czarodziejka i ....

wtorek, stycznia 25, 2005

git-dziewczyna na lodzie....

No tak...Troszkę zarzuciłam pisanie, ale to tak nie do końca z mojej winy. Nie chcę mówić, że nic dobrego się nie działo, no nie, ale jakoś tak same przeszkody i dołki. Zresztą to chyba jakieś niekorzystne wpływy z kosmosu, bo nie tylko mnie się źle działo. Jakoś tak wokół też. Sister na amen skraszował samochód (bez szkód na ciele i umyśle), Dorotka (ta od salsy) najpierw straciła szybę do samochodu, a jak ją już odzyskała, to wpadła w poślizg i autko ku jej rozpaczy wylądowało w warsztacie. Mój zaprzyjaźniony Krakus stracił zawartość twardego dysku (i nie korzystał z komputera li tylko, co by grać w jakieś gry, ale zarabiał zawartością tego twardziela na życie.) U mnie...no zgodnie z prawem Murphy’ego, co tylko mogło się nie powieść, to się nie powiodło.. Więc o czym tu pisać? No może o tym, że wypadami na lodowisko poprawiałam sobie samopoczucie. Miałam chociaż przez moment przekonanie, że coś dobrego dla siebie robię i że zdrowo i że ogólnie pozytywnie. Czytałam ostatnio dosyć ciekawy artykuł o tym, że chęć do szybkości (osiąganej własnymi siłami) wiąże się z chęcią przezwyciężenia grawitacji no i w konsekwencji jest realizacją marzeń sennych o lataniu. Po prostu mam ochotę latać...W końcu uwielbiam też jeździć na nartach (mimo, że nie do końca umiem), no i rower, na którym osiągałam coraz lepsze rezultaty (jeśli chodzi o prędkość). Tak więc na pewno chęć jeżdżenia na łyżwach jest tez potwierdzeniem tej teorii. Jednak, jak się okazało, nie wolno zapominać o grawitacji, o czym dosyć boleśnie przekonałam się w ostatnią sobotę. Jedna malutka metalowa podkładka zagubiona przez kogoś na lodzie leżała akurat na torze mojego ślizgu. No i w efekcie skontaktowałam się z lodem najpierw lewym kolanem, potem żeberkami a na koniec lewą stroną twarzy. Zaprzyjaźniłam się z panią pielęgniarką i zyskałam drugie lewe kolano (tuż pod tym właściwym). Twarz zareagowała maleńkim wylewem w kąciku lewego oka, co absolutnie upodobniło mnie do git-człowieka, albo, jak kto woli git-dziewczyny. Jednak twardo pozostałam do końca swojej zmiany lodowej, bo nie po to tłukłam się 20 km w sobotę, żeby tak od razu wracać. Żadnych innych efektów ubocznych nie zaobserwowałam...ani na ciele ani na umyśle.. Tylko tak teraz się zastanawiam jak moje przypadki/wypadki rowerowo-łyżwowe mają się do powiedzenia, że sport to zdrowie? A tak mi dobrze zrobił wypad na lodowisko!!!! Albowiem środowisko tamtejsze jest absolutnie wolne od alergenów, a ja musiałam odstawić wszelkie antyalergiczne, żeby przejść testy....no też związane z alergią. Męczę się okrutnie dręczona: katarem, zapychającym się w nocy nosem, kichawką i swędziawką. Nie wiem, jak czuje się narkoman na odwyku, ale wydaje mi się, ze można tu zaobserwować pewne analogie. Ale już niedługo, bo tylko do czwartku, no a testy być może wskażą na co powinnam się zaszczepić czy znieczulić przed sezonem, żeby w miarę normalnie egzystować. W pracy roboty do wypęku, no i może dobrze, bo jak się pracuje, to się nie pamięta...o tym, że coś swędzi... Aaaaa miało być jeszcze o pokrewieństwie dusz...To jest ten element pozytywny, którego mogę się uczepić...Mamy coś takiego z Dorotką, parę razy zdążyło nam się wysłać do siebie maila w tym samym momencie (dokładnie!!!!) że nie wspomnę o podobnych treściach w mailu zawartych. Teraz nam też różne takie przypadki niedobre przydarzają (niemalże równocześnie), jednocześnie też wzięłyśmy się za przegląd generalny swoich ciałek (nie umawiając się wcale ani nie inspirując). Zgodnie z teorią Ani z Zielonego Wzgórza należymy do grupy osób znających Józefa....Kto nie czytał (no w końcu to już jest ramota literacka) to nie wie, że jest to określenie na ludzi, którzy rozumieją się bez słów, lubią no i ogólnie odczuwają wyżej już wspomniane pokrewieństwo dusz. A Ania z Zielonego Wzgórza nazywała ich ludźmi, którzy znają Józefa. No to serdecznie i szczerze pozdrawiam wszystkich tych, którzy znają Józefa.....

wtorek, stycznia 04, 2005

Świątecne łobrazecki

prezent...ują to my przemytniki swiąteczny aperitiff
œświęta w górach sister

Szczęśliwego Nowego Roku!!!!

Sylwester…Hmmm, jak co roku zdałam się na los i nie szukałam specjalnie sama sylwestra, po raz kolejny to on mnie znalazł. A właściwie nie on, tylko moja koleżanka Asia. Zaproponowała mi zbiorczego sylwestra w Otwocku, który to Sylwester był organizowany przez jej koleżankę. Zgodziłam się i właściwie do 30 grudnia nie wiedziałam, co i jak. Nastawiłam się nawet na zabawę bez procentów, co by wrócić do domu, gdyby mi się nie podobało. Jednak zasięgnęłam języka u mojej koleżanki i okazało się, że jest propozycja, że zabierze nas inna koleżanka mojej koleżanki (nie ta, która organizuje), a gdybym nadużyła tych.. tam …procentów to mogłam liczyć na nocleg u Asi. No to spokojnie się przygotowałam na wielki bal (miało być 150 osób) z radością konstatując, ze mieszczę się jeszcze w moją sylwestrową kieckę. Kiedy dojechałam do Asi (od niej mieliśmy ruszać) dowiedziałam się, że sylwestra spędzimy z psiapsółkami Asi jeszcze ze szkoły (a było ich razem 4). No i już wiadomo było, że będzie wesoło. Jednakowoż rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. Osób było 180 (co było widać, słychać i czuć) a impreza wyglądała jak bal dresów, którzy dresy zostawili wyjątkowo w domu. Panowie różnili się tylko wzrostem, szczęki, ogolone głowy i inne znaki szczególne były niemalże jednakowe. Panny miały fryzury autorstwa jednego fryzjera (aczkolwiek w dwóch odmianach: loki spiętrzone w gustowne koki, ewentualnie gładkie koki kończące się z tyłu głowy kunsztownie wyprostowanymi kosmykami wystającymi z jakby supła przyozdobionego czymś tam….nie przyglądałam się). Oczywiście fryzury były posypane obficie brokatem czy innym tam błyszczydłem. Zaobserwowałam też ciekawy trend ubraniowy, albowiem często powtarzającą się kreacją były komplety składające się z gorsetu od sukienki balowej w połączeniu ze spodniami. Zestawienie było o tyle ciekawe, ze jedno do drugiego nie pasowało kompletnie. Były też panny obficie wyposażone przez naturę w ciało wciśnięte jakimś cudem w bardzo obcisłe kreacje…Trzeba uczciwie stwierdzić, że przyciągały wzrok…te kreacje. Asia robiła wstępny wywiad u koleżanki, która powiedziała, że będzie taka fajna muzyka do tańca, no nowoczesna, grana przez młodego dzidżeja. Jak się okazało didżej lata młodości miał już dawno za sobą, a występował z drugim takim małego wzrostu, w marynarce w kratkę, który wg naszej teorii podawał temu właściwemu didżejowi (nazwijmy go dj Dżosef z Dżozefowa) jedną z dwóch płyt. Właściwie, to zaistniała różnica zdań na temat, czy płyty były dwie…czy tylko jedna…Ale opcja „dwie” zwyciężyła, jako, ze dwie oferowały więcej muzyki. Hitem wieczoru okazały się być „czarne oczy”, które przeleciały ze 6 razy, i inne w stylu diskopolo …skoczne i radosne (np. „niech żyje wolność, wolność i swoboda” itd.), jak to całe towarzystwo. Niektórzy tak się wczuli w nastrój, że pląsali radośnie podrzucając partnerki do góry.. tzn podrzucało dwóch…jedną partnerkę, ale widok był cudny, bo partnerka bez własnej woli pokazała wszystkim swoje majteczki w kropeczki. Jednak ten nastrój, muzyka i otoczenie okazało się tak odmienne od oczekiwanych, ze bawiliśmy się świetnie. Jedna z koleżanek Asi (będąca ze swoim mężem) kokietowała pół wieczoru kelnera kusząc go cekinami…ale kelner (jak się w efekcie okazało) był zbyt młody i niedoświadczony, żeby w pełni docenić czar cekinów. Po raz kolejny okazało się , ze to ludzie tworzą nastrój (a nie miejsce czy inne okoliczności). Ja (i nie tylko ja) obśmiałam się tak, ze bolały mnie szczęki, bo koleżanka od cekinów prezentowała cudny styl tańca, wykonywanego kolejno w kozaczkach, sandałkach i na bosaka. Jedzenie było niezłe (oprócz dziwnie niesłodkiego ciasta), trunków było do wypęku no i zabawa była iście szampańska. Nie brakło tez elementów grozy, jako, ze w takim skupisku testosteronu dresowego nie mogło obyć się bez konfliktu. Podobno konflikt zaczął się na zewnątrz (pobili się!!!!!!) i próbował się kontynuować w środku, tuz obok nas. Jednak ochrona czuwała i tylko doszło do parokrotnych walnięć w stół naładowanego negatywnie dresiarza w przebraniu. Jak zwykle w takich okolicznościach przyrody wc stanowił wąskie gardło imprezy, no i czynności fizjologiczne trzeba było planować z duuużym wyprzedzeniem, co skłaniało niejako do hamowania apetytu na trunki. Był też bigos , który stał się niemal bezpośrednia przyczyną końca naszej imprezy. Otóż koleżanka Asi (ta od transportu) poczuła, ze bigos próbuje wydostać się z niej poniekąd dwoma drogami...nawet częściowo udało mu się wydostać.. tą górną drogą…no i padł sygnał do odwrotu. Nastąpiło jeszcze parę prób uwolnienia się bigosu w postaci lotnej czyli demonów (szczęśliwie wypuszczonych przed zajęciem miejsc w samochodzie) i samochodem kierowanym przez niepijącego przyjaciela koleżanki Asi ruszyliśmy w drogę powrotną. Demony zostały skutecznie przez koleżankę powstrzymane, tak więc podróż odbyła się w miłej atmosferze. Imprezę sylwestrową mogę uznać za zaliczona i udaną, jako, że ze śmiechem (do bólu paszczęki) wkroczyłam w Nowy Rok.