czarodziejka i ....

czwartek, września 29, 2005

stingomania

Udało się...nie mnie wprawdzie, ale mojej koleżance wyesemesować zaproszenia na koncert Stinga. Lubię go bardzo od czasów jeszcze policyjnych i bardzo mnie cieszyła możliwość zobaczenia go po raz kolejny (byłam, byłam 4 lata temu na jego koncercie) w wydaniu koncertowym. Umówiłam się z moją koleżanką Dorotką na wspólne przeżycie tegoż wydarzenia artystycznego. Koncepcję miałyśmy nieskomplikowaną. Samochody zostawiamy na Żoliborzu, tramwajem udajemy się na tory konne na Służewcu (miejsce koncertu - to informacja dla niewtajemniczonych), po koncercie docieramy do metra, którym wracamy na Żoliborz. Ruszyłyśmy zgodnie z wcześniejszymi założeniami około 17, tramwajem linii 33. Udało nam się zdobyć nawet jedno wolne miejsce, które później musiało wystarczyć dla nas dwóch. Albowiem okazało się, że tym właśnie tramwajem postanowiło jechać jeszcze wiele wiele osób. Na ulicach było podobnie, tj bardzo tłocznie, więc gratulowałam sobie pomysłu zostawienia autka na Żoliborzu... w Nawet nie przypuszczałam, że tyle może zmieścić się w jednym tramwaju...Łączyła nas chyba nie tyle miłość do Stinga, co, jak się później okazało, chęć wykorzystania darmowych biletów. Jakoś trudno było uwierzyć, że Sting ma aż tak młodych wielbicieli. Pierwszy tłok (w tramwaju) był dopiero przedsmakiem tego, co czekało nas dalej. Szłyśmy sobie od pętli do bramy Służewca w zbitej masie ludzi. Gdzieś po drodze były stoiska z tzw. smarem, mydłem i powidłem tudzież z rozmaitymi świecącymi gadżetami. Niesione ludzkim tłumem zwolniłyśmy nieco i okazało się, że to już bramki wejściowe. Tłok się zintensyfikował. Nie było to dobre zjawisko, bo zarówno Dorotka jak i ja tłumów organicznie nie znosimy. Ale przecież szłyśmy na KONCERT! To jak miało być????? Potem było troszkę lepiej, w sensie, że luźniej, szłyśmy kierując się w stronę dźwięków wydawanych przez Makowieckiego, aż doszłyśmy w dalekie rejony odscenowe. Nie było sensu dopychać się bliżej...w końcu było tam jakieś 150 tysięcy ludzi. Zajęłyśmy strategiczną pozycję w pobliżu aparatury jakiejś (chyba dźwiękowej), ogrodzonej płotkiem, okolice płotka wyłożone były płytami paździerzowymi, co, jak się okazało później, było bardzo komfortowym siedziskiem. W pobliżu też rozdawali wodę, więc przyszłość rysowała się interesująco. Miałyśmy też widok na telebim i w baaaardzo dalekiej perspektywie scenę. Jedyną niedogodnością były tłumy ludzi łażących w te i nazad....Ale ludzie czasem tak mają. Między Makowieckim i Kayah okupowałyśmy płyty paździerzowe opierając się plecami o płotek i uprawiałyśmy nasze ulubione plociu-plociu. Mamy ostatnio niewiele czasu dla siebie, więc okazja ku temu była wymarzona. Przy występach Kayah zrobiłyśmy sobie trochę przestrzeni (no ludzie, którzy chodzili w te i nazad zaczęli utykać to tu to tam, a czasem tuż przed nami). Ale wygibasy i podskoki, tudzież energiczne operowanie łokciami w tanecznych pas zrobiły nam troszkę miejsca wokół nas. Sting wystartował punktualnie o 21. I nie będę nic o nim pisała, bo wiadomo, że Sting to Sting...Wiecznie młody, w świetnej formie i z cudownym repertuarem. Ale jakoś mi się kłócił charakter jego twórczości z masówką, jaką był ten koncert. Stałyśmy tuż przy głośnikach, więc nie narzekałyśmy na kiepskie nagłośnienie (były miejsca, gdzie Stinga nie było słychać). Telebim można było widzieć po wspięciu się na palce, zresztą chyba nie było warto, bo synchronizacja obrazu z dźwiękiem była mocno rozjechana. Dwa razy przejechały prawie po nas karetki i tłumy przewalały się bezustannie. Bawiły nas obserwacje ludzi, którzy często przemieszczali się systemem :”domowe przedszkole” czyli trzymając się za ręce... Pozwoliłam sobie więc odśpiewać motyw domowego przedszkola jako podkład do tego, co się działo tuż przed naszymi nosami. Wycofałyśmy się przed bisami, bo wyobraźnia podpowiadała nam, że możemy mieć solidne problemy z przedostaniem się do domu. Poprułyśmy Puławską...najpierw pod prąd, potem z...jako, że zamknięta została dla ruchu kołowego...Potem maszerowałyśmy dzielnie aż do stacji Wilanowska, potem nas bolały nogi...od tańczenia i maszerowania, potem zeszłyśmy do metra, gdzie były nieprzeliczone tłumy chętnych na przemieszczenie się metrem...Więc pojechałyśmy w odwrotną stronę niż tłumy...żeby móc usadzić nasze zmęczone tyłki....Potem jechałyśmy do końca i od końca metra...tak btw stanowiłyśmy najstarszą grupę wiekową...potem dojechałyśmy do Żoliborza, potem doszłyśmy do samochodów....i już... No i podsumowanie: warto było się kotłować z tłumami, żeby usłyszeć Roxane...uwielbiam ten kawałek...

poniedziałek, września 26, 2005

wakacje na dwóch kółkach

hmmmm...podobno lepiej później niż wcale...więc... Zdecydowałam się zupełnie znienacka, żeby ruszyć na wakacje. Niestety, życie singla nie jest takie łatwe. Nigdzie nie można zarezerwować pokoju z pojedynczym łóżkiem (czytaj: jednoosobowego). Oczywiście nie mówię o superdrogich kurortach, gdzie wszystko jest tylko kwestią ceny. Zgadałam się więc z jedną taką zaprzyjaźnioną (Asia od sylwestra dresowego), że pojedziemy razem i że jeszcze weźmiemy dziecię Asi płci żeńskiej. Ale Asia nie dostała urlopu...No więc, ponieważ nie chciałam narażać na straty właścicielki kwatery, a zgłosiła chęć wyjazdu moja mamcia to z nią właśnie ruszyłam na wakacje. Jednak, żeby mieć możliwość spędzania czasu nie zawsze razem, wzięłam rower. Wzięłam w sensie, że kupiłam bagażnik, uchwyt do roweru i spowodowałam, żeby uchwyt został zamocowany (rękami starego Młodego). Na miejscu okazało się, ze bardzo trudno zanabyć mapę okolic, więc pierwsze jazdy odbywałam niemalże na ślepo tzn. posługując się atlasem samochodowym Polski (wypisywałam sobie kolejne miejscowości na kartce i z tą kartką jeździłam). Pogoda była sprzyjająca, upałów nie było, więc rowerowanie było czystą przyjemnością. A na rowerze spędzałam 4 godziny dziennie, co w przełożeniu na kilometry dawało jakieś 40-50 km dziennie. Poznałam drogi kategorii ostatniej kolejności odśnieżania. I pobłądziłam wiele razy, bo drogi oznaczone na mapie jako drogi (po 2 dniach udało mi się zdobyć dokładną mapę okolic) czasami wiodły na kolejnej wioski, a czasem na pole albo pastwisko. W ten sposób trafiłam na łąkę, na której pasły się 3 byki, na uwięzi na szczęście, więc bacznie obserwując długość uwięzi, z wielką ostrożnością rzeczone byki ominęłam szerokim łukiem. Ale ponieważ do byków przyjechałam tocząc się spory kawałek z górki (tym razem trawiastym podłożem) nie miałam ochoty pokonywać tej trasy po raz drugi. Postanowiłam na przełaj polami i łąkami dotrzeć do jakiejś drogi. Przedzierając się z rowerem przez łąki i wysuszone pola zbożowe (starałam się iść brzegiem) wydawałam odgłosy jak duże zwierzę. Kierowałam się w stronę szpaleru drzew, który wydawał mi się być drogą (tylko przemknęło mi przez chwilę przez myśl, że szpaler może otaczać jakąś rzeczkę- ale szybko ją odgoniłam). Spotkałam też młodego jelonka, który bryknął w jakieś zarośla, ale potem bacznie z tychże zarośli mnie obserwował...Musiałam stanowić dla niego widok-zagadkę.... W okolicach miejscowości, gdzie przebywałam była kopalnia gazu, wiec sporo było w terenie ujęć (czy nie wiem jak to się nazywa) tego gazu i bardzo często droga, która wyglądała porządnie i zachęcała wręcz do jazdy nią okazywała się drogą wiodącą do takiego ujęcia. Ponieważ w pobliżu tego miejsca, gdzie droga definitywnie się skończyła były tory wąskotorówki, więc założyłam (słusznie, jak się okazało), że tory wcześniej, czy później doprowadzą mnie do jakiejś większej drogi. Co okazało się całkiem słusznym założeniem. Wyglądałam po tych jazdach jak dziecko wojny. Nogi miałam podrapane i poobijane (o kurzu nawet nie wspomnę – bo do nasmarowanych kremem przeciwsłonecznym lepi się jak złoto). Jednak nie miałam żadnych ograniczeń czasowych, więc i na błądzenie i na spotkania z lokalną zwierzyną domową i dziką miałam sporo czasu. Oprócz dzikich ostępów zwiedzałam też rejony bardziej cywilizowane, miałam więc możliwość zwiedzić Kołobrzeg. Tam zachwyciły mnie ścieżki rowerowe- w dużej ilości, wygodne i pięknie oznaczone. Zresztą na ścieżki natknęłam się nie tylko w Kołobrzegu. W okolicach, gdzie rowerowałam był piękny szlak rowerowy, który nazywał się „szlak ku słońcu”. Bardzo dobrze oznaczony, z licznymi tablicami informacyjnymi, punktami widokowo-wypoczynkowymi. Szkoda tylko, ze nie było żadnej mapy, która by miała ten szlak oznaczony. Ale i tak parę razy udało mi się (w trakcie moich wycieczek) na ten szlak trafić. Od dłuższego czasu kołatała mi się po głowie myśl, ze tylną dętkę należałoby wymienić. Wszak rower stał w piwnicy ponad rok, dętka regularnie popuszczała, a ja przecież nie zawsze jeżdżę tam, gdzie mogłabym oczekiwać pomocy. Łatek ani kleju ze sobą nie wożę, bo i tak nie umiałabym zrobić z nich użytku. Okolice Mrzeżyna (bo tam była właśnie moja baza noclegowa i wypadowa) były dosyć dzikie, drogi wybrukowane wszelkimi możliwymi rodzajami kostki, kamienia płyt itp, piaszczysto-kamienistych też nie brakowało, więc dętka z tylnego koła została poddana dosyć ciężkiej próbie. No i doczekałam się. Na szczęście niebo czuwa nad głupcami, więc dętka wzięła i trachła na przystanku autobusowym (jechałam właśnie w kierunku Trzebiatowa, aby stamtąd penetrować kolejne okolice). Sprawdziłam rozkład jazdy: najbliższy autobus miałam za godzinę i czterdzieści minut. Ale po pięciu minutach na horyzoncie pokazało się taxi bagażowe, więc pomachałam dziarsko i , jak się okazało skutecznie. Przygoda z pękniętą dętką zakończyła się pozytywnie i następującym bilansem finansowym: Podróż taxi: 5 zł; zakup dętki w sklepie rowerowym, gdzie zostałam dostarczona przez życzliwego taksówkarza : 8 zł; wymiana popsutej dętki i napompowanie nowej u wulkanizatora : 3 zł. Miałam tez przygodę prawie wojskową. Wybrałam się do miejscowości, która w linii morza jest oddalona od Mrzeżyna o 10 km, ale drogowo jest ponad 20 km. A ja właśnie wracałam do domu i nie miałam ochoty na dodatkowe kilometry. Mapa mówiła, że powinna być krótsza droga przez las, który ciągnął się między tymi dwoma miejscowościami. Problemem było to, ze w tym lesie jest poligon wojskowy, więc tak do końca nie wiedziałam, jak jechać. Leśne dróżki były bardzo przyzwoite, ale ciągle kończyły się tablicami, że wstęp wzbroniony, bo teren wojskowy itd, itd....Przypuszczam, ze krążąc od tabliczki do tabliczki zrobiłam więc niż te 10 km, na szczęście zawsze mogłam wrócić plażą. Ta opcja była jednak ostatecznością, jazda piaszczystym plażowym podłożem mnie nie bawi, aczkolwiek spotkałam wielu cyklistów plażowych. Sama też raz przejechałam się brzegiem morskim, żeby wiedzieć, jak to jest, ale wcale mnie taka trasa nie zachwyciła. Najlepiej było jechać samym brzegiem, w momencie, kiedy woda dopiero co odpłynęła. Tylko ciężko trafić w taki moment, jak się jedzie rowerem. Skończyło się tym, że rower miałam dokładnie spłukany przez fale morskie, a woda morska nie jest najlepszym środkiem konserwującym. Wracając do wątku poligonowego: udało mi się szczęśliwie dojechać do domu i nie naruszyć obszaru zakazanego. Podsumowując: jeżdżenie rowerem po terenach nadmorskich jest o wiele przyjemniejsze niż smażenie się na plaży, aczkolwiek po wyprawach regenerowałam się przez 2 albo 3 godziny wylegując się na plaży.