stingomania
Udało się...nie mnie wprawdzie, ale mojej koleżance wyesemesować zaproszenia na koncert Stinga. Lubię go bardzo od czasów jeszcze policyjnych i bardzo mnie cieszyła możliwość zobaczenia go po raz kolejny (byłam, byłam 4 lata temu na jego koncercie) w wydaniu koncertowym. Umówiłam się z moją koleżanką Dorotką na wspólne przeżycie tegoż wydarzenia artystycznego. Koncepcję miałyśmy nieskomplikowaną. Samochody zostawiamy na Żoliborzu, tramwajem udajemy się na tory konne na Służewcu (miejsce koncertu - to informacja dla niewtajemniczonych), po koncercie docieramy do metra, którym wracamy na Żoliborz. Ruszyłyśmy zgodnie z wcześniejszymi założeniami około 17, tramwajem linii 33. Udało nam się zdobyć nawet jedno wolne miejsce, które później musiało wystarczyć dla nas dwóch. Albowiem okazało się, że tym właśnie tramwajem postanowiło jechać jeszcze wiele wiele osób. Na ulicach było podobnie, tj bardzo tłocznie, więc gratulowałam sobie pomysłu zostawienia autka na Żoliborzu... w Nawet nie przypuszczałam, że tyle może zmieścić się w jednym tramwaju...Łączyła nas chyba nie tyle miłość do Stinga, co, jak się później okazało, chęć wykorzystania darmowych biletów. Jakoś trudno było uwierzyć, że Sting ma aż tak młodych wielbicieli. Pierwszy tłok (w tramwaju) był dopiero przedsmakiem tego, co czekało nas dalej. Szłyśmy sobie od pętli do bramy Służewca w zbitej masie ludzi. Gdzieś po drodze były stoiska z tzw. smarem, mydłem i powidłem tudzież z rozmaitymi świecącymi gadżetami. Niesione ludzkim tłumem zwolniłyśmy nieco i okazało się, że to już bramki wejściowe. Tłok się zintensyfikował. Nie było to dobre zjawisko, bo zarówno Dorotka jak i ja tłumów organicznie nie znosimy. Ale przecież szłyśmy na KONCERT! To jak miało być?????
Potem było troszkę lepiej, w sensie, że luźniej, szłyśmy kierując się w stronę dźwięków wydawanych przez Makowieckiego, aż doszłyśmy w dalekie rejony odscenowe. Nie było sensu dopychać się bliżej...w końcu było tam jakieś 150 tysięcy ludzi.
Zajęłyśmy strategiczną pozycję w pobliżu aparatury jakiejś (chyba dźwiękowej), ogrodzonej płotkiem, okolice płotka wyłożone były płytami paździerzowymi, co, jak się okazało później, było bardzo komfortowym siedziskiem. W pobliżu też rozdawali wodę, więc przyszłość rysowała się interesująco. Miałyśmy też widok na telebim i w baaaardzo dalekiej perspektywie scenę. Jedyną niedogodnością były tłumy ludzi łażących w te i nazad....Ale ludzie czasem tak mają. Między Makowieckim i Kayah okupowałyśmy płyty paździerzowe opierając się plecami o płotek i uprawiałyśmy nasze ulubione plociu-plociu. Mamy ostatnio niewiele czasu dla siebie, więc okazja ku temu była wymarzona. Przy występach Kayah zrobiłyśmy sobie trochę przestrzeni (no ludzie, którzy chodzili w te i nazad zaczęli utykać to tu to tam, a czasem tuż przed nami). Ale wygibasy i podskoki, tudzież energiczne operowanie łokciami w tanecznych pas zrobiły nam troszkę miejsca wokół nas. Sting wystartował punktualnie o 21. I nie będę nic o nim pisała, bo wiadomo, że Sting to Sting...Wiecznie młody, w świetnej formie i z cudownym repertuarem. Ale jakoś mi się kłócił charakter jego twórczości z masówką, jaką był ten koncert. Stałyśmy tuż przy głośnikach, więc nie narzekałyśmy na kiepskie nagłośnienie (były miejsca, gdzie Stinga nie było słychać). Telebim można było widzieć po wspięciu się na palce, zresztą chyba nie było warto, bo synchronizacja obrazu z dźwiękiem była mocno rozjechana. Dwa razy przejechały prawie po nas karetki i tłumy przewalały się bezustannie. Bawiły nas obserwacje ludzi, którzy często przemieszczali się systemem :”domowe przedszkole” czyli trzymając się za ręce... Pozwoliłam sobie więc odśpiewać motyw domowego przedszkola jako podkład do tego, co się działo tuż przed naszymi nosami.
Wycofałyśmy się przed bisami, bo wyobraźnia podpowiadała nam, że możemy mieć solidne problemy z przedostaniem się do domu. Poprułyśmy Puławską...najpierw pod prąd, potem z...jako, że zamknięta została dla ruchu kołowego...Potem maszerowałyśmy dzielnie aż do stacji Wilanowska, potem nas bolały nogi...od tańczenia i maszerowania, potem zeszłyśmy do metra, gdzie były nieprzeliczone tłumy chętnych na przemieszczenie się metrem...Więc pojechałyśmy w odwrotną stronę niż tłumy...żeby móc usadzić nasze zmęczone tyłki....Potem jechałyśmy do końca i od końca metra...tak btw stanowiłyśmy najstarszą grupę wiekową...potem dojechałyśmy do Żoliborza, potem doszłyśmy do samochodów....i już...
No i podsumowanie: warto było się kotłować z tłumami, żeby usłyszeć Roxane...uwielbiam ten kawałek...






