailach i na żywo. Ciekawe jest też dzisiejsze spojrzenie na to, co działo się kiedyś. Odgrzebujemy w pamięci pewne zdarzenia oraz dokopujemy się do genealogii naszych szkolnych przezwisk. I tak, w ostatnim spotkaniu, w którym z powodu lekkiej zarazy nie mogłam wziąć udziału, zauczestniczyła po raz pierwszy uczennica Ślaska. Okazało się, że tak przywiązała się do tej ksywki (hihihihi tak się to kiedyś określało), że po dzień dzisiejszy zachowała ją w swoim adresie mailowym. A przezwisko to wywodziło się oczywiście z audycji 60 minut na godzinę, a konkretniej z poradnika pedagoga placówki pozaszkolnej (autor i wykonawca Krzysztof Jaroszyński). Obok uczennicy Ślaski (Ślaskiej) występował też uczeń Pietras i tak tez przezwałyśmy inną naszą koleżankę. Trochę mi szkoda, ze nie udało się doprowadzić do spotkania klasy podstwaówkowej, ale kontakty zostały nawiązane. Wymieniając maile z pewnym kolegą wyraziłam skruchę z powodu pewnego incydentu, który miał miejsce w głębokiej przeszłości. Otóż ...na skutek zgodnego działania mojego i mojej najlepszej koleżanki doprowadziłyśmy do rozbicia głowy (tak na 8 czy 9 szwów) naszego kolegi. Działanie było proste: rozdrażnione wypiętym zadkiem naszego kolegi siedzącego przed nami (a wypinał zadek, bo coś, co robiła nauczycielka bardzo go pasjonowało)...więc zamiast siedzieć w ławce jak panbóg nakazał, ciągle się podnosił i ...no drażnił nas wypiętą częścią ciała. Jedna z nas odsunęła mu krzesło, a druga pociągnęła za pasek...Chłopaczyna klapnął na podłogę, ale głową zahaczył o poprzeczkę naszej ławki. Rozpętało się pandemonium...A skończyło się na obniżonym stopniu ze sprawowania i lekkim poczuciu winy. Więc kiedy nasz "rozbity" kolega dołączył do naszej klasy, pozwoliłam sobie wystosować do niego list z przeprosinami. I cóż się okazało? Kolega dumny był z tego wydarzenia...i zachwycony, że dwie najfajniejsze laski z klasy zwróciły wreszcie na niego uwagę :-) A ja się gryzłam tyle lat... Ale przy okazji dowiedziałam się, że byłam najfajniejszą laską...więc pozwolę sobie pochwalić "naszą klasę". Kontakt z tym portalem wywołał wiele pozytywnych wspomnień i pozwolił na odbudowanie starych chociaż młodzieńczych więzi....... ps. Bonus za odnalezienie uczennicy Ślaski(ej) na zdjęciu klasowym :-)