czarodziejka i ....

niedziela, czerwca 29, 2008

obrazki z rowerowania...

Dziś uprawiałam rowerowanie przełajowe...Hm, rekordu nie było, zaledwie 40 km, ale za to częściowo pod wiatr, a częściowo przez wykroty i piachy leśne... Najpierw wzdłuż kanałku Żerańskiego Tu byłam:-) A potem to już prawie cały czas przez las... czasem pod górę (czy widać jej piaszczystość???) no i przez pole troszkę ( jak powiększyć zdjęcie to i bociana widać) czasem domostwa się trafiały i inne okoliczności przyrody... Lubię. I te okoliczności i to rowerowanie...

kocie wino...

Takie wino sobie zanabyłam...dla niewładających ingliszem tłumaczę ( wolne bardzo tłumaczenie): "koty nie idą połazić ot tak sobie, ale żeby odkrywać..." Co w takim razie odrywa Melka?

piątek, czerwca 27, 2008

poćwiczyć czasem...

w klubie to ja lubię. Mam już nawet ulubione dni i instruktorów płci obojga. Jednakowoż środa była wybitnie pechowa (mimo, że zazwyczaj jest sympatyczna ćwiczebnie). Nie przyszła instruktorka od sztang, czyli od czegoś, co nazywa się magic bar. W zamian zaproponowano nam pilates. No skoro już tam byłam, przyobrana w strój ćwiczebny, to czemu nie. Aczkolwiek ten pilates mało dynamiczny się okazał. A słownictwo używane przez skądinąd przemiłą instruktorkę, na poziomie starszaków. Były i łopatki schowane do kieszonek i brzuszki zapinane na dziesiątą albo trzecią dziurkę a także sznury samochodzików przejeżdżające pod pleckami...To był dla mnie ciężki dzień, więc, jak już się ułożyłam na macie i usłyszałam ciepły i subtelny głos pani instruktorki, to odpłynęłam w sen (potrafię to robić w 3 sekundy). Może dlatego odpłynęłam, że miałam skojarzenie z leżakowaniem po obiedzie, przepraszam, po obiadku? Na szczęście jakoś się ocknęłam i w lustrze zauważyłam, że wszystkie współuczestniczki pilatesu mają nogi zadarte figurowo do góry a tylko ja leżałam na wznak....Więc szybko też zadarłam. Ale bez satysfakcji. Postanowiłam przeczekać do następnych zajęć z polska zwanych spalaniem tłuszczyku i się okazało, że znowu skucha...już druga w tym dniu. Wpadła do sali taka mała z głosem kaprala, puściła na cały regulator muzykę, w dodatku, mimo, ze miała mikrofon zachowywała się tak, jakby go nie miała...W dodatku kazała robić nogami co innego, a rękami co innego...wymiękłam po 15 minutach. Za to czwartek był udany z racji pobieranych nauk w dziedzinie pstrykactwa. Więc parę fotek z tej okazji wrzucam.

niedziela, czerwca 22, 2008

seks w wielkim mieście...

Kurcze, to był i jest mój ulubiony serial. Kobiety - singielki piękne, utalentowane i umiejące żyć bez faceta...Dowcipny, lekki i mądry serial. Kinowy ciąg dalszy bardzo mnie rozczarował. Bo te piękne i inteligentne kobiety zostały wrzucone do jednego kotła. Dwie z nich są zamężne i dzieciate, trzecia żyje w przykładnym związku, a główna bohaterka szykuje się do ślubu z Mr Bigiem. Bez sensu i wiadomo było jak się skończy. Oczywiście happy endem. Może tylko motto końcowe warte zapamiętania: "miłość jest jedyną marką, która nigdy nie przemija". Może nie jest to dokładny cytat, ale znaczenie na pewno. A ja sobotę poświęciłam na sprawy czysto domowe-kiedyś trzeba... Ale za to niedzielę wykorzystałam już tradycyjnie rowerowo. Pogoda dopisała, więc udało mi się pokonać mój ulubiony dystans czyli 75 km. Dziś jednak widziałam sporo obrazków całkiem nietypowych... Kiedy zobaczyłam karła trenującego jogging poczułam się jak w "twin peaks", i to złudzenie towarzyszyło mi przez cały rowerowy dzień... Przepiękny żółty dach w jednym z bloków mieszkalnych, dziecko śpiące w foteliku rowerowym i obok rodzice odpoczywający i czekający na obudzenie malucha, żeby ruszyć w dalszą drogę, trzy identyczne jamniki uwiązane pod sklepem i awanturujące się niczym trzygłowy smok (no może smoczek), dwa psiunki jak jing i jang... Niby normalne widoczki, ale świat wygląda czasem magicznie kiedy mu się przyjrzeć z bliska ...I to poczucie magii nie opuszczało mnie przez cały rowerowy czas...

piątek, czerwca 20, 2008

jak być profesjonalistą...

Otóż w ramach stałego doskonalenia różnych umiejętności rozpoczęłam kurs fotograficzny. Wprawdzie z moim lumixem czujemy się cieniutko w obecności kanonów z dłuuuuuugimi obiektywami, ale lubimy przecież pstrykać i fajnie byłoby wiedzieć, jak to robić, żeby profesjonalnie było...Albo co należy uczynić, aby pewne efekty były zamierzone, a nie przypadkowe. Pierwsze 3 godziny mam za sobą (każde zajęcia po 3 godziny) i ponieważ 2 pierwsze spotkania są teoretyczne i ponieważ w pracy się też szkolę (z negocjowania, a co!) to mózg mam troszku zmacerowany. Wczoraj nawet przysypiałam momentami. Ale za to, jak już się wyuczę to dopiero będę tu foty wstawiała! Weekend już tuż tuż, rowerowanie na pewno musi z pewnością bezwzględnie się udać, czego i Wam życzę. No nie rowerowania, tylko, żeby weekend był udany. Stosunkowo też :-) Teraz wrzucam parę obrazeczków moją ręką zrobionych, a doczekać się nie mogę, kiedy już bardziej profesjonalne będą...

wtorek, czerwca 17, 2008

hej Mazury, jakie cudne...lalalalala

Dostałam zaproszenie na świętowanie 10-lecia mazurskiego oddziału naszej firmy. Fajnie i fajnie oprócz tego, że świętowanie odbyło się w sobotę, a powrót do domu wypadł w niedzielę. Pekaesem. 5 godzin. I oprócz jeszcze tego, że czwartek i piątek też spędziłam służbowo poza Warszawą. I oprócz tego, że akurat w sobotę się ochłodziło. A ja miałam spodnie, które kończyły się w połowie łydek. A świętowanie odbyło się w większej części na wodzie. I wiatr zrywał łupież z głowy... Ale co to dla prawdziwego wilka morskiego! Ale ja nie chcę być morskim wilkiem. W takich sytuacjach wolę być kotkiem domowym umieszczonym za piecem, bądź w pobliżu czynnego kaloryfera. Zaskakujące jest to, że ciągle pamiętam nazwy tych wszystkich sznurków i szmat. I że wiem, do czego służy ster. A między wodą a wodą był obiad. Na lądzie. A na drugą część wodnej przygody zaokrętowaliśmy się na Tałty (taka trochę większa jednostka). I były tańce. I disco polo. I kanał Giżycki. Ale fajnie było wrócić do domu :-) I do jazdy na rowerze. Bo ciepło i sucho. ps. Malutkie brzydkie kaczątka były. Też fajne

środa, czerwca 11, 2008

koty...

A koty jakoś muszą znosić samotność spowodowaną moimi częstymi wyjazdami. Staram się przekupywać je dobrym jedzeniem, a ostatnio nawet kupiłam im ekskluzywne urządzenie do zabawy. No to wzięły i zignorowały, albowiem gdyż ponieważ jest wiele miejsc, wybranych oczywiście przez koty, gdzie jest dużo lepiej niż w miejscach wymyślonych przez posiadacza kotów. W sprawie koegzystencji codziennej doszłyśmy do konsensusu i koty poddawane różnym formom nacisku (rzucanie klapkami, wściekły wrzask stawiający na równe nogi cały blok) reagują na rzucone prawie szeptem "ciiiiicho, jeszcze śpimy". W efekcie nie słyszę już od 4.30 szurgotania żaluzjami, szeleszczenia plastikowymi torebkami wyciągniętymi nie wiadomo skąd, drapania pazurkami wiklinowego kosza na papiery, tudzież nie robią sobie z mojego na wpół-śpiącego ciała pol position...Gwarantuję, że przy takiej akcji człowiek zrywa się na równe nogi jak rażony piorunem...Nawet nie wiadomo, co się stało, bo kotów już dawno nie ma, a łomot serca zostaje... Równie przyjemne jest ciągnięte na jednej, cichutkiej drżącej nucie miaaaaaaauuuuuuuu (jakby głośność wydawania tego dźwięku miała jakiekolwiek znaczenie)- co może oznaczać: jestem głodna, nudzi mi się, wstań wreszcie, mam doła, nie chce mi się spać, pokłóciłam się z siostrą...itd. Powód nieważny, ważne, że dźwięk ten jest nie zniesienia o 4 rano, o 5 zresztą też. Cóż potrzeba było ponad 5 lat na wypracowanie sobie tej ciszy porannej... Ale spokój i cisza wypracowane przez ten czas: bezcenne

niedziela, czerwca 08, 2008

Polskaaaaa biało-czerwooooniiiiiiii

A to obrazek sprzed 5 minut widziany z mojego balkonu :-) No i no comments dopóki piłka w grze... Zapomniałam zupełnie, ze godzina dodania posta się nie pojawia...No to ją podaję: 20:48

sobota, czerwca 07, 2008

Radość każdego dnia?

Dookoła nas pełno magii, a my przechodzimy obojętnie!. W Azji mówią, że życie jest wspaniałą rzeką, która płynie niezależnie od tego, czy coś robimy, czy też nie. Możemy płynąć z prądem i żyć w pokoju, radości i miłości. Możemy z tym prądem walczyć, a nasze zycie będzie pełne cierpienia i rozpaczy. Dla rzeki to bez różnicy. Tak czy owak wszystkie strumyki popłyną do tego samego morza. Wybór należy do nas. Leo F. Buscaglia "Radość życia" W artykule, z którego pozwoliłam sobie zaczerpnąć ten cytat, wymienione są cztery punkty w drodze do osiągnięcia stanu życia w radości. Po przeczytaniu całości zadziwiło mnie, jak bardzo te punkty odzwierciedlają moje przekonania. Bardzo często mówię o sobie, że płynę z prądem życia, że ufam życiu i cieszę się każdego dnia z tego, co mi przynosi. A do innych przepisów na szczęśliwe życie doszłam sama. Jakie to proste: 1. Pokochaj siebie - to prawda, jestem dla siebie najważniejsza, szanuję siebie i jestem dla siebie dobra 2. Dobro dostrzegaj we wszystkim - no może nie tak dokładnie, ja traktuję wszystko to, co mnie spotyka w życiu jako naukę a nie karę. A te złe, które mi się czasem trafiają są dla mnie szczepionką na przyszłość. Dopiero, kiedy obejrzę się za siebie widzę, jak logiczny ciąg utworzyły zdarzenia, które odczytywałam jako złe. Teraz już wiem, że wszystko, co trafia mi się w życiu jest dobre i czemuś służy. Komuś...Mnie. 3. Pożegnaj przeszłość - z tym walczyłam najdłużej...Tak ciężko odciąć się od tego, co nam zrobili inni...świadomie, czy nie świadomie. Jak to??? Ja miałabym wybaczyć? zapomnieć? A pewnie...udało mi się to wypracować. Przecież czasem i ja robię coś, co na pochwałę nie zasługuje...Więc korzystam i w stosunku do siebie i do innych z prostej zasady "było, minęło". A ile czasu zyskałam na teraźniejsze i przyszłe działania! 4. Zaufaj sobie... No z tym to najtrudniej. Nadal zdarza mi się (zwłaszcza, kiedy czegoś bardzo chcę) udawać, że nie słyszę głosu intuicji. Ale też nad tym pracuję. Może mogłabym napisać swój podręcznik. Ale wydaje mi się, że nie bardzo słuchamy rad innych. Każdy z nas idzie własną ścieżką i doświadczenie dopiero uczy nas, która ze ścieżek jest najlepsza. Jestem szczęśliwa. I cieszę się, że jestem tu i teraz. I cieszę się, ze zrozumiałam, że ważna jest każda sekunda, którą przeżywamy. Uśmiecham się do siebie i do was :-)

rower?

No tak...roweruję, zwłaszcza teraz, kiedy dni są długie i ciepłe. Niechcący całkiem machnęłam sobie nowy rekord...w wyniku błędnej informacji, jakoby prom rowerowy nadal weekendowo przepływał miedzy Tarchominem a Burakowem...Błędnej podkreślam...To ona, ta błędna informacja popchnęła mnie do Burakowa. I ona wskazała potem jedyny słuszny kierunek do domu... Gwoli wyjaśnienia: jeśli jest prom, to kończę trasę po lewej stronie Wisły, a prom dostarcza mnie na prawy brzeg, gdzie po przejechaniu jakichć 800 m jestem w domu. Tym razem zaliczyłam ten lewy brzeg licząc na prom...czym wydłuzyłam trasę...moje zwyczajowe już 7o ileś tam km zmieniło się w 92 km...Czyli do Burakowa od mostu Grota_Roweckiego, którym się przeprawiam jest jakieś 7 do 8 km...RAchunek prosty: 7 + 7 +7 daje 21. Statystyka: km :92 napoje : 2 litry powerade'a posiłki: 1 lód na patyku śmietankowy brud: mnóstwo (zwłaszcza no kończynach dolnych- świetnie przykleja się do kremu z filtrem) uffff