czarodziejka i ....

czwartek, grudnia 28, 2006

ja kocham Święta, choć są tylko raz do roku....

Święta święta i po świętach...Jak zwykle zresztą. Ale zanim zapomnę, to coś ku pamięci zostawię, bo te Święta (zresztą jak i każde inne) przeleciały kurcagalopkiem...jak ten reniferek z TVNu (świąteczny przerywnik, ale mój ulubiony)- juhuuuu .... i już go nie ma :-) Święta jak zwykle przebiegały nietypowo...To już taka rodzinna tradycja. Uczciwie muszę przyznać, że miałam potężne wsparcie w postaci Młodych..Najpierw młody Młody, a potem stary Młody dzielnie mnie wspierali w przygotowaniach. I właśnie z młodym Młodym zanabylismy niedużą choineczkę w doniczce. Choinki sprzedawała sucha i mała babina, więc z pewną taką nieśmiałością poprosiłam o zapakowanie choineczki w coś tam (no taka siata do oplotu choinek....się wpuszcza choinkę w taką tubę i wychodzi spętana jak szynka wielkanocna). Z nieśmiałością, bo babina sprawiała mizerne wrażenie. Ale jak to pozory mylą! Kobiecinka wprawnym gestem chwyciła choinkę za czubek, pociagnęła ją za sobą w kierunku tuby i bez najmniejszego wysiłku opakowała ją w siatę. Z powodu braku innego miejsca choinka jechała z przodu, na miejscu pasażera, Młody więc musiał uplasować się z tyłu. Stratę poniosłam tym razem niewielką, albowiem gdyż przy tych manewrach tylko jedno jajko uległo uszkodzeniu (dało sie go przerobic na jajecznicę dnia nastepnego) ...więc chyba powinnam napisać, że strat nie było. Choinka przy pomocy rąk Młodego szukała swojego miejsca w pokoju i kiedy je już znalazła wydawać by się mogło, że szczęśliwie pozostanie w tymże miejscu do 3 Króli. Ale gdzież tam. Nawet sama nie wiedziałam, że babina handlowała podstepnymi choinkami. Ta moja postanowiła mnie udusić....Odkryłam to późnym wieczorem, kiedy to duszności nie pozwalały mi usnąć. Przeniosłam się więc do innego pokoju i moja teza o wrednocie choinki została potwierdzona. W związku z powyższym, nastepnego dnia oddaliłam się z domu prosząc Młodego o zabranie tej duszącej sztuki w mozliwie jak najkrótszym terminie. Za późno było niestety na poszukiwanie jakiejś mniej wrednej, a więc raczej sztucznej choinki. Więc rolę choinki odegrała znakomicie kocia rodzina. Oraz inne elementy swiatecznej instalacji, której współautorką była Wisienka, która odwiedziła mnie w wigilijny dzionek. Tak sobie spokojnie plotkowałysmy o tym i owym...a ja w tym czasie dogladałam 10 kg (prawie) kapusty z grzybami.A grzyby przyjechały aż z Zielonej Góry. Ale pozostało już po nich tylko wspomnienie :-). Dziekujemy Ci Juli. A kapusta z grzybami to ulubione danie Młodych i już dawno zrezygnowalismy z bigosu na rzecz owej kapusty. Dogladałam jeszcze maku....A czasu miałam sporo, bo Młodzież znowu zaczynała wigilię u exa. No i znów przyszli do mnie nie dość, że późno, to jeszcze najedzeni. W przyszłym roku ja bedę pierwsza :-) Ale w ramach rekompensaty spakowałam Młodzieży (tej starszej) wszystko, co mi zostało. Więc nic się nie zmarnowało. Część oczywiście zaległa w żołądkach. Moim też oczywiście. I powtórzę tu za moja ulubioną Dorotką...Jak to dobrze, że są dresy, czyli spodnie na gumkę. I było spokojnie i leniwie i nagle okazało się, że już po Świętach.

środa, grudnia 20, 2006

o tym, jak przestałam być właścicielką ciężarówki...

Nagle, znienacka...gdzieś tak po czterech latach przestałam być właścicielką (albo leasingobiorcą - cokolwiek to oznacza) ciężarówki. Ciężarówki, bo dawno dawno temu, przez wstawienie kratki z tyłu samochodu można było ówże samochód przerobić łatwiutko z osobówki w ciężarówkę....No i wtedy, dla jednoosobowego przedsiębiorcy, jakim byłam od lat paru, oszczędności z tytułu uciężarowienia osobówki sięgały jakichś 22% wartości samochodu....Ale znowu się niepotrzebnie skłaniam ku dygresjom... Oczywiście nie po raz pierwszy okazuję się być gapą do kwadratu...albo nawet do sześcianu, jeśli chodzi o sprawy techniczne, urzędowe i tego typu...Samochód wyleasingowałam sobie 4 lata temu, równo w wigilię Bożego Narodzenia. Więc tak mi jakoś w głowie utkwiło, że właścicielką jedyną i samorządną mojego autka zostanę w okolicach 23 grudnia. Postanowiłam więc odnowić stosunki (excusez le mot) z panem od ubezpieczeń. No bo skoro już ma być mój ten pojazd to i ubezpieczyć go należy. Abstrahuję od tego, że kwota jaką mi podał, wbiła mnie w ziemię...Gorsze było to, że uświadomił mi, że od momentu, kiedy dostałam fakturę za ostatnią ratę (sprawdziłam...a jakże!) czyli od 15 grudnia roku aktualnie nam sie kończącego, nie mam ŻADNEGO ubezpieczenia...Dobrze, że żyłam w błogiej nieświadomości....ale od wczoraj strach ściskał moje członki...zwłaszcza, ze pogoda mokra i wypadkogenna bardzo dziś nastała. Żeby nie trzymać nikogo w niepotrzebnym napięciu powiem, że po raz kolejny zadziałało szczęście głupiego (no wiecie, głupi ma zawsze szczęście). Udało mi się przerejestrować i ubezpieczyć moje cudko. Jeszcze tylko jestem umówiona na odciężarowienie (na piątek) i bedę mogła mówić o szczęśliwym zakończeniu tej całej historii. Nie wspomnę o tym, że przy próbie wyjęcia tablic rejestracyjnych : z przodu - zbryzgałam sobie twarz rzadkim błotkiem , a z tyłu – zdemontowałam wiecej niż należało (i to bezpowrotnie), ale jak na koszt poniesiony na skutek mojego gapiostwa, to naprawdę niewiele...Ku mojej radości udało sie zachować stare numery rejestracyjne, więc zupełnie spokojnie mogę potwierdzić, że po raz kolejny udało mi się wyjść obronną ręką z mojej niefrasobliwości zyciowej. Mój Anioł Stróż to ma rece pełne roboty....ale mam nadzieję, że cieszę się jego specjalnymi względami ...no z powodu koneksji anielskich i wielkiej przyjaźni z rodzinką Anielską :-) No i tu następne skojarzenie: muzyka i śpiewy...niekoniecznie anielskie. Ostatnio byłam zaproszona na koncert polskiego chóru gospel. No jak gospel, to wiadomo, że związek z kościołem musi być.Nie ma przeproś. Wprawdzie to kosciół Zielonoświątkowców, ale zawsze. Już po raz drugi mam okazję widzieć na żywo ten chór w akcji i bardzo dumna jestem z tego, że śpiewa tam moja koleżanka. No nawet niech sobie chwalą Pana, skoro robią to tak dynamicznie i radośnie, to jestem ich gorącą fanką. Tym razem było sporo kolęd i zachęta do wspólnego śpiewania. Mnie tam długo nie trzeba namawiać, śpiewałam i gibałam się równo z chórem. Tyle tylko, że w samym środku koncertu wyszedł na scenę ichniejszy pastor i zaczął przemawiać. Tak samo jak i inni jemu podobni pasterze trzódki. Nie przepadam za takimi wystąpieniami...żeby jeszcze śpiewał albo się gibał, ale nie...przemawiał i upajał się własnym głosem (wierzących i przeżywajacych czytaczy bloga bardzo przepraszam, nie mam zamiaru obrażać ich uczuć religijnych, niezależnie od wyznania). Moja koleżanka forumka zaczęła przydrzemywać, a ja wpadłam w nastrój , który dosyć często zdarza mi się w sytuacjach, kiedy należy zachować powagę... Przypomniały mi się wszystkie imprezy podlewane alkoholem i kulminacje owych imprez, kiedy wyciagało się jakąś ofiarę (najbardziej omroczoną procentami) na środek i skandowało się zbiorcze życzenie « zdej-mij maj-tki » po wielokroć, w nadziei, że omroczenie wybranego delikwenta osiagnęło taki stopień, że życzenie publicznosci nie zostanie zrealizowane ....Wstyd się przyznać, ale skandowanie owo dosyć mocno utkwiło mi w pamięci. Na szczęście udało mi się nie wyartykułowac go na głos. I pastor spokojnie dowyprzemawiał się do końca. Z nowości-starości pragnę poinfomować, że wróciłam do mojego basenowego aqua aerobiku. Nadal jest śmiesznie, bo do wyposażenia ćwiczących oprócz pasa przepuklinowo-wypornościowego i makaroników do ujeżdżania, dołączono rękawiczki - żabie łapki...Szkoda, że Państwo tego nie widzą...:-)

poniedziałek, grudnia 18, 2006

migawki z podróży

tędy i owędy...

Cały czas miałam nadzieję, że jak juz sobie postawiam wszystko w nowej pracy, to będę miała więcej czasu....a tu chała! Ciągle brak mi czasu, a do komputera nie chce mi się zaglądać ( w celach innych niż pracowe). Ale ponieważ spotkałam ostatnio KatMajkę, która zarzuciła mi lenistwo (w zakresie blogopisania), no może nie lenistwo, ale wyrzut taki miała w oku, no i powiedziała mi, że ona zagląda regularnie do mojego bloga, a tam ciągle ciotki...i 1 listopada. No to mi głupio i nadrabiam. Najpierw może streszczenie ostatnich wydarzeń. Nowa praca absorbująca bardzo i wysyłająca do Francji. I bardzo dobrze, acz trasa wyjazdowa przedziwna bardzo. Jakoś juz tak się zwyczajowo utarło, że się lata do Francji przez Kraków i Frankfurt. Może to i tanio ale i męcząco bardzo. Dużo czasu spędzamy w podróżach: pociągowych i samochodowych. Nocujemy w tanich hotelach (rozumiem francuskiego pracodawcę- zazwyczaj jest nas co najmniej czworo, w porywach do 6 osób- a hotele drogie). Nocujemy zazwyczaj w hotelach marki Etap Hotel. Pokoje w tychże hotelach zwane są przeze mnie (a nazwa się przyjęła i u moich francuskich kolegów) kurnikami z powodu górnego łóżka uplasowanego w charakterze grzędy nad podwójnym łożem na dole. Prysznic i wc typu batyskaf (czyli całkowicie i jednoelementowo z plastiku) a umywalka w narożniku pokoju/kurnika. Miejsca tyle, co kot napłakał, a pilot do telewizora stanowi ekspozycję stałą ze ścianką dzielącą podwójne łoże od umywalki (proszę się przyjrzeć - widoczny po lewej stronie zdjęcia). Ale nie marudzę...bo czasem mamy bardzo mało czasu na sen...na jedzenie też niewiele, zwłaszcza, że hotelowe śniadania (zwane petit dejeuner- małe śniadanko) są naprawdę bardzo małe. Ale za to wrażeń sporo no i jest szansa zwiedzić niezły kawałek Francji. Do tej pory byliśmy nad morzem, w Alpach, w Grenoble, Lyonie, Metzu i innych miejscach, których nazw już nawet nie pamiętam. Ostatnia podróż (tym razem zaledwie trzydniowa) przyniosła pewne zmiany. Zazwyczaj przed podróżą dostajemy wytyczne drogą mailową: rezerwację lotów, hoteli, trasy przejazdów itd. Tym razem dostaliśmy informację, że na lotnisku we Frankfurcie mamy sobie wypożyczyć furgonik (byliśmy w 6 osób) i furgonikiem ma powozić niejaka Anna. Bardzo mnie to zastanowiło, bo znam już cały personel naszego biura we Francji i wiem, że żadna Anna tam nie pracuje. Trochę potrwało, zanim dotarło do mnie, że ta Anna to ja. Na szczęście dla mnie znalazł się zmiennik, który mnie wsparł dosyć intensywnie w powożeniu tym pojazdem. Który to pojazd typu mercedes ma hamulec ręczny wciskany nogą, a w dodatku w miejscu, gdzie się go zupełnie nie spodziewałam...Ma tez 6 biegów, co też mnie zadziwiło...człowiek całe życie się uczy i jeszcze podobno głupi umiera. Udało nam się zrobić gdzieś tak około 1.000 km tym srebrnym cudeńkiem. Przez dwa dni. I powiem tylko tyle, że bardzo trzeba pilnować drogi, bo ciężko jest zawrócić jak się źle pojedzie. No to tyle o podróżach. No może jeszcze dodam, że dane mi było skosztować zupy z małży i przystawki z żabich udek no i było pysznie :-) Jednak do syfudów (czyli owoców morza) nie dałam się przekonać. Poza tym powiem tylko tyle, że cholernie drogo w tej Francji. Wbrew oficjalnemu przelicznikowi 1€ = 3, 8 PLN, w większości można sobie spokojnie przeliczać jeden do jednego, więc może nie śpieszmy się tak do wprowadzenia tej waluty w Polsce.... Za to w Polsce...mogłam poczuć się jak w Polsce :-) Zadzwoniłam z Dworca Wschodniego (bo bliżej do mnie i korki zdecydowanie mniejsze) po taksówkę i się okazało, że nie ma chętnych...No to wzięłam i pojechałam autobusem. W piątek późnym popołudniem nie ma żadnej różnicy (jeśli chodzi o czas) w jeździe autobusem i samochodem:-) Ostatnio tez miałam bliskie spotkanie z naszą kochaną policją. Jechałam sobie mostem Gdańskim, jak zwykle w sznurku innych samochodów. A na pasie obok jechał samochód policyjny. Który zaczał coś do mnie mówić ludzkim głosem. No to się obmacałam, czy pas mam zapięty, a potem, czy światła mam włączone...Ale samochód ciągle mówił. No to otworzyłam okno, żeby się dowiedzieć, ze na moście prędkość dozwolona wynosi 50 km/h. Ja to wiem.....chyba, ale dlaczego ja zostałam wyróżniona tym przesłaniem, do dziś nie wiem:-) A teraz można sobie zanucić pod nosem...że coraz bliżej święta...tylko śniegu brak. Ale za to lodowisko otworzyli, to chyba będę miała o czym napisać w najbliższym czasie.