czarodziejka i ....

poniedziałek, lipca 28, 2008

rower po raz kolejny

O kółku fotograficznym w Łazienkach już było, ale nie było nic o niedzieli. Otóż w niedzielę spędziłam jakieś 8 godzin na rowerze. Opcja była taka, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli urządzić oploty z psiapsiółką na rowerze. Przyjemne to oczywiście plotki, a pożyteczne to kręcenie przy tym nogami. Jednakowoż psiapsiółka Dorotka dysponowała czasem wolnym od 13, a ja byłam gotowa do jazdy już przed 10. To pojechałam i nie śpiesząc się zbytnio popstrykałam po drodze...A to Wisłę pstryknęłam (oj dużo w niej wody po powodziach), a to okolice mostu Siekierkowskiego, a to budynek, który skojarzył mi się z architekturą Gaudiego oraz mnóstwo innych obrazków po drodze. W tenże sposób pokonałam 44 km, z Dorotką 33 no i 11 powrotnych kilometrów do domu. I o dziwo wyszło okrągłe 88. Dziwne to bardzo, bo nie czuję tego ani w ...tylnej części ciała, ani w nogach, ani na skórze (a pogoda była bezchmurkowa). Widocznie był to dobry plan i nie wzbudził protestu mojego organizmu. I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć zapraszając do obejrzenia fotek (wszystkie komórkowcem zrobione).

sobota, lipca 26, 2008

kółko fotograficzne

Uczęszczam i uczęszczam na to kółko i mam nadzieję, że chociaż troszkę lepiej będę umiała pokazać świat widziany moimi oczami, przez obrazki. Po czwartkowych fotkowaniu są modele takie bardziej martwe, a po dzisiejszym plenerze całkiem żywe. I rozpisywać się nie ma co, bo tym razem chodzi tylko i wyłącznie o patrzenie. Może tylko parę słów o tym, jak zgubiłam telefon po czwartkowym kółku. No kamień w wodę. Jeszcze przed wejściem do samochodu go miałam, a potem już o nim nie myślałam. Może troszkę wieczorem, kiedy chciałam nastawić alarm. I im bardziej telefonu szukałam, tym bardziej go nie było. A do piwnicy, gdzie przechowuję samochód, jakoś nie miałam ochoty schodzić w nocnej koszuli. Za to zeszłam rano, bo niepokój mnie jakoś szarpał. Głównie z tego powodu, że telefon działał. Tzn. normalnie dzwonił (kiedy próbowałam go namierzyć z innego aparatu). A piwnicy nie ma zasięgu. Rano moje obawy się potwierdziły. Telefon zaginął. Bez wieści. Więc go zablokowałam. Na całe 15 minut. Bo jak usiadłam na siedzeniu kierowcy udając się do pracy, to od razu się odnalazł. Na siedzeniu pasażera. Więc go odblokowałam. I już. Poniżej martwe... i żywe..no może nie wszystkie, ale już zdecydowanie nie we wnętrzach

poniedziałek, lipca 21, 2008

kajaki

Nie pierwsze to kajaki w moim życiu i nie pierwsze w tym blogu. Ale za każdym razem jest to wspaniała wyprawa i możliwość nabrania sił na dalsze normalne życie po powrocie do domu. Nocowaliśmy w domkach kempingowych rozpadających się ze starości, dającym schronienie wielu tysiącom (chyba?!) przedstawicieli fauny, za to w cenie przyzwoitej prywatnej kwatery, jedliśmy smacznie, ale pioruńsko drogo (szczytem cenowym była porcja ryby przekraczająca cenę 35 złotych), za to widoki mieliśmy za darmo. Za darmo też podlał nas deszcz...wielokrotnie, ale mieliśmy też okazję zjedzenia przepysznej pizzy w Krutyni. Nie będę więcej pisać, bo obrazki przekażą więcej niż moje najdokładniejsze opisy. A niektóre z nas mogły pobrykać na koniku w drodze powrotnej do domu.

niedziela, lipca 13, 2008

dziwne przygody za przyczyną płynącej wody....

Ostatni tydzień był dziwnie rozminięty z moimi planami. W zasadzie, od poniedziałku aż do środy moje plany załamywały się gwałtownie, a w ich miejsce wdzierała się brutalnie rzeczywistość. Więc już koło czwartku (poranną porą) miałam nadzieję, że wreszcie moje życie wskoczy na właściwe tory. Ale gdzież tam... Jak już się komplikować, to w wymiarze całotygodniowym. W czwartek rano zadzwonił do mnie Kuzyn ze Śląska, że jest właśnie w Warszawie i czeka na pogotowie. Na pierwszy rzut ucha wydało się to co najmniej dziwne, ale już po paru wyjaśnieniach okazało się, że, kuzyn spływa łodziami po Wiśle wraz z całą gromadą maniaków wodnych, tj drużyną wodniacką. A aktualnie zatrzymali się w Warszawie i w czasie wykonywania hop-siupów porannych (jak ktoś był kiedyś harcerzem, albo wodnym harcerzem to powinien pamiętać, że każdy dzień rozpoczyna się tzw. rozruchem porannym). Trzeci hop-siup okazał się dla kuzyna pechowy i spowodował chrups w kolanie, który z kolei spowodował zawezwanie karetki i mobilizacji pomocy rodziny warszawskiej w mojej skromnej postaci. Tak więc czwartkowe kółko fotograficzne odbyło się tym razem bez mojego uczestnictwa, bo ja zbierałam kolejno: ze szpitala (po jakichś 8 godzinach szpitalnej tułaczki) Kuzyna z wielkim gipsem (ważył tak na oko z 15 kg- gips, nie kuzyn), a potem stertę tobołków z przystani nadwiślanej. W skład tobołków wchodził plecak, ważący tak na oko z 50kg, gitara, krzesełko składane, jakiś bliżej niezidentyfikowany tobołek, wiaderko po farbie, dwa pojemniki wodoszczelne i mniejszy plecak. Jakoś udało mi się to wszystko upakować w moje malutkie jeździdełko i Kuzyna jakoś do domu przywiozłam. Koty początkowo potraktowały go nieufnie, ale ponieważ ostrzegał je o swoim nadejściu ciągnięciem gipsu po podłodze i stukaniem, przestały się niepokoić. Kuzyn w postaci zagipsowanej na pewno przez dłuższy czas nie będzie się kwalifikował do roli zwiadowcy. Ekipa ratunkowa ze Śląska w postaci Drugiego Kuzyna (inna odnoga rodziny śląskiej) i Narzeczonej Kuzyna ruszyła do Warszawy w piątkowe popołudnie. Z powodu burzy, ciemności i skomplikowanej topografii mojego miejsca odległego zamieszkania brygada ratunkowa przybyła głęboką nocą, czyli gdzieś tak koło 23, zahaczając o Marki, przedmieścia Białegostoku i Kobyłkę. Potem uprawialiśmy życie rodzinne i nocne Polaków rozmowy aż do 3 nad ranem, mimo że zagipsowany Kuzyn dawał nam znaki ziewaniem i pozornym zapadaniem w sen, ze czas już iść spać. Nie powiem, czym i jak poczęstowałam gości, bo bloga czyta Kasieńka, zwana przez Młodych Panną Dziadka. W międzyczasie odwiedził nas jeden i drugi Młody, a ten młodszy przyprowadził suniasię na nocleg, bo sam wyprawiał się na nocne imprezowanie. Suniasia jest istotnym elementem tej opowieści. Zasnęła na fotelu i tak było, jakby jej wcale nie było. Jednakowoż była i skorzystała z chwili nieuwagi pobierania łózka turystycznego z komórki korytarzowej dla Drugiego Kuzyna i poszła sobie gdzieś. Czego nigdy, przenigdy do tej pory nie robiła. Przyznam się szczerze, że sprawdziłam tylko stan koctwa, które korzysta z każdej okazji, żeby wymknąć się z mieszkania. Koctwo było. Więc poszliśmy spać. Rano, czyli o 9 okazało się, że suniasi nie ma. I im bardziej jej szukaliśmy w mieszkaniu tym bardziej jej nie było. Wpadłam w panikę, bo stanowi ona przykład zwierzątka trwożliwego i płochego i nigdy się nie oddala od właściciela, nawet tak tymczasowego jak ja. Ale się oddaliła. Na szczęście odnalazła się w 5 minut tuż pod blokiem, ale i tak młody Młody powiedział, że nie nadaję się nawet do opieki nad rybką. Co z żalem i skruchą muszę przyznać. Potem już było śniadanie i pakowanie zagipsowanego Kuzyna wraz z jego całym majdanem do samochodu. Po spakowaniu wszystkiego okazało się, że została gitara. Miała ona jechać z zagipsowanym Kuzynem na tylnym siedzeniu. Zaproponowałam więc, żeby uwolnić ją z pokrowca, żeby Kuzyn z gipsem mógł pograć Drugiemu Kuzynowi i Narzeczonej na gitarze w czasie podróży na Śląsk. Wniosek mój został odrzucony. Przynajmniej w pierwszej fazie podróży. Jak było dalej, nie wiem... W każdym razie moje życie wróciło do normalności. Prawie normalnej, bo wakacyjnej. * wszystkie zdjęcia są autorstwa zagipsowanego Kuzyna, ale mam nadzieję, że nie będzie się domagał tantiem z tytułu praw autorskich...

poniedziałek, lipca 07, 2008

ekspresowy weekend

A czemu ekspresowy? Bo przeleciał nie wiadomo kiedy. Sobota upłynęła pod znakiem roweru. Ponieważ ciągle jeżdżę sama i sama, postanowiłam podczepić się pod jakąś grupę. Na jednym takim portalu pracowo-biznesowym są różne grupy tematyczne, jest też i grupa rowerzystów. Padło hasło Kampinos - trochę go znam, to postanowiłam podłączyć się tę konkretną wycieczkę. Wprawdzie pogoda była niewyraźna, ale opady miały być tylko przelotne, więc podjęłam decyzję, że jadę. Na wszelki wypadek wzięłam ze sobą mapę Kampinosu. NA miejscu zbiórki okazało się, że nikt nic nie wie, bo pomysł wyprawy był wariacki- na zasadzie "eeeeeeeeeeeee jakoś to będzie". Obiecałam więc, że grupę pociągnę kampinoskim szlakiem rowerowym do pierwszego pieszego szlaku, a potem to już będzie spontanicznie przez las. No cóż...w skrócie wyglądało to tak: piaszczystość, mokrość, błotność i brudność. Deszcz był...przeleciał oczywiście, ale w dużej ilości i wprawdzie próbowaliśmy schronić się pod daszkiem, który chronił mapę Kampinosu (gdzieś na szlaku) ale słaba była to ochrona... Potem okazało się, że deszcz wyprodukował niezliczone masy błota z igliwiem, które pryskało raźno spod kół. A piasek kampinoski ma te właściwości, że żadna ilość wody nie jest w stanie go utwardzić. I było i piaszczysto i błotnisto. Powrót do cywilizacji też ja pilotowałam, bo Kampinos troszkę przylega do miejsca, gdzie jako dziecię nieletnie mieszkałam i okolice są mi znane. Bilans tym razem: 4 nowo poznani maniacy rowerowi ( 3 męskie i jedna żeńska jednostki), 85 km drogi, z czego większość w Kampinosie, 8 ostatnich kilometrów powrotnych do domu pod wiatr, oraz tak ze 3 kg błota oblepiającego rower i mnie takoż. Po powrocie miałam siłę tylko na nalanie wody do wanny i wpełźnięcie do niej. Potem film mi się urwał. Na godzinę. Potem musiałam opuścić wannę, żeby uzupełnić zapasy żywności. Mniejsza o mnie, ale kocie żarełko się skończyło, więc nie miałam wyjścia. Rower doczyściłam wczoraj wstawiając go do wanny i traktując obficie prysznicem. Pozostało mi go tylko nasmarować. No cóż, zdaje się, że w życiu nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. A czas niedzielny poświęciłam na sprawdzenie jak się tańczy przy orkiestrze na żywo. W Warszawie ruszyła stara nowa tradycja tańczenia na tzw dechach, tak jak to drzewiej bywało. Nawet uczyli kroków polki i czegoś tam jeszcze. Ja tylko patrzyłam, bo tańce były w parach, a ja wybrałam się bez pary. Za to ze starym Młodym i jego żoną. Oni też nie tańczyli tylko patrzyli i fotki pstrykali. Niedzielę zakończyliśmy nad Wisłą, konkretnie na plaży, konkretnie w La Playa- jedynym warszawskim plażowisku. I było ciepło i sympatycznie i znienacka całkiem weekend się skończył.............. Widok z La Playa na drugi brzeg Wisły i już.

piątek, lipca 04, 2008

Warsaw by night

Ostatnio, a dokładnie wczoraj wieczorem, w ramach mojego kursu fotograficznego miałam okazję zobaczyć, poczuć i usłyszeć jak wygląda życie nocne Warszawy, a konkretnie Starówki w dzień, a właściwie noc powszednią. Szok, ale szok pozytywny. W moim codziennym kieracie nie wpadłoby mi do głowy w dzień powszedni, a zwłaszcza wieczorem wybierać się gdziekolwiek ot tak, bez celu. Powiem krótko: jestem oczarowana tym, co zobaczyłam na Starówce. Mnóstwo ogródków restauracyjnych, ukwieconych i urządzonych ze smakiem, masa ludzi mówiąca wszystkimi językami świata, uliczni albo prawie uliczni muzycy grający na : pianinie, gitarze, saksofonie i skrzypcach. Jeden, co grał na gitarze zachwycił mnie tak bardzo, że chciałam mu zapłacić, ale okazało się, że to artysta jest wydający własne muzykowanie na płytach i w efekcie jedną taką płytę z rosyjską muzyką gitarową kupiłam. Nocne zdjęć robienie było tak fascynujące, że ni z tego ni z owego zrobiła się północ (a zaczęliśmy o 21). Rozpisywać się nie będę pięknie tej lipcowej nocy, lepiej to oddadzą obrazki.