wszyscy święci i ciotki
Mimo tego, że żyję w pośpiechu i ostatnio nawet weekend poświęciłam na pracę, dałam się namówić Mamci na podróż sentymentalną. Po prostu..mialam ochotę pogadadać sobie z nią spokojnie (daleko nie jechałyśmy- zaledwie do Radomia) i zobaczyć jej siostry, a moje ukochane ciotki. To taki miły powróct do czasów dziecinno- młodzieżowych, kiedy to często jeździło się do Radomia (i w jego okolice) na rodzinne spędy. Okazja może niezbyt radosna, 1 listopada, ale chyba nie ma nic złego w ciepłym wspominaniu tych, co odeszli? We wspominaniu ich z uśmiechem?...Mam nadzieję, że oni nie mają nic przeciwko temu...
Dojechałysmy więc szczęsliwie, acz wyjazd nastąpił o barbarzyńskiej porze (6.30- już widzę, jak Tatko z aprobatą kiwa głową, bo to on jest zwolennikiem wstawania w środku nocy i ruszania w trasę o drastycznej porze ni to nocnej ni porannej). I ciocia (strasza siostra mamci) i jej mieszkanie wydało mi się takie malutkie...Chyba wszyscy mamy takie postrzeganie z dzieciństwa..Wszystko, to co kiedyś normalne, dziś skurczyło się do dziwnie małych rozmiarów. Natomiast poczucie humoru miała na swoim miejscu i smiech tak zaraźliwy, że nie sposób zachować powagę, kiedy ciotka chichocze. Więc wybrałyśmy się oczywiscie w tercecie, aby odwiedzić jej już od dawna nieżyjącego męża, który zginął w wypadku, kiedy miał 42 lata...A mnie się wydawał kiedyś taki stary...Przy okazji okazało się, że ciotka ma zostać prababcią, co do dziś jakoś nie chce mi się pomieścić w głowie...ale pomyślę o tym jutro (Scarlett O'Hara). Poszłyśmy więc, a po drodze zanabyłyśmy śliczne wianuszki nagrobne z suchotników. Ludzi na cmentarzu więcej niż wolnego miejsca, tłum szalejący z wieńcami, zniczami i innymi przedmiotami powodującymi jeszcze większa ciasnotę. Na dokładkę zaczał padać deszcz. Ja zapobiegliwie zaopatrzyłam się w kaptur, mamuśka w chustkę, a cioteczka nie miała nic,,,zgryźliwie tylko mruknęła pod nosem, że chyba jej mąż jest niezbyt zadowolony z naszej wizyty...Potem rzuciła: « a ja choroba nie wzięłam parasolki...Co by tu na głowę? Chyba, że te wianuszki z suchotnika »...Oczywiscie ryknęłyśmy smiechem w tym całym tłumie wieńcowo-zniczowym ku ogromnej dezaprobacie otoczenia. No nie mogłam się powstrzymać ..Wizja cioteczki w wianuszku z suchotników na głowie zwaliła mnie z nóg...
Potem wizyta u jeszcze jednej cioteczki, kolejnne wspominkowanie tego, co było i kolejna wizyta na cmentarzu. Tym razem ludzi było mniej, a pogoda zdecydowanie lepsza. Czy popełnię nietakt, jeśli powiem, że miło spędziłam ten dzień? I że dobrze się bawiłam?









