obrazki z podróży oraz inne okoliczności przyrody...
w drodze z Węgier do Polski...jeszcze Węgry
nadal ta sama droga i ciągle Węgry
stare miasto w Szekesfehervar
jak wyżej
lot Budapeszt Warszawa
Etykiety: pamiętnik
w drodze z Węgier do Polski...jeszcze Węgry
nadal ta sama droga i ciągle Węgry
stare miasto w Szekesfehervar
jak wyżej
lot Budapeszt Warszawa
Etykiety: pamiętnik
Czas teraz napisać o podróżowaniu. Trochę tego było, zwłaszcza w maju…kiedy to ruszyłam w podróże 7-go, a skończyłam jakoś tak z końcem maja. Wprawdzie wracałam na weekendy do domu, ale generalnie ten czas zapamiętałam jako nieustającą podróż. Byłam już po raz 3 w Szekesfehervar/Węgry (hihihi- czytaj Sejkeszfehervar- uczyłam się poprawnej wymowy przez miesiąc w międzyczasie używając roboczo Szekes), czas jakiś spędziłam w Gliwicach, 2 dni w Tomiszoarze (Rumunia), no a Kętrzyna i Kwidzyna nawet nie liczę. Chociaż Kętrzyn był bardzo charakterystyczny ze względu na przygodę, która przytrafiła mi się tam 13-go czerwca. Otóż jechałam sobie właśnie z Kętrzyna do Kwidzyna…No nie, muszę troszeczkę cofnąć się w czasie. Otóż jechałam sobie kiedy indziej i gdzie indziej, a konkretnie do apteki. I zaparkowałam na za wysokim chyba chodniku, bo jak z niego zjeżdżałam (tyłem zjeżdżałam) to coś mi chrupsnęło z przodu. Taka poprzeczka, która wydawała mi się mało ważna…pół jej zostawiłam na tym cholernym chodniczku.Podróże samochodowe też bywają ciekawe pod warunkiem, że nie jeździ się z Jimem. A mieliśmy taki grupowy wyjazd do Szekesfehervar,
nawet troszkę połączony ze zwiedzaniem tegoż miasteczka.
Z ciekawszych rzeczy, które przydarzyły nam się po drodze był mandat otrzymany przez naszego kolegę za nieznaczne przekroczenie prędkości na drodze szybkiego ruchu…Ciekawe o tyle, że kolega (na zmianę z koleżanką) gnał tyle, ile fabryka dała i powodów prawdziwych do mandatu było o wiele więcej…a ten trafił mu się pięć minut przed dotarciem do celu podróży…Hm, w dodatku miał pecha trafić na węgierskiego policjanta władającego angielskim…(pewnie akurat ten jeden, co to włada, miał właśnie wtedy tam dyżur).
Natomiast w drodze powrotnej mieliśmy zjeść po stronie czeskiej coś regionalnego w czeskiej knajpie. Skończyło się na pizzerii, albowiem czeski Cieszyn wyglądał na dość opustoszały…i jedyna czynna knajpa była właśnie pizzerią. Zjedliśmy więc prawdziwie czeską pizzę i spokojnie wróciliśmy do domu (ja akurat nie do swojego domu, tylko do Tatkowego domu, bo musiałam zostać na parę dni w Gliwicach) - ale to już zupełnie inna historia.
Etykiety: pamiętnik
Tak sobie pooglądałam swojego bloga z punktu widzenia czytelników i głupio mi się zrobiło z powodu niedotrzymania słowa...Oczywiście zapowiedziałam bloga narcianego...i z różnych względów (ten najważniejszy to oczywiście deficyt czasu, który wystąpił całkiem znienacka).
No to szybciutki skrót wrzucam, bo akurat ten wyjazd bardzo różnił się od innych. Po pierwsze skład pokoju. W tym roku pojechalismy rodzinnie, tzn. oprócz mnie i młodego Młodego, który jechał już drugi raz ze mną, był także stary Młody ze swoją żoną (dla uproszczenia zwaną w dalszej części bloga starą Młodą) oraz koleżanka starej Młodej z pracy. No więc była nas piątka, a groził nam pokój 6-osobowy, no to dopłaciliśmy bodaj po 90 zł każdy, żeby nam nikogo obcego nie dołożono. No i rozwiązanie było bardzo przemyślane i przebiegłe, chociaż nie do końca:-). Sypialnię siłą rzeczy dostali starzy Młodzi, ja z koleżanką starej Młodej zajęłysmy łóżko piętrowe w przedpokoju (no tak to wygladało- to taki jakby aneks chyba dla dzieci),
a młody Młody spał w salonie....na podwójnym wyrku, więc w którymś momencie doszłam do wniosku, że wszyscy zrzuciliśmy się po 90 zł, żeby młody Młody mógł się rozkładać w luksusowych warunkach. Bardzo był przywiązany do swojego miejsca i nie pozwalał nam okupować salonu ani siedzieć ani leżeć na swoim spaniu. Bezskutecznie.
Miejsce było zupełnie nowe: Les 2 Alpes, co w tłumaczeniu przekłada się na dwa Alpy, albo dwóch Alpów (dopuszczalne są dwie Alpy), a w wolnym tłumaczeniu na dwie Alpagi. Zakupy robiliśmy w sklepie, który ze względu na nazwę (Spaar) został bardzo szybko ochrzczony "szparą". Miejsce było świetne, z okien pokou widzieliśmy wagoniki zwane czerwonymi jajkami (nawet frencze tak je nazywali), ale był to jeden z bocznych szlaków, wiec trzeba było jakoś kombinować, coby w to miejsce wrócić...
Wiem, bo próbowałam i skończyło się, że maszerowałam w butach narciarskich z nartami na plecach dobrych parę kilometrów. A mogłam skorzystać z bezpłatnego autobusu... ale jakoś tak czasem się dziwnie oceni odległość (albo nie doceni). Warunki atmosferyczne były także nowe, żeby nie powiedzieć nietypowe, jak na koniec marca. Temperatura na wys. 4 000 m spadała poniżej 20 stopni, a w miejscu gdzie mieszkaliśmy (jakieś 1 600 npm też było czasem grubo ponizej zera).
Po raz pierwszy też jechałam w stanie, który nawet orzecznik ZUSu uznał za chorobowy. To mnie wyeliminowało na 3 dni z jazdy (o nauce narciarstwa nie wspomnę), więc jeździłam tylko przez 3 dni. Ale wyjazd był udany, oprócz tego, że w drodze "tam" jeden taki całkiem sympatyczny, namówiony przez Edzia teżewe (tudzież wużetgie- ciekawych odsyłam do relacji ubiegłorocznej) do konsumpcji żoładkowej gorzkiej...wypuścił już przed Wrocławiem tę żołądkową spowrotem...No cóż, czasem mój brak powonienia jest błogosławieństwem. W drodze "spowrotem" zepsulismy się nieodwracalnie na wysokosci Nadarzyna. Reszta pobytu była w miarę nawet udana, oprócz tego, że nie zaliczylismy zjazdu pod wpływem i z pochodniami ze schroniska w dół...Nie było sytuacji, chociaż fondue tradycyjnie sie odbyło. Pechowo też w tym roku, w ostatnim dniu jedna taka Ania połamała się w nadgarstku, inna Ania z powodu choroby dołączyła w trakcie wyjazdu, a jeden taki stały, acz sympatyczny uczestnik z powodu nagłego nawału pracy nie dojechał. Ciekawostką był taki jeden upierdliwy, który zamieszkiwał z naszym dobrym znajomym we wspólnym pokoju. Ten ów upierdliwiec był fanem snowboardu i gawedziarzem fantastą. Połączenie fatalne, w drodze powrotnej tokował nie gorzej od głuszca w rui...(czy jak to się tam taki stan głuszca nazywa). On też zmuszał każdego gościa, który zawitał do jego pokoju do ogladania filmu o snowboardzie. Wiadomym było, że nigdy tego pokoju nie odwiedzimy (chociaz Młodzi mieli szatański plan, żeby zagladać tam co godzinę i pytać o coś ciekawego do ogladania...). Nie uniknęliśmy losu ofiar, którezostały podstepnie zmuszone do ogladactwa...Film bedący przedmiotem wielu opowieści został odtworzony w autokarze w drodze powrotnej... Moglam tylko spać. Co niniejszym uczyniłam.
Teraz też mi sie przypomniało, że podróż zaczęliśmy od niby-straty. Niby, bo w rezultacie straty nie było...No nie takiej, jaka mogłaby być. Otóż z powodu mojej wizyty u lekarza niedorzecznika ZUS, która wypadała dokładnie wczesnym rankiem w dzień odjazdu, nie mogłam jechać z bagażami. Więc ułożyliśmy plan, którego głównym bohaterem został stary Młody. Miał on przyjechać do mojego mieszkania wczesnym rankiem, zamówic taxi bagażowe, załadować moje toboły, podjechać po młodego Młodego, koleżankę starej Młodej i wreszcie po stara Młodą. Toboły stały rzędem spakowane w przedpokoju. Wśród nich plastikowe torbiszcze z bumboxem, hamburgerami na drogę, wódeczką (też na drogę) oraz błekitnym pledzikiem z polaru (to na wypadek przeciągów w autokarze). Kiedy już dotarłam po wizycie u niedorzecznika na plac Bankowy (punkt wyjazdowy, torbiszcza nie znalazłam wśród innych bagaży. Nie było też starego Młodego, który pojechał odebrać zamówione spodnie narciarskie, które nie dotarły do Warszawy na czas. Na Bankowym była za to moja Mamuśka, która postanowiła troszkę się polansować. Nigdy nigdzie nas nie odprowadzała...a tu proszę. Zestrojona we fiuterko i takąż czapeczkę z kutasikiem postanowiła nas pożegnać. Ponieważ częścią lansowania było dostarczenie kanapek na drogę w torbie mini-lodówce, to częściowo wybaczyliśmy jej późniejsze zachowanie...Albowiem gdyż ponieważ okazało się , że stary Młody w ferworze przedwyjazdowym zostawił torbiszcze z błękitnym pledzikiem na mojej klatce schodowej. Calkiem niedawno okazało się, że Mamuśka była oburzona, że ją poprosilismy o pomoc (czyli podjechanie po torbiszcze i dostarczenie go na Bankowy) ...to jakieś 20 km w obie strony...A Mamuśka nie miała takiej wyprawy w planach.
Pomógł szef Młodych (on też część z nas zabrał z Nadarzyna). Cóż ...nagrodą dla szefa były hamburgery i wódeczka...o ile wiem, z pledziku nie skorzystał. Wyjazd był naprawdę świetny...w końcu to już tradycja taka marcowa...szkoda, że w pełni nie mogłam pohulać, ale za to odbiję sobie to w przyszłym roku :-)

Etykiety: pamiętnik
i z powodu braku czasu musieliśmy rodzinne spotkanie zakończyć. Najmniej zainteresowania całym tym śmiechem i opowieściami prawie rodzinnymi wykazała Patrysia, która przybrała minę sfinksa…a właściwie Cieleckiej.
Etykiety: pamiętnik