czarodziejka i ....

wtorek, lipca 19, 2005

jak na poczcie rewolucję wznieciłam....

Jak życie pokazało, są sytuacje, które zmuszają nas do trenowania cierpliwości. Ja mam tak nieustannie...Jako matka starego Młodego i właścicielka dwóch kotów...a właściwie dwóch kocich samiczek. Taka np. Mela...Nie umie chodzić bo balustradzie balkonu...A chodzi i spada z wrzaskiem na dół. Całe szczęście, że to 1 piętro. Sytuacja jest śmieszna, bo nie zawsze zarejestruję moment spadania kota, ale otoczenie wie, że kot był spadł, bo drze się (kocina) wniebogłosy. Więc otoczenie w postaci koleżanki z naprzeciwka dzwoni do mnie, że znowu chyba kot spadł mi z balkonu, bo strasznie głośno płacze.... Ale ja zachowuję świętą cierpliwość...Tylko schodzę na parter i wpuszczam kota...Nawet, jeśli jest to 4 rano (no upały są, to śpię przy otwartym balkonie) O czym to ja chciałam...Aaaaa o cierpliwości. Podkusiło mnie, żeby zamówić sobie muzyczkę w Merlinie. Szukali mi określonej pozycji ponad miesiąc (a zamówiłam ją z trzema innymi) po to, żeby mi powiedzieć, że tej pozycji już nie ma i nie będzie. No to poprosiłam o inną pozycję zamiast tamtej, poszło już szybko, podali kwotę, zrobiłam przelew i czekałam aż mi przyślą moją ukochaną (i nie tylko moją, bo Dorotce też zamówiłam jedną) muzyczkę przesyłką priorytetową. Poszło nad podziw gładko, bo już po dwóch dniach dostałam maila, że przesyłka o nr takim i takim została nadana w dniu 6 lipca. No to wracając z pracy 8 lipca zajrzałam na pocztę (zajrzałam to niedobre określenie...spędziłam tam 40 minut wrrrrr) jako, że przesyłka priorytetowa nie może iść dłużej niż 2 dni. Podałam pani na poczcie nr przesyłki i informację, że została ona nadana w CER (cokolwiek to oznacza). Pani stwierdziła, że przesyłki nie ma...No trudno...ale to był piątek, a w sobotę poczta też pracuje to na pewno pan d(o)ręczyciel przyniesie mi ją osobiście... Wiśta wio łatwo powiedzieć, że sobie zacytuję powiedzonko z jednego polskiego filmu...Pan nie przyszedł... Poczekałam do wtorku i udałam się znowu na pocztę spędzając tam kolejne 40 minut. Tak sama z siebie chodziłam, bo awiza nie dostałam....Przesyłki nie było, a pani na poczcie nie była zainteresowana ani numerem ani informacją, że z CER-u wysłana. Więc poskarżyłam się Merlinowi, który to w postaci uprzejmej panienki obiecał, że wyśledzi przesyłkę i da mi znać. Dał...tzn dała, wczoraj, że od 8 lipca przesyłka czeka na mnie na poczcie....Jak tak, jak nie???? Dostałam magiczny numerek 225 i miałam się nim posłużyć...Tym razem na poczcie było nad wyraz tłoczno...Ludzie wylewali się na zewnątrz. Z buntem w sercu postanowiłam, że tym razem nie stoję. Ale jak to załatwić, żeby mnie tłum nie zlinczował???? Ano dosyć donośnie poprosiłam panią o wydanie przesyłki a tłumowi wytłumaczyłam uprzejmie, że dwa razy już stałam i dwa razy bezskutecznie i że dostałam informację, że na pewno przesyłka jest. Dodałam jeszcze (też głośno) , ze to dziadowski urząd (to prawda), że dręczyciele mają zwyczaj wrzucać do skrzynki powtórne awizo (za pierwszym razem), że przychodzą zazwyczaj bez przesyłek i że wszelkie listy docierają w podejrzanie długim czasie. Kolejka mi przytaknęła zaczęły podnosić się głosy krytyczne wobec tej konkretnej placówki....a tłum zerkał na mnie ze współczuciem...Po czym panienka wychyliła się z okienka i powiedziała „nie ma” Traf chciał, że w sąsiednim okienku, też nie umiano odnaleźć przesyłki ...tym razem awizowanej. Tłum zamarł w oczekiwaniu. A ja na to „jak to nie ma??????, pani z Merlina sprawdziła i powinna od 8 lipca u Państwa być!!!!!” „A skąd ona?” - zapytało rezolutnie dziewczę, „no...z MERLINA!!!!” udzieliłam informacji głośno i dobitnie. Panienka zniknęła na zapleczu, a tłum zaczął szemrać....Panienka wynurzyła się wreszcie z niedużym pakiecikiem w dłoni (4 płyty CD) i triumfalnie oznajmiła: „to paczka jest!, a nie przesyłka, a w dodatku nie z Berlina I została nadana w CER!!!!” No to tłum skomentował, że jeszcze słownik pojęć pocztowych powinni na ścianie wywiesić i nagrodził mnie brawami. Kiedy odchodziłam szczęśliwa z PACZKĄ w garści usłyszałam żałosny głos pana od awizo „no niech pani sprawdzi....szara koperta, taka prostokątna...musi gdzieś być....Moja cierpliwość została wystawiona na sporą próbę...Myślę, że urząd pocztowy jest niezłym miejscem do takich treningów... życie dopisało komentarz do mojej opowieści...wczoraj znalazłam w skrzynce awizo(powtórne!!!!) wypisane w dniu 8 lipca (!!!!) ale z datą stempla pocztowego z 15 lipca...Ktoś się chyba przestraszył mojej bojowej postawy...a ja i tak skargę napiszę :-) By Anna Czarodziejka, at 9:49 AM napisałam:-) od razu do Urzędu Regulacji Telekomunikacji i Poczty a co! By Anna Czarodziejka, at 11:29 PM pozwoliłam sobie tutaj wkleić komentarze, bo mi jakaś zagraniczna wywłoka spama podczepiła...a nie umiem wybiórczo komentarzy kasować:-(

środa, lipca 13, 2005

jak z Foremkami buszowałysmy w Konstancinie...

Zacznę od tego, co to są Foremki. Otóż Foremki to żeńskie jednostki bywające na pewnym forum. Generalnie to to właśnie forum powstało, żeby bronić bezbronnych, ufnych i spragnionych miłości kobietek…no i ostrzegać przed facetami chcących je wykorzystać (zwanych dla ułatwienia popaprańcami) w wirtualnym świecie. Na forum toczy się wiele dyskusji, wątki ciągną się wartko kilometrami, ale dla mnie najważniejsze jest to, że poznałam tam bardzo fajne laski. Ze świata wirtualnego do realnego jest tylko maleńki krok, więc zdążyłyśmy się już poznać i mniej lub więcej zaprzyjaźnić. A jedna z nas, Bronia, o w wdzięcznym nicku Bronkabezogonka aktualnie rehabilituje się w Konstancinie. Więc postanowiłyśmy ją odwiedzić. I nie tylko…Myślę, że jest spalona towarzysko w tężni, na deptaku i w kawiarence. Z naszych dokonań mogę wymienić tylko: dziki śmiech koleżanki Kat_maj, obgadywanie dość donośnym głosem co poniektórych kurwacjuszy (przez nas wszystkie), nieudaną próbę przejęcia przeze mnie hulajnogi (miałam taką wizję, żeby pohulać wokół takiego czegoś co pryszczyło słoną wodą) jakiegoś dziecka zażywającego relaksu w tężni, spłoszenie zakochanej pary, po czym uniemożliwienie jej bliższego kontaktu przez wtargnięcie w obszar jej działania przeze mnie i koleżankę Jollę32, że nie wspomnę o naszej zbiorowej dosyć gwałtownej reakcji na widok dwóch przedziwnych leciwych pań ubranych w takie same sukienki sporządzone z firanki chyba….No bo te panie robiły dziwne figury, na ławce i obok…Zakończone prezentacją desusów…No łatwo jej dokonać…Jak się siedzi na ławce i nie trzyma się nóg systemem „noga na nogę” albo „razem” to sporo można odsłonić… No to jak się nie zadziwić????? Myślę, ze Bronia, która przeszła niezła śmiechoterapię (aż ją wyginało w te i wewte) więcej skorzystała z naszej wizyty niż z zabiegów, które pobiera regularnie od pewnego czasu. No tylko towarzysko jest spalona…Już z Firankowymi się niestety nie zaprzyjaźni, myślę także, że zakochana para jej też tak łatwo traumatycznych przeżyć nie przebaczy…A pan w żółtym, który siedział obok nas pewnie do dnia dzisiejszego analizuje to, czego się dowiedział w czasie naszego pobytu w tężni. A zdarzyła się ta wizyta wczorajszym popołudnio-wieczorem. Mocno pracowałyśmy też nad zadzierzgnięciem przyjaznych stosunków Broni z pewnym włochatym kuracjuszem. Że włochaty, to pół biedy, depilacja zaradziłaby tej przypadłości, ale wzrostu mu już nie przybędzie, no sięga Broni do pół głowy chyba. Ale na bezrybiu i rak ryba, myślę, że Bronia nie powinna grymasić. Koleżanka Ewelajna równo uczestniczyła w naszych poczynaniach, które zakończyłyśmy mocnym akcentem w kawiarni. Usiadłyśmy sobie w kawiarnianym ogródku i poczyniłyśmy sporo faux pas. A to Jolla32 donośnym głosem rzuciła podejrzenie , że obrusy pochodzą z lumpeksu, a to z inicjatywy Broni twierdziłyśmy uparcie, że jest nas 3 (od 4 płaci się tam 10% tipa za obsługę) – a gołym okiem widać było, że jest nas pięć…a wszystko to w obecności ludzi, którzy, jak się okazało, nie byli gośćmi, tylko właścicielami…Jolla32 próbowała wyprostować sytuację oznajmiając, że zawsze obrusy kupuje w lumpeksie, bo tam gustowne są i najlepszej jakości, a Bronia dyskutowała z panią właścicielką o rzuceniu palenia papierosów (Bronia nie pali od października) żeby zatrzeć niemiłe wrażenie…Wizyta była owocna, udana, a Bronia mocna jest, to towarzysko da radę…Tak myślę…No może jeszcze się tam wybierzemy, bo sporo obszarów tam jeszcze zostało do spenetrowania…No i może dzięki nam Bronia dokona jakichś odkryć…Bo okazało się, że dzięki nam odkryła w holu swojego oddziału szpitalnego bankomat…A latała po pieniądze gdzieś dalej…

A tężnia jest fajna…To może się tam jeszcze wybierzemy????

wtorek, lipca 12, 2005

imieniny na plaży...

No i mam w pewnym sensie rowerowania ciąg dalszy. Wczoraj Wisienka miała imieniny i zaprosiła gości na plażę. No tak, mamy plażę w stolicy. Na moim brzegu Wisły (czyli prawym) na wysokości ZOO powstała plaża. Z białym piaskiem, leżakami, koszami, boiskiem do siatkówki plażowej i oczywiście z zapleczem gastronomicznym. Niezłe miejsce na spotkania towarzyskie. Padło hasło, że przyjeżdżamy rowerami. No i co to w końcu dla mnie za wysiłek???? Wszystkiego w obie strony 25 km ...phiii. A przynajmniej można było się piwka napić. Nie mieli z sokiem korzennym (to ostatnio moja ulubiona kombinacja), ale malinowy też może w ostateczności być. Było naprawdę pięknie. Z tamtego miejsca Warszawa wygląda cudnie, widać całe Stare Miasto, a na bliższym planie gęstwa krzaczorów, czyli morze zieleni. I nawet komary nie atakowały. Szkoda tylko, że to poniedziałek, tydzień przecież rządzi się swoimi prawami. Wieczór był bardzo ciepły, powietrze pachnące, aż żal było do domu wracać. Wczoraj na plaży było pustawo, ale podejrzewam, że w weekend nie ma co się tam wybierać, bo to nieduża plaża jest... No i wczoraj wstęp był darmowy...może zawsze tak jest? Może nadrabiają wyszynkiem? A tak w ogóle to lubię Warszawę latem. Zazwyczaj życie płynie leniwie, mniejszy ruch na ulicach...Chociaż... wczoraj coś rozdłubali przy 4 śpiących i masakra była....stanie w korkach po 3 godziny...Co przeniosło się niestety na moje drogi powrotu do domu...W związku z tym miałam taki przebłysk, żeby może rowerem do pracy pomykać....Tylko, że tu nie mam się jak odświeżyć. Ale jak mnie desperacja przyciśnie, to kto wie, kto wie...

poniedziałek, lipca 11, 2005

a klapek...

nadal nie ma... hmmm muszę sprawdzić w jeszcze jednym miejscu. Jak nie będzie to trudno...i tak Młody uważa, że mam za dużo butów. Weekend spędziłam w sposób wspaniały. Najpierw w piątek nieoczekiwane wagary z pracy, potem szybki telefon do Dorotki, no i spotkanie zorganizowane ad hoc, oczywiście pod pozorem zanabycia niebieskich klapków. Nasz ulubiony karfur nadawał się do tego jak ulał. Klapki prawie były, tylko zabrakło im pół numeru do pełni szczęścia (mojego). No nie mogą mi przecież palce wychodzić przodem (nie wyobrażam sobie wychodzenia palców tyłem....no ale tak mi się powiedziało), bo to nieeleganckie i mało praktyczne. Nie ustaję w poszukiwaniach. Co do naszych grzeszków kulinarnych to tym razem było bez grzechu, bo Dorotka wypatrzyła chłodnik no i tenże skonsumowałyśmy. Więc naładowana pozytywnie bezgrzesznym spotkaniem postanowiłam uczcić koniec tygodnia przejażdżką na rowerze. Miało być króciutko, wyszło 30 km, ale pogoda jest tak piękna, a wieczór tak długi, że szkoda by było nie skorzystać. W dodatku wszędzie kwitną lipy i zapach jest po prostu oszałamiający. W sobotę zaś postanowiłam przetrzeć szlak do Ryni, nad wodę. Korzystam z jakiegoś poradnika wydanego przez Gazetę Wyborczą, ale raczej stanowi on utrudnienie, a nie pozwala odnaleźć właściwej drogi. Ale powiem tak: do Ryni dotarłam, nawet +- pamiętam drogę, więc pewnie następnym razem zabiorę kostium i ręcznik i poplażuję. Powrót był piękny, acz droga biegła głównie piaszczystymi wertepami, na szczęście to tereny leśne, więc przynajmniej słońce nie dokuczało. No i 50 km zrobiło się nie wiadomo kiedy. Nawet przymierzałyśmy się z Dorotką do tego plażowania w niedzielę, ale w końcu okazało się, że ma ona czas ograniczony, więc wybrałyśmy Powsin. Było naprawdę gorąco, na szczęście ruch na rowerze prowokuje ruch powietrza, więc jazda była dużo przyjemniejsza niż np. pozostawanie w bezruchu. Jazdy było jakieś 70 km, ale poszło nam naprawdę lekko...kudy tam ścieżkom miejskim do takiego piaszczysto-wykrotowego Kampinosu!!!! Po naszej trasie kampinoskiej wszystkie jazdy miejskie to po prostu mięta z bóbrem (że pozwolę sobie zacytować Chmielewską). Mamy tylko takie spostrzeżenia, ze kobiałki rowerzystki są jakieś takie estetyczne i dbające o swój wygląd. W przeciwieństwie do panów rowerzystów, którym wiszące nad paskiem brzuszki nie przeszkadzają i nie widzą konieczności, żeby to zjawisko maskować. Jedzie taki w samych galotkach i wygląda tak, jakby uważał się co najmniej za Adonisa. Luster nie mają czy co? I po co narażać innych na widok brzucha wylewającego się z za ciasnych, krótkich spodenek z paskiem przerzynającym ten brzuszek na pół...brrrrrrr. A ja zaczynam rozważać opcję jeżdżenia na bosaka...ze względów estetycznych. Mało, że mam dłonie w stosunku reszty ręki mało opalone (no w rękawiczkach się jeździ) to jeszcze stopy mam opalone w sandały...Co wygląda przedziwnie. Miałam wczoraj tyle pałeru, ze postanowiłam wrócić promem, chociaż wał nam rozkopali przeciwpowodziowy (a droga z promu przechodzi przez wał) i jest to upierdliwe przekopywanie się przez górę piachu. No prawda, że przez moment, ale nawet piachu z sandałów nie można wysypać, bo krążą tam komarze komanda, które tylko czekają na jednostki wytrząchające piasek z obuwia.Więc tak sobie myślę, że nie koniecznie trzeba się wybierać gdzieś daleko, żeby aktywnie wypoczywać...Wystarczy rower, trochę słońca, piachu i wykrotów i wypoczynek robi się aktywny jak nie wiadomo co....

piątek, lipca 08, 2005

jak klapki sobie kupowałam....

A wczoraj skorzystałam z tego, że dzień roboczy skończył mi się wcześniej i postanowiłam zanabyć sobie klapki na koturnie. No takich mi właśnie do letniego wystroju brakuje. Wybrałam sobie centrum handlowe w Markach. Dużo tam różnych sklepów a i wybór znakomity. Dobrze by było, żeby klapki miały w sobie coś niebieskiego, bo to mój ulubiony kolor i sporo mam garderoby, do której by pasowały. I nie muszą być na koturnie, ale nie mogą być płaskie. Zeszłam całe centrum wzdłuż i wszerz i chała...Nie ma...Albo rozmiaru nie ma, albo coś innego nie pasowało...No nie było...Im bardziej szukałam tym bardziej nie było....
znalazłam koturny ale nie bylo niebieskich (WER)
Przypomniało mi się za to, że w IKEI są jakieś przeceny. No wiadomo, że nie butów, ale taka niezła torba na sprzęt dla starego Młodego. To już jak tam byłam, to czemu mam nie kupić. Kupiłam i jeszcze do tego łóżko składane dla młodego Młodego (turystyczne). No bo młody Młody bywa u nas czasami i jak się zasiedzi, to nocuje. Opcja materac dmuchany okazała się bowiem ze wszech miar niepraktyczna. Pompowanie nożną pompką materaca trwało dłużej niż jego egzystencja w stanie pełnego napełnienia powietrzem...i młody w środku nocy musiał dopompowywać po to, żeby rano budzić się na flaku. Dymak, polonusi w Anglii mówią na taki materac dymak....Więc niefajnie jest obudzić się rano na sflaczałym dymaku... Oooo i pozwolę sobie na dygresję, bo dawno ich nie stosowałam. Jakiś czas temu robiłam imieniny. Na sam koniec zostały mi zaprzyjaźnione jednostki, które nadużywszy trunków nie mogły samochodem wracać do swoich pieleszy. Więc wyjęłam słynny materac i zaangażowałam kolegę, który miał na nim spać, do dmuchania. Kolega lubi wysiłek fizyczny i machnął ręką, kiedy zapowiedziałam, że materac jest podwójny i dmucha się i dmucha bez końca. Nogą się na szczęście dmucha a nie płucami...Nawet się ucieszył, że może się wykazać tężyzną fizyczną. A wszyscy byliśmy już mocno pod wpływem...Po półgodzinnym pompowaniu materac był płaski jak deska...Bo zapomniałam go zatkać specjalnym korkiem, takim co to służy do szybkiego spuszczania powietrza.... Łóżko od razu zostało wypróbowane. Jest fajne, wygodne, tylko brakuje mu kawałka i Młodemu stópki wiszą poza...Ale lepsze takie rozwiązanie niż na flaku. I tym optymistycznym akcentem póki co zamknę temat. Może jeszcze wrócę do klapek. Jak kupię. Albo jak nie kupię. No w każdym razie niedługo tu wrócę.

środa, lipca 06, 2005

a dziś....

Dziś przypomniało mi się (nie wiadomo dlaczego) powiedzenie: „jeśli świat odwraca się do Ciebie tyłem, odwróć się też od niego”...W moim przypadku świat nie odwrócił się do mnie plecami tylko zatrzasnął przede mną drzwi. A było tak: zeszłam, jak zwykle raniutko do garażu piwnicznego, żeby udać się do pracy, wsiadłam do samochodu, ruszyłam...a tu się okazuje, że drzwi przeciwpożarowe są zasunięte (dzielą dwie części garażu), mimo, że nie widać ani śladu pożaru....Poczyniłam kilka bezskutecznych prób przytrzymania drzwi klapkiem...Ale drzwi się same zamykały, z wielkim hukiem w dodatku, no i nie mogłam sobie poradzić...Nie mogłam jednocześnie trzymać tych odrzwi w pozycji otwartej i jechać samochodem. Całe szczęście, że mamy ochronę...Nigdy mi nie była do niczego potrzebna, ale teraz nadała się świetnie do przytrzymania wrót przeciwpożarowych. Od razu pomyślałam sobie, że powinnam zaopatrzyć się w solidny klinik, który mogłabym wozić w bagażniku i używać w dowolnym momencie bez proszenia o pomoc ochrony... A wczoraj pozbyłam się części włosów...No nie sama, przy pomocy Kasi fryzjerki, i całkiem mi teraz dobrze, przy upałach z tą dużo mniejszą fryzurą...No i mniejsze opory będą podczas jazdy na rowerze. Młody zdał maturę, o czym może nie wspominałam, ale radość ogromna, bo przy tych zakręconych przepisach mogło być różnie. Wszedł w wiek dojrzały bardzo dzielnie...podejmując pracę, a od października zaoczne studia. Więc wszystko gra i bucy, może tylko za wyjątkiem kontaktów Sisterowych....ale te poluzowały się już całkiem dawno, więc zaczynam się do tego stanu rzeczy przyzwyczajać...

poniedziałek, lipca 04, 2005

może byś tak Damian wpadł popedałować?


rowerowe szaleństwo
posted by WER To słowa mojej ulubionej piosenki Lecha Janerki, którą bardzo lubię, bo o rowerze jest no i pedałowaniu. A powinnam napisać o moich (i nie tylko dokonaniach) na tym właśnie polu. W sumie, w czasie weekendu zrobiłam 120 km...no 30 w sobotę i resztę w niedzielę. A zaczęło się niewinnie, bo Mamcia wyjechała bawić się w króla i królową do Poznania i przekazawszy mi klucze do działki poprosiła o podlanie moich , podkreślam, moich iglaków , bo własnymi dłońmi je wsadziłam do ziemi. No wiem, zarzekałam się, że nie jestem dżdżownicą i nie będę dłubać się w ziemi, ale zostałam wzięta podstępem...no i musiałam się bidulkami zaopiekować. Pierwotny pomysł był cudny. Miałyśmy sobie z Dorotką na ploty nocne pojechać na działkę, rankiem śniadanie na tarasie i podlewanie iglaczków, a potem spokojny powrót do Warszawy. No ale tak się złożyło, że ja akurat kończyłam moją dietę kopenhaską (sobota, niedziela - dwa ostatnie dni) i nie mogłabym upajać się przy plotach jakimś ulubionym trunkiem. Dlatego też Dorotka rzuciła pomysł, żebyśmy powtórzyły nasz wyczyn sprzed roku, tym razem na spokojnie i z przystankami i pokonały część zielonego szlaku kampinoskiego rowerowo. Co niemniejszym uczyniłyśmy. Moje czerwone sandały zakupione specjalnie w celu rowerowania (miałam dosyć „opalonych” skarpetek) przeszły ten szlak bojowy, nie powiem, że bez bólu...Bo Kampinos troszkę wysechł, no i miał trochę miejsc, których rowery pokonać nie chciały. Nawet bardziej rower Dorotki niż mój, bo cięższy i opony węższe...Więc chciał nie chciał, musiałyśmy pokonywać te kawałki Kampinosu piechotą, no a sandały mają to do siebie, ze przepuszczają piasek. Piasek w butach – nieprzyjemna rzecz...No i brudna. Ja, rasowa turystka, przygotowałam się solidnie do wyprawy, nasmarowawszy uprzednio odsłonięte członki mojego ciała kremem z filtrem 12. Nie wiem, czy skuteczny, bo oparzeń nie mam. Wiem, że cudnie się do niego piasek przykleja, więc po pierwszym odcinku wyglądałam jak dziecko ganiające po brudnym podwórku cały dzień. Może to ten piasek uchronił mnie przed poparzeniami słonecznymi? Tego się nie dowiem. Poza tym w piach wbijały nas plecaki. No bo ja, ze względu na dietę miałam w swoim plecaku : pudełko z sałatą (sałata z odrobiną oleju i przyprawami), pudełko z kurczakiem do sałaty, marchewkę tartą w słoiczku i dwa jajka na twardo no i 1,5 litra wody. Jedzenie utłukło się na korzeniach kampinoskich doskonale, z sałaty wyciekł mi sos (do plecaka i na plecy), jajka nie wymagały obtłukiwania przed obieraniem, a w marcheweczce utoczyła się kulka. My tez utłukłyśmy się doskonale. Na szczęście założyłyśmy powrót pekaesem i no i przerwy na jedzenie (dieta wymaga, aby lunch spożywany był o 13). Był spożywany troszkę później, jako, że nie miałam ochoty na konsumpcję w towarzystwie komarów. Udało się go spożyć w mieścinie o wdzięcznej nazwie Leoncin (ulubiona wymowa Lełoncin), pod sklepem spożywczym, w centralnym miejscu trawniczka, pod parasolem należącym do sklepu. Dorotka ma dar przyciągania ludzi, więc zaprzyjaźniło się z nią dwóch miejscowych chłopaków (tak po pięćdziesiątce, myślę), no i jak zwykle stanowiłyśmy niezły widok: ja gmerająca w pudełku z utłuczoną do wszystkich soków sałatą i Dorotka skubiąca coś zielonego (też sałata, ale w listkach) z rzodkiewką i chyba pomidorem. Potem już było luksusowo, końcówka drogi mało uczęszczanym asfaltem (szlak, który powiódł do lasu został przez nas wyniośle zlekceważony), asfalt znałyśmy i wiedziałyśmy, że doprowadzi nas do celu, nie utłucze i nie wciągnie w ruchome piaski. Dzień był śliczny, szlak wiódł w większości przez las, gdzie słonko delikatnie przezierało przez liście a wiaterek owiewał nasze upocone czółka. Nagrodą było dotarcie do Piasków Duchownych i działki Mamci. Oczywiście pomyliłam kod przy wejściu i miałam przyjemność składać wyjaśnienia przed patrolem interwencyjnym. Chłopaki jak zwykle przyjechały piorunem.... Poleżakowałyśmy sobie na tarasie, Dorotka wypiła kawę z ekspresu....no i było malinowo...Potem to już dojechała Mamcia, więc podlałam szybko zaprzyjaźnione iglaczki (no to hasło jest, bo one się mają tak płożyć po ziemi....cokolwiek to oznacza, więc nie wiem, jak je nazwać...może płożaczki?) no i pomknęłyśmy do pekaesu a nim do Warszawy. I już był koniec wycieczki i koniec cudnego dnia. No i jeszcze może to, ze miałyśmy przez cały dzień rękawiczki rowerowe na dłoniach...więc mamy dłonie dużo jaśniejsze niż resztę rąk....