czarodziejka i ....

wtorek, listopada 07, 2006

wszyscy święci i ciotki

Mimo tego, że żyję w pośpiechu i ostatnio nawet weekend poświęciłam na pracę, dałam się namówić Mamci na podróż sentymentalną. Po prostu..mialam ochotę pogadadać sobie z nią spokojnie (daleko nie jechałyśmy- zaledwie do Radomia) i zobaczyć jej siostry, a moje ukochane ciotki. To taki miły powróct do czasów dziecinno- młodzieżowych, kiedy to często jeździło się do Radomia (i w jego okolice) na rodzinne spędy. Okazja może niezbyt radosna, 1 listopada, ale chyba nie ma nic złego w ciepłym wspominaniu tych, co odeszli? We wspominaniu ich z uśmiechem?...Mam nadzieję, że oni nie mają nic przeciwko temu... Dojechałysmy więc szczęsliwie, acz wyjazd nastąpił o barbarzyńskiej porze (6.30- już widzę, jak Tatko z aprobatą kiwa głową, bo to on jest zwolennikiem wstawania w środku nocy i ruszania w trasę o drastycznej porze ni to nocnej ni porannej). I ciocia (strasza siostra mamci) i jej mieszkanie wydało mi się takie malutkie...Chyba wszyscy mamy takie postrzeganie z dzieciństwa..Wszystko, to co kiedyś normalne, dziś skurczyło się do dziwnie małych rozmiarów. Natomiast poczucie humoru miała na swoim miejscu i smiech tak zaraźliwy, że nie sposób zachować powagę, kiedy ciotka chichocze. Więc wybrałyśmy się oczywiscie w tercecie, aby odwiedzić jej już od dawna nieżyjącego męża, który zginął w wypadku, kiedy miał 42 lata...A mnie się wydawał kiedyś taki stary...Przy okazji okazało się, że ciotka ma zostać prababcią, co do dziś jakoś nie chce mi się pomieścić w głowie...ale pomyślę o tym jutro (Scarlett O'Hara). Poszłyśmy więc, a po drodze zanabyłyśmy śliczne wianuszki nagrobne z suchotników. Ludzi na cmentarzu więcej niż wolnego miejsca, tłum szalejący z wieńcami, zniczami i innymi przedmiotami powodującymi jeszcze większa ciasnotę. Na dokładkę zaczał padać deszcz. Ja zapobiegliwie zaopatrzyłam się w kaptur, mamuśka w chustkę, a cioteczka nie miała nic,,,zgryźliwie tylko mruknęła pod nosem, że chyba jej mąż jest niezbyt zadowolony z naszej wizyty...Potem rzuciła: « a ja choroba nie wzięłam parasolki...Co by tu na głowę? Chyba, że te wianuszki z suchotnika »...Oczywiscie ryknęłyśmy smiechem w tym całym tłumie wieńcowo-zniczowym ku ogromnej dezaprobacie otoczenia. No nie mogłam się powstrzymać ..Wizja cioteczki w wianuszku z suchotników na głowie zwaliła mnie z nóg... Potem wizyta u jeszcze jednej cioteczki, kolejnne wspominkowanie tego, co było i kolejna wizyta na cmentarzu. Tym razem ludzi było mniej, a pogoda zdecydowanie lepsza. Czy popełnię nietakt, jeśli powiem, że miło spędziłam ten dzień? I że dobrze się bawiłam?

niedziela, listopada 05, 2006

migawki z Francji

nowe przyszło

Pomyślałam sobie, że nie jestem zbyt łaskawa dla swoich czytelników. Minęło sporo czasu od ostatniego zapisu i właściwie to zasługuję już na to, żeby pies z kulawą nogą tu nie zajrzał ;-) Na szczęscie moi czytacze różnią się nieco od psa z kulawa nogą i zagladają :-) Nowe wtargnęło z siłą wodospadu. Po raz kolejny w życiu wiążę się z firmą w jej początkowej fazie rozwoju, co daje mi fantastyczną szansę rozpoczęcia wszystkiego niemalże od zera i ułożenia po swojemu. Moja stara firma w postaci Gospodyni-Prezesowej nie chciała się ode mnie odczepić: będzie cytata « wprawdzie wielokrotnie wyraąałam niezadowolenie z pani pracy, ale miesiąc na rozstanie się z nami to zdecydowanie za krótko ». I swobodnym ruchem przeprawiła datę 30 września na 31 października na moim podaniu o rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron. Wspominałam już, ze moja astma nie lubi remontów i świeżych farb...Ale sama nie przypuszczałam, że aż tak. Okazało się, że jeszcze dwa dni pracy w takich warunkach (remont i farby piętro niżej) i wylądowałabym w szpitalu. Mój stan był dosyć trudny do nie tylko do wytrzymania ale i do wyleczenia, a zwolnienie lekarskie, na którym przebywałam do końca września całkowicie uzasadnione.Więc mimo prostesów mojej exszefowej i jej nacisków na moją pracę do końca października, pracowałam tylko do końca września. Konwencjonalne metody leczenia jednak nie przyniosły rezaulatu i w efekcie ze schodów korzystalam tylko schodząc w dół. W górę, po 3 krokach brakowało mi odddechu i wołałam « siostro tlen ». Na szczęście jedna taka światła lekarka zaaplikowała mi mądrą, choć deczko inwazyjną kurację sterydową i miałam okazję poznać co oznacza życie na haju albo na speedzie, albo wstawcie sobie co tam chcecie. Oznaczało to sen 4 godziny na dobę i życie na dosyć wysokich obrotach. Ale nie ma tego złego...Kiedy budziłam się o 3 albo o 4 nad ranem brałam się po prostu za porządkowanie, pranie i prasowanie. Więc w rezultacie mieszkanie mam wypucowane na błysk. Jednocześnie pracowałam dla mojego nowego pracodawcy...wszak obiecałam dostępność od października no i obietnicy dotrzymałam. Nie chcę zapeszyć, ale jest tak, jak powinno być. Pracuję równie dobrze i ciężko, jak w mojej poprzedniej pracy, ale tu moja praca jest dostrzegana i chwalona. W dodatku trafiaja mi się wyjazdy słuzbowe do słodkiej Francji, co w zasadzie jest nagrodą samą w sobie. Opowieścią o osobniku z łysym czerepem ściagnęłam sobie chyba równie irytującego okaza płci męskiej. Jest Polakiem, architektem i powinien byc konsultantem ds technicznych. Powinien być, bo na razie jest specjalistą ds awantur. W ciągu miesiąca był u nas biurze 3 razy i 3 razy zaznaczył swoją obecność awanturą. Nie można go na razie osadzić w cuglach, bo szefostwo siedzi we Francji i nie bardzo chcemy szefostwu głowę zawracać matołem, ale pracujemy już nad tym. Pracujemy, bo oprócz mnie w biurze jest asystentka i specjalistka ds PR. Wszystkie trzy pałamy miłością wielką i bezgraniczną do specjalisty ds awantur, którego najlepszym tekstem był tekst następujący « ja jestem światłym człowiekiem, ja mam wyższe wykształcenie »...tekst rzucony w dyskusji, kiedy zabrakło mu merytorycznych argumentów. Jednak obecność takiego tłuka jest swawolną igraszką w porównaniu z tym, co musiałam znosić dzień w dzień w poprzedniej firmie. Może trafił mi się on po to, ąby przejscie do nowych warunków pracy nie było zbyt wielkim szokiem? Kiedy mówię o rozstaniu z firmą nie sposób nie wspomnieć o ludziach, z którymi pożegnałam się kręglami na « do widzenia ». Zresztą nie tylko ja, pożegnałysmy się z koleżanką, która również nie była w stanie wytrzymać dłużej w naszej kochanej firmie. Znamienne było to, jak wiele osób juz odeszło (sporo z nich stawiło sie na naszym pożegnaniu) i jakim szczęściem te osoby promieniały...Ale c'est la vie...I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś, mogąc znów powiedzieć o sobie, że « żyję, żyję i kwitnę » :-)