czarodziejka i ....

wtorek, kwietnia 25, 2006

działka

A o działce będzie wkrótce...A zdjęcie wkleiłam, żeby sprawdzić czy się da..Się da, więc pewnie w najbliższym czasie zilustruję zdjęciowo to i owo...a zwłaszcza owo....

wtorek, kwietnia 11, 2006

Narty

No to zgodnie z obietnicą o nartach... Nie będę pisać o tym, ze przed wyjazdem do ostatniego dnia pracowałam po 12 godzin....ale warto napisać, że ex pomógł w przygotowaniach przedwyjazdowych za co cześć mu i chwała Piątek- dzień pierwszy Jak zwykle spotykamy sie na placu Bankowym, jak zwykle wyjazd się opóźnia...tym razem przez kogoś, kto zapomniał paszportu...Jedziemy przez Szwajcarię, więc bez paszportunie da rady. Młody zapomniał kremu z filtrem, który mu ex specjalnie na ten wyjazd zakupił. Ja mam krem, będzie dobrze. Motywem przewodnim podróży jest wódka żołądkowa gorzka, którą częstuje na prawo i na lewo Edward, który siedzi tuż za nami. Poszło 8 butelek. Sobota – dzień drugi Żołądkowa gorzka po powoli się kończy. Edward coś smutny...Nie piję przed 13. Nad podziw szybko jesteśmy w Szwajcarii. Docieramy do Val Thorens. Po 26 godzinach podróży (to naprawdę rekord czasu podróży w Alpy). Trochę się z młodym Młodym martwimy, bo nasi współspacze nie skontaktowali się z nami przed wyjazdem. Nie znamy i ich i przez skórę czujemy kłopoty. Mamy pokój 4-osobowy z dwoma łóżkami za zasuwanymi drzwiami. Zajmujemy te łóżka. W pierwotnych zamierzeniach ekipa samolotowa miała być wcześniej niż my. Ale przelecieliśmy przez Europę jak burza i byliśmy pierwsi. Nasi współspacze lecieli samolotem. Ale w końcu dolecieli. I wtargnęli do pokoju z pytaniem „gdzie jest ten osobny pokój dla nas?”. Nie podjęliśmy dyskusji z Młodym. Współspacze rozlokowali się we wszystkich możliwych miejscach. Nie mają zamiłowania do porządku. Niedziela- dzień trzeci Pierwszy dzień nartowania. Pogoda- kryształ. Zgarnęliśmy rzeczy współspaczy na ich połowę stołu i zjedliśmy śniadanie. Wręczyłam Młodemu krem, bo słońce było w pełnym rozkwicie. Znowu wzięłam lekcje u instruktora, który specjalnie w tym celu z nami przyjechał. Tradycyjnie też pomyliłam godzinę lekcji i przepadła mi. Młody posmarował twarz, ale jak się okazało niedokładnie. Nos, część policzków i obszar miedzy wargą a nosem potraktował po macoszemu. Widać wyraźnie działanie filtra. Na pozostałej części twarzy. Współspacze milcząco nie przykładają się do porządku. Nasz organizator spróbuje im załatwić z rana jakiś inny pokój. Wciąga ich na swoja czarną listę. Może denerwuje go ich brak zamiłowania do porządku? Jutro będzie fondue. Wjeżdżamy ostatnim wyciągiem, zjeżdżamy do knajpy, spożywamy fondue i dodatki (w tym czerwone wino) i w blasku pochodni zjeżdżamy na nartach do Val Thorens. Wino i zjazd na nartach po ciemku mogą stwarzać pewne trudności. Rok temu taka trasę pokonałam pługiem. Ale dojechałam bezpiecznie. Zobaczymy jak będzie w tym roku. Poniedziałek – dzień czwarty Pogoda jakby troszkę gorsza. Ale słońce jeszcze widać. Obszary twarzy Młodego potraktowane po macoszemu przybrały odcień purpury.... będą kłopoty. Współspacze nie wyrażają zainteresowania losem załatwiania pokoju dla nich. Twierdzą, że szkoda czasu i wolą pojeździć na nartach. Po moim wyjściu i dotarciu na stok zmieniają zdanie. Chcą się wyprowadzić (z nami!!!!) do oddzielnego, 6-osobowego apartamentu z dwoma osobnymi pokojami (jakaś mania z tymi osobnymi pokojami!). Zasypują mnie w tej sprawie smsami. Zaplanowali przeprowadzkę przed wyjazdem na fondue. Nigdzie sie z nimi nie wyprowadzę. Drażni mnie ich brak zamiłowania do porządku i brak umiejętności komunikacji. Oni jeszcze o tym nie wiedzą. Że się nie przeprowadzę. Mieszkamy na przeciwko Edwarda zwanego przez wszystkich wużetgie (wódka żołądkowa gorzka), Mariana, Wandy i Bożenki i spędzamy razem czas. Z Wandą zjeżdżam na nartach (też się jeszcze uczy), a z chłopakami Młody gra w karty.. Edward jest osobowością. Wziął ze sobą 3 kurtki, ale tylko jedną parę spodni. Po ich zabrudzeniu do lokalnego klubu wybrał się w spodniach narciarskich. Miał problemy z wejściem. Byłoby mu łatwiej w brudnych spodniach chyba niż w narciarskich :-) Musiałam jednak kiedyś wrócić do pokoju, gdzie współspacze czekają jak dwie harpie. Przedstawiam im swoja decyzję. Próbują nakłonić nas jeszcze do zamiany się miejscami do spania, jako argument podając fakt, że są małżeństwem. Argument mnie nie przekonuje. Jedziemy na fondue. Jest jak zwykle, czyli sporo sera w postaci płynnej, wina, tańców i takich tam. W drodze powrotnej Młody załapuje się na pochodnię. Staram się jechać śladem tej pochodni, czy może jakiejś innej, ale problem w tym, ze pochodnie dzierżą ci, którzy najlepiej jeżdżą na nartach. I szybko oddalają się od grupy. Trafiłam na ślad ratraka zakładając, ze dowiedzie mnie do Val Thorens. Moje przypuszczenia okazują się słuszne i juz wkrótce mogę kierować się światłami miasteczka. Docieramy z Młodym bezpiecznie, o dziwo nawet w niewielkim odstępie czasowym. Wtorek – dzień piąty Pada śnieg. Szykuję gogle. W trakcie jazdy okazuje sie, że gogle przestają działać. Czas chyba kupić nowe, co nie zmienia faktu, ze zjeżdżam po omacku. Cholera. Poprawiam sobie nastrój grzanym winem w knajpie. Podejmuję decyzje o powrocie do domu. O 14 wychodzi słońce. Biorę okulary przeciwsłoneczne i wracam na stok. I po co? Skoro juz byłam bezpiecznie w domu? Po to, żeby nagły atak burzy śnieżnej dopadł mnie na stoku. W moich okularach przeciwsłonecznych. Tracę orientację gdzie jadę. Na szczęście siła przyciągania ziemskiego kieruje mnie w dół, a nie w górę stoku. Staram się nie tracić z oczu kijków wyznaczających trasę. Tracę. Kurde, nie jadę dalej. Siadam na nartach i postanawiam poczekać, aż będzie coś widać. Śnieżyca się nasila. Na szczęście nie jestem sama. Jakiś narciarz pyta mnie, czy wszystko w porządku, więc potwierdzam i podejmuję mozolną drogę w dół. Docieram do domu. Nieład w pełnym rozkwicie. Więc podejmuję decyzję, żeby oddać współspaczom ten ich wymarzony osobny (hehehe- za tymi drzwiami i tak wszystko słychać!) pokój mając nadzieję, że zabiorą ze sobą swój nieład. I skrzyneczkę metalową skrzętnie zamykana na kłódkę. Znani jesteśmy Młodym z tego, że obrabiamy swoich współspaczy. Propozycja zostaje przyjęta z trudno skrywaną radością. Przeprowadzka odbywa sie z prędkością światła. Może boją się, ze się rozmyślimy? Myślę nad jutrzejszą pogodą. Zawsze w czasie takich pobytów trafia się jeden dzień o warunkach bardzo trudnych do zjeżdżania. Mam nadzieję, że ten dzień jest już za nami. Środa – dzień szósty Pada śnieg. Kurcze no...No ale przyjechałam na narty, więc głupi śnieg nie będzie mnie trzymał w domu. Młodego purpurowe obszary twarzy zaczynają podchodzić bąblami...Nie jest dobrze. Zaczynam przyzwyczajać się do jazdy w padającym śniegu. Jednak śnieg przechodzi pod koniec dnia w deszcz. W deszczu jeździć nie będę. Nasi współspacze dokupili sobie karnety na sąsiednią dolinę. Trochę bez sensu, bo obszar ten położony jest niżej. Więc u nas śnieg, a tam deszcz. Wyrażam im swoje fałszywe współczucie. Tak jak przypuszczałam brak zamiłowania do porządku przenieśli do swojej kanciapy. Narzekają na smród z kanalizacji, ale uparcie sedesu nie zamykają. Ja i tak nie mam węchu. Mamy z Młodym do dyspozycji salon(w którym śpimy), kuchnię, dostęp do łazienki i ubikacji. Jutro musi być pogoda. Dwa dni niepogody na 6 dni jeżdżenia wystarczą. Czwartek- dzień siódmy Pada śnieg. O tej porze roku takie zjawisko jest nieznane nawet najstarszym góralom alpejskim. Z uporem maniaka ruszam na narty. Jest pretekst, żeby wpadać na grzane wino do szaletu. No tak, tam wszystkie schroniska nazywają się Chalet (wymawiaj szale- z akcentem na ostatnią sylabę). Młody dostał od kogoś maść na oparzenia. Trudno stwierdzić, co to za specyfik, bo to chińska maść...a może wietnamska? Jazda w śniegu jest bardzo męcząca. Padamy wieczorem jak ścięci. Młody ma jeszcze siły, żeby chodzić do sąsiadów na karty, albo i inne rozrywki. Mnie sie nie chce. Jednakowoż Bożenka i Wanda namawiają mnie na wypad do lokalnego klubu. Z powodu braku jakichkolwiek znajomych w klubie nasz pobyt tam ogranicza sie do 1 godziny : od 23 do 24. Moje nocne życie jest chyba nieudane. Piątek – dzień ósmy Pada śnieg. Ja uparcie ruszam na narty. Tym razem z Młodym. Do tej pory jeździliśmy osobno, bo on jednak jeździ dużo lepiej niż ja. Coś się zmieniło. Siedzenia na wyciągu są oblodzone. Zimno mi w tyłek. Chyba wrócę sie przebrać. Nie wiadomo dlaczego Młodego oblewa jakiś smar z wyciągu. Takie rzeczy trafiają sie zawsze jemu. W związku z całonocnymi opadami śniegu trasy są nie zratrakowane. Trochę niedobrze, ale w pewnym momencie trafiamy na stok zupełnie dziewiczy. W perspektywie widać skrawek błękitnego nieba. Jest szansa na słońce. Zjeżdżamy jako pierwsi tym stokiem i zabawę mamy przednią. Robi się coraz słoneczniej i cieplej. Nie idę się przebrać. Wreszcie zjeżdżamy w maksymalnie dobrych warunkach. Na koniec dnia planujemy zakopywanie w śniegu naszego organizatora zwanego Czakiem Norisem. To ta postura i te wszechstronne uzdolnienia sportowe. Czak ma wypróbować swoje urządzenie do oddychania w razie zasypania przez lawinę. Umawiamy sie przy szalecie od fondue. W międzyczasie okazuje się, że Edward otrzymał nową ksywę. Zamiast wużetgie, nazwany został teżewe (jak szybka kolej francuska) – bardzo prostego powodu. Edward uwielbia zjeżdżać na tzw krechę, nie uwzględnia żadnych zakrętów. Wygląda imponująco, kiedy tak mknie niczym wiatr w swoim błyszczącym kasku, którego nigdy nie zapina. Czak nie zdąża na ostatni wyciąg, ale jak to Czak rusza do nas w butach narciarskich i z nartami na ramieniu na piechotę pod górę. Dostaje owacje. Następnie zakopujemy go pod śniegiem. Sprzęt działa. Czak uchodzi żywcem z tego doświadczenia. Tak kończy się nasz ostatni dzień nartowania. Przed nami powrót do Polski. Sobota – dzień dziewiąty Pada śnieg. Obserwujemy to zjawisko z dziką satysfakcja. Po co ma być słońce, skoro wyjeżdżamy? Pakujemy sie do autokaru i ruszamy w drogę powrotną. Po drodze zahaczamy o Geanta w Albertville, żeby jakieś zakupy porobić. Mimo prośby organizatora, żeby nie kupować serów, a przynajmniej nie wieźć ich w autobusie, sporo osób te sery kupuje. I wiezie je przy sobie. Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja sie do smrodu. My tych serów nie czujemy. Noc upływa nam na błyskawicznym pokonaniu autostrad niemieckich. O świcie jesteśmy w Polsce. Ale to juz następny dzień. Niedziela – dzień dziesiąty Noc spędzona w pozycji siedzącej nie jest komfortem, ale w końcu nie o to chodziło. Młody spał na podłodze i dobrze, bo jego gabaryty przekraczają znacznie przeciętną. Śniadanie jedliśmy jakieś 220 km od Warszawy. Powrót do autokaru był traumatycznym przeżyciem. Przez noc sporo serów dojrzało. Smród objawił się w pełnym rozkwicie. Po jakichś 20 km przywykliśmy. Bez przeszkód powróciliśmy do Warszawy. Maść na twarzy Młodego zadziałała cuda, aczkolwiek konsekwencji nierównego posmarowania twarzy nie dało się ukryć. Ale ogólnie było bardzo fajnie. Za rok też pojedziemy.

po miesiącu prawie....

Dawno tu nie zaglądałam, ale po prostu brakuje mi czasu. No może to i głupie tłumaczenie, ale jeśli czas pracy wydłuża się czasem do 10 godzin, jeśli codzienne obowiązki nadal wymagają mojego działania, to dzień kończy mi się zazwyczaj niekontrolowanym przejściem w fazę snu...To gdzie tu czas na bloga? A jednak organizm mi sie zbuntował i usadził mnie na amen w łóżku. Dziś kolejny, szósty juz dzień buntu tegoż organizmu i powiem tylko tyle, ze wrogowi nie życzę tych doznań, które mam juz za sobą (taka mam nadzieję). Ale musze się pochwalić, że ja, jak choruję, to nie na byle co. Komplecik sobie wyhodowałam. Najpierw miałam coś, co wyglądało na 72 godzinną wirusówkę, a potem sobie przeszło w zapalenie oskrzeli. No ale faktem jest, że w przerwach między cierpieniami chorobowymi miałam czas, żeby przemyśleć sobie to i owo, a zwłaszcza owo. Więc przypomniało mi się, że mam zaległości w blogopisaniu i kiedy tylko gorączka wypuściła mnie z łóżka postanowiłam te zaległości nadgonić. Po pierwsze pojechałam sobie na taki zjazd branżowy do Wierchomli (która leży tuż za Piwniczną) i miałam nadzieje, że będzie to troszkę pobyt sentymentalny (sentymentalny ze względu na Smreka i Piwniczną, która występowała juz w tym blogu co najmniej parę razy), co zrealizowało się w sposób błyskawiczny i nieprzewidywalny. Nasz zjazd odbywał sie nowo wybudowanym hotelu w Wierchomli. Kontrast ogromny, zwłaszcza nocą, bo jedzie się tam przez wioskę..tylko ciemność i góry i nagle pojawia sie imponujący, rzęsiście oświetlony budynek. Owszem w stylu góralskim i ładnie wkomponowany w otoczenie, ale standardem daleko odbiegający od pozostałych zabudowań. Wchodzę więc do tego budynku i kogo widzę na recepcji? Moją ulubioną recepcjonistkę ze Smreka. I już poczułam się mniej oficjalnie, a bardziej sentymentalnie...Ale nie był to koniec niespodzianek, bo vis a vis recepcji jest bar, którym zarządza moja ulubiona barmanka, także ze Smreka. Właściciel Smreka, nie wiedzieć czemu, pozbył się wszystkich ludzi, dla których tak naprawdę się tam przyjeżdżało. Szczęściem dla nich pojawiło się miejsce, gdzie wykwalifikowany personel przyjęto z pocałowaniem w rękę. Ponieważ Wierchomla to centrum narciarskie, to obiecałam sobie, że po zajęciach troszkę sobie pozjeżdżam na nartach, żeby się rozkręcić przed wyjazdem w Alpy. Ale moje plany pokrzyżował padający śnieg, a ja nie przewidując go, gogli ze sobą nie zabrałam. Za to następnego dnia rano było już pięknie i miałam aż półtorej godziny do dyspozycji, który to czas skrzętnie wykorzystałam zjeżdżając dokładnie dwa razy. Przy okazji zadziwiłam pana w wypożyczalni, pożyczając sprzęt na godzinę i panią w kasie żądając skipassa na godzinę (i tak musiałam wziąć 4 godziny- opcja godzinna nie była przewidziana). Samo spotkanie branżowe też było ciekawe, albowiem dyskutowaliśmy nad projektem kodeksu etyki naszego zawodu i mam nadzieję, że kodeks ten wejdzie w życie. Zjazd skończył sie w piątek i oczywistym było, ze odwiedzę Tatkę i jego laskę Kasię w Katowicach. W sobotę pociągiem dojechali Młodzi i znowu była okazja do międzyrodzinnego spotkania z rodziną Kasi czyli Ludwikiem i Karolcią. Kasia po raz kolejny dała popis kulinarny i jeszcze przygotowała nam pakieciki na drogę. A z nowości...no cóż...pojawił się kolejny członek rodziny – suczka Koda. No nie u Tatki i Kasi, ale w domu rodzinny Karolci i Ludwisia, a to w następstwie podstępu Marty ich córki, która korzystając z nieobecności rodziców sunię przywiozła i w domu zainstalowała, licząc na to, że jak rodzice Kodę zobaczą, to pokochają od pierwszego wejrzenia i nie wyrzucą na bruk. Tak też się stało, aczkolwiek początki nie są łatwe. Koda, mimo stałego nadzoru, zostawia pewne niespodzianki tu i ówdzie....no i całe szczęście, ze Karolcia w taka niespodziankę jeszcze nie wdepnęła.... Reasumując: wizyta, acz krótka, była bardzo udana, było wesoło, rodzinnie i sympatycznie (o doznaniach kulinarnych juz pisałam). Ale wszystko co dobre, to się szybko kończy i trzeba było wrócić do codzienności..Ale nie był to najgorszy powrót, albowiem w perspektywie miałam wyjazd na narty, ale o tym w następnym kawałku:-)