czarodziejka i ....

niedziela, lipca 08, 2007

obrazki z podróży oraz inne okoliczności przyrody...

w drodze z Węgier do Polski...jeszcze Węgry nadal ta sama droga i ciągle Węgry stare miasto w Szekesfehervar jak wyżej lot Budapeszt Warszawa mój balkon i tęcza mój balkon i chmury

Etykiety:

podróże te małe i te duże....

Czas teraz napisać o podróżowaniu. Trochę tego było, zwłaszcza w maju…kiedy to ruszyłam w podróże 7-go, a skończyłam jakoś tak z końcem maja. Wprawdzie wracałam na weekendy do domu, ale generalnie ten czas zapamiętałam jako nieustającą podróż. Byłam już po raz 3 w Szekesfehervar/Węgry (hihihi- czytaj Sejkeszfehervar- uczyłam się poprawnej wymowy przez miesiąc w międzyczasie używając roboczo Szekes), czas jakiś spędziłam w Gliwicach, 2 dni w Tomiszoarze (Rumunia), no a Kętrzyna i Kwidzyna nawet nie liczę. Chociaż Kętrzyn był bardzo charakterystyczny ze względu na przygodę, która przytrafiła mi się tam 13-go czerwca. Otóż jechałam sobie właśnie z Kętrzyna do Kwidzyna…No nie, muszę troszeczkę cofnąć się w czasie. Otóż jechałam sobie kiedy indziej i gdzie indziej, a konkretnie do apteki. I zaparkowałam na za wysokim chyba chodniku, bo jak z niego zjeżdżałam (tyłem zjeżdżałam) to coś mi chrupsnęło z przodu. Taka poprzeczka, która wydawała mi się mało ważna…pół jej zostawiłam na tym cholernym chodniczku. Na szczęście zostało mi drugie pół, które uczepione było spodu samochodu z lewego przodu, a środkiem było urwane. Nie wiem, czy na szczęście, bo plątało się to owo cóś ruchem wahadłowym w przód i w tył.. Gorzej, kiedy w tył, bo mi się wkręcało w przednie lewe koło. Wtedy musiałam wysiadać, jakoś wciskać te resztki poprzeczki (nie wiem w co) i jakoś wystarczało do następnego razu. Ale dokuczało mi od czasu do czasu i dokuczyło właśnie w drodze do Kętrzyna. Po raz kolejny próbowałam to owo coś osadzić w pozycji dla tego czegoś właściwej czyli poprzecznej, ze skutkiem , jak się okazało, krótkotrwałym. Kiedy już odjeżdżałam z Kętrzyna, bardzo mocno skręciłam w prawo i jakoś tak się stało, ze lewe koło przydeptało resztki tego czegoś, które się urwało definitywnie. Co mnie ucieszyło, bo pomyślałam, że mi się nie będzie więcej plątać wokół lewego koła. Ruszyłam sobie niemal z wizgiem opon, za Kętrzynem przyśpieszyłam, ale coś mi zaczęło szumieć i syczeć z lewego przodu. Zjechałam na pobocze w wielkim przerażeniu, bo myślałam, że opona odmówiła posłuszeństwa. Przy oględzinach lewej przedniej opony okazało się, do czego była ta poprzeczka potrzebna…Mocowała błotnik. Ten ów rzeczony błotnik zwisał smętnie kładąc się na oponie w postaci dosyć ażurowej, bo poprzecieranej kontaktem bezpośrednim z kołem i oponą. Zaczęłam ten ażur odczepiać, bo takie poszarpane coś nie dość, że nie było mi potrzebne, to jeszcze szurało po oponie…Część mi się udało odczepić, ale część oparła się moim zabiegom i słownej perswazji (perswazji cytować nie będę, bo była niecenzuralna…dosyć). Stałam sobie w błękitnej spódniczce i białej bluzeczce (a raczki miałam upie…brudzone po łokcie). Wzbudziłam chyba litość, ale nie w śmigających obok samochodach, ale we właścicielce posesji, przy której się zatrzymałam…A może zdenerwował ją pies, który zdenerwował się moją obecnością? I głośno to niezadowolenie objawiał? Motywy nieważne, bo w rezultacie mąż tej właścicielki uciął pięknym nożem ogrodniczym całą ażurową kombinację…A ja także na szczęście miałam w samochodzie mokre chusteczki. Które nie do końca załatwiły problem brudnych rak i paznokci. Musiałam poświęcić szczoteczkę do zębów (to już przy wieczornej toalecie) ....Hmmmm czeka mnie wizyta w warsztacie samochodowym…pewnie tania nie będzie. Ale w końcu sama sobie to zafundowałam…Eeech coś musi być jednak w tym trzynastym… Inne podróże były też pechowe…troszkę, chociaż w innym sensie. Otóż Prezes, korzystając z okazji, że jeden taki Jim (takie pokrętne imię nosi nasz francuski dyrektor) jechał do Timiszoary samochodem, oddelegował mnie znienacka w podróż służbową w towarzystwie tegoż Jima. Jak się później okazało, podróż ta była jednym z bardziej traumatycznych przeżyć, które przytrafiły mi się w ostatnim czasie. Aby ruszyć w poniedziałkowy poranek w podróż służbową z Jimem musiałam w niedzielny wieczór pojawić się w Gliwicach (tam podróż owa miała swój początek). Podróż była długa, chłodna i głodna. Samochód był z klimą, klima ustawiona na 21 stopni i siała jakimiś alergenami. Dosyć subtelne sygnały o moim dyskomforcie dawane Jimowi były widocznie za bardzo subtelne. Na szczęście, nauczona smutnym doświadczeniem (przedział pociągu, którym jechałam pewnego upalnego poranka na Śląsk, miał ustawiona temperaturę na minimum …no jakieś 18 stopni tak na moje oko, więc ratowałam się sweterkiem, który miałam w walizce, a i tak kiedy wysiadłam na dworcu miałam siny nos i skostniałe wszystkie członki, a trzęsąc się z zimna w sweterku budziłam ogólną sensację wśród ludzi maksymalnie z powodu upału rozebranych- to pisałam ja, mistrzyni dygresji) miałam ze sobą mój szczęśliwy sweterek, bez którego nigdzie się nie ruszam. Jeśli myślicie, że po drodze nastąpił jakiś posiłek, który mógłby mnie jakoś rozgrzać, to się mylicie. Nie nastąpił. Jim jest zwolennikiem kanapek na zimno serwowanych na stacjach benzynowych. Nie ma tu żadnego znaczenia, że kanapki (2 postoje, dwie kanapki) te mi zafundował. Nie trzepnęło go to po kieszeni. Z ulgą powitałam Timiszoarę i dobry hotel, w którym się zatrzymaliśmy. Liczyłam na pyszne hotelowe śniadanko. Ale się przeliczyłam. Umówiliśmy się z Jimem na śniadanie o godzinie 7.15 czasu polskiego a 8.15 czasu rumuńskiego . Z powodu zmęczenia, głodu i przemrożenia ustawiłam sobie czas rumuński w służbowej komórce a czas polski zostawiłam w prywatnej…W obu ustawiłam budzik. Na 6.30 czasu polskiego czyli 7.30 czasu rumuńskiego. Już o 6.35 czasu polskiego a 7.35 czasu rumuńskiego zadzwonił terrorysta Jim pytając, czemu do cholery nie ma mnie jeszcze na śniadaniu. Czemu? O matko i córko…coś musiałam pokręcić…Więc migiem-śmigiem wyszykowałam się do wyjścia malując się i ubierając w tempie rekordowym. Z powodu poczucia winy ze śniadania zrezygnowałam. Jednak, kiedy jechałam windą w dół dostrzegłam jakąś nieprawidłowość w tej sytuacji. I kiedy dotarłam do samochodu Jima podzieliłam się z nim swoimi spostrzeżeniami. Oczywiście pokręciły mu się czasy….Na szczęście w samochodzie miał na widocznym miejscu zegarek, który wyraźnie wskazywał, że zbliża się siódma czasu polskiego….Giął się (w miarę możliwości) w przeprosinach i obiecał mi żywnościową rekompensatę. Ja zaś, nie chcąc, żeby się giął za bardzo, powiedziałam, że jak od czasu do czasu nie zjem śniadania to nic się nie stanie…W sensie pewnych nadmiarów mojej figury tam i tu…Na miejscu zajęliśmy się każde z nas swoją robotą , a w porze obiadowej miałam pecha rozmawiać z Prezesem…Więc na gest zaproszenia ze strony Jima machnęłam ręką, że rozmowy przerwać nie mogę. Obiad przepadł…Ostatnia szansa na jedzenie pojawiła się, kiedy Jimowi przyniesiono dwie kanapki. Jaki miłosierny, że podzielił się ze mną tym skarbem…Ale kiedy już zostało mi mniej niż ćwierć kanapki do konsumpcji wpadła jedna taka rumuńska koleżanka pytając, gdzie jest zamówiona przez nią kanapka? W moim żołądku już była, a częściowo w paszczy…Jim mnie poczęstował cudzą kanapką….Potem okazało się, że rumuńscy ludzie pytali go, czy nie trzeba by mi zapewnić jakiegoś żarełka, na co Jim im powiedział, że nie, bo jestem na diecie :-) Postanowiłam sobie więc po pracy ruszyć w miasto z fotoaparatem i zjeść coś wreszcie przy okazji. Ale natura stanęła w poprzek moim planom zsyłając na Timiszorę gwałtowną burzę. Więc musiałam sobie odpuścić i zwiedzanie i fotografowanie i jedzenie... Nazajutrz zjadłam wreszcie porządne śniadanie i cieszyłam się, że już wracam do Warszawy (tym razem drogą lotniczą). Ale jeszcze tak szybko to nie nastąpiło…najpierw w wielkim stresie przebijaliśmy się z taksówkarzem przez korek (z charakteru iście warszawski), potem w hali odlotów (taka troszkę podobna do tej we Lwowie) obserwowałam z wielkim niepokojem jak zapokładowywują się i odlatują kolejne samoloty (a mój do Budapesztu jakoś nie chciał) …potem była pyszna kanapka na gorąco w samolocie, potem lotnisko w Budapeszcie, gdzie wreszcie przestałam się obawiać, ze nie wrócę nigdy do domu…i dom. Były też chmury przecudnej urody, które pozwoliłam sobie uwiecznić :-)

Podróże samochodowe też bywają ciekawe pod warunkiem, że nie jeździ się z Jimem. A mieliśmy taki grupowy wyjazd do Szekesfehervar,

nawet troszkę połączony ze zwiedzaniem tegoż miasteczka.

Z ciekawszych rzeczy, które przydarzyły nam się po drodze był mandat otrzymany przez naszego kolegę za nieznaczne przekroczenie prędkości na drodze szybkiego ruchu…Ciekawe o tyle, że kolega (na zmianę z koleżanką) gnał tyle, ile fabryka dała i powodów prawdziwych do mandatu było o wiele więcej…a ten trafił mu się pięć minut przed dotarciem do celu podróży…Hm, w dodatku miał pecha trafić na węgierskiego policjanta władającego angielskim…(pewnie akurat ten jeden, co to włada, miał właśnie wtedy tam dyżur).

Natomiast w drodze powrotnej mieliśmy zjeść po stronie czeskiej coś regionalnego w czeskiej knajpie. Skończyło się na pizzerii, albowiem czeski Cieszyn wyglądał na dość opustoszały…i jedyna czynna knajpa była właśnie pizzerią. Zjedliśmy więc prawdziwie czeską pizzę i spokojnie wróciliśmy do domu (ja akurat nie do swojego domu, tylko do Tatkowego domu, bo musiałam zostać na parę dni w Gliwicach) - ale to już zupełnie inna historia.

Etykiety:

niedziela, lipca 01, 2007

jednak o nartach...

Tak sobie pooglądałam swojego bloga z punktu widzenia czytelników i głupio mi się zrobiło z powodu niedotrzymania słowa...Oczywiście zapowiedziałam bloga narcianego...i z różnych względów (ten najważniejszy to oczywiście deficyt czasu, który wystąpił całkiem znienacka). No to szybciutki skrót wrzucam, bo akurat ten wyjazd bardzo różnił się od innych. Po pierwsze skład pokoju. W tym roku pojechalismy rodzinnie, tzn. oprócz mnie i młodego Młodego, który jechał już drugi raz ze mną, był także stary Młody ze swoją żoną (dla uproszczenia zwaną w dalszej części bloga starą Młodą) oraz koleżanka starej Młodej z pracy. No więc była nas piątka, a groził nam pokój 6-osobowy, no to dopłaciliśmy bodaj po 90 zł każdy, żeby nam nikogo obcego nie dołożono. No i rozwiązanie było bardzo przemyślane i przebiegłe, chociaż nie do końca:-). Sypialnię siłą rzeczy dostali starzy Młodzi, ja z koleżanką starej Młodej zajęłysmy łóżko piętrowe w przedpokoju (no tak to wygladało- to taki jakby aneks chyba dla dzieci), a młody Młody spał w salonie....na podwójnym wyrku, więc w którymś momencie doszłam do wniosku, że wszyscy zrzuciliśmy się po 90 zł, żeby młody Młody mógł się rozkładać w luksusowych warunkach. Bardzo był przywiązany do swojego miejsca i nie pozwalał nam okupować salonu ani siedzieć ani leżeć na swoim spaniu. Bezskutecznie. Miejsce było zupełnie nowe: Les 2 Alpes, co w tłumaczeniu przekłada się na dwa Alpy, albo dwóch Alpów (dopuszczalne są dwie Alpy), a w wolnym tłumaczeniu na dwie Alpagi. Zakupy robiliśmy w sklepie, który ze względu na nazwę (Spaar) został bardzo szybko ochrzczony "szparą". Miejsce było świetne, z okien pokou widzieliśmy wagoniki zwane czerwonymi jajkami (nawet frencze tak je nazywali), ale był to jeden z bocznych szlaków, wiec trzeba było jakoś kombinować, coby w to miejsce wrócić... Wiem, bo próbowałam i skończyło się, że maszerowałam w butach narciarskich z nartami na plecach dobrych parę kilometrów. A mogłam skorzystać z bezpłatnego autobusu... ale jakoś tak czasem się dziwnie oceni odległość (albo nie doceni). Warunki atmosferyczne były także nowe, żeby nie powiedzieć nietypowe, jak na koniec marca. Temperatura na wys. 4 000 m spadała poniżej 20 stopni, a w miejscu gdzie mieszkaliśmy (jakieś 1 600 npm też było czasem grubo ponizej zera). Po raz pierwszy też jechałam w stanie, który nawet orzecznik ZUSu uznał za chorobowy. To mnie wyeliminowało na 3 dni z jazdy (o nauce narciarstwa nie wspomnę), więc jeździłam tylko przez 3 dni. Ale wyjazd był udany, oprócz tego, że w drodze "tam" jeden taki całkiem sympatyczny, namówiony przez Edzia teżewe (tudzież wużetgie- ciekawych odsyłam do relacji ubiegłorocznej) do konsumpcji żoładkowej gorzkiej...wypuścił już przed Wrocławiem tę żołądkową spowrotem...No cóż, czasem mój brak powonienia jest błogosławieństwem. W drodze "spowrotem" zepsulismy się nieodwracalnie na wysokosci Nadarzyna. Reszta pobytu była w miarę nawet udana, oprócz tego, że nie zaliczylismy zjazdu pod wpływem i z pochodniami ze schroniska w dół...Nie było sytuacji, chociaż fondue tradycyjnie sie odbyło. Pechowo też w tym roku, w ostatnim dniu jedna taka Ania połamała się w nadgarstku, inna Ania z powodu choroby dołączyła w trakcie wyjazdu, a jeden taki stały, acz sympatyczny uczestnik z powodu nagłego nawału pracy nie dojechał. Ciekawostką był taki jeden upierdliwy, który zamieszkiwał z naszym dobrym znajomym we wspólnym pokoju. Ten ów upierdliwiec był fanem snowboardu i gawedziarzem fantastą. Połączenie fatalne, w drodze powrotnej tokował nie gorzej od głuszca w rui...(czy jak to się tam taki stan głuszca nazywa). On też zmuszał każdego gościa, który zawitał do jego pokoju do ogladania filmu o snowboardzie. Wiadomym było, że nigdy tego pokoju nie odwiedzimy (chociaz Młodzi mieli szatański plan, żeby zagladać tam co godzinę i pytać o coś ciekawego do ogladania...). Nie uniknęliśmy losu ofiar, którezostały podstepnie zmuszone do ogladactwa...Film bedący przedmiotem wielu opowieści został odtworzony w autokarze w drodze powrotnej... Moglam tylko spać. Co niniejszym uczyniłam. Teraz też mi sie przypomniało, że podróż zaczęliśmy od niby-straty. Niby, bo w rezultacie straty nie było...No nie takiej, jaka mogłaby być. Otóż z powodu mojej wizyty u lekarza niedorzecznika ZUS, która wypadała dokładnie wczesnym rankiem w dzień odjazdu, nie mogłam jechać z bagażami. Więc ułożyliśmy plan, którego głównym bohaterem został stary Młody. Miał on przyjechać do mojego mieszkania wczesnym rankiem, zamówic taxi bagażowe, załadować moje toboły, podjechać po młodego Młodego, koleżankę starej Młodej i wreszcie po stara Młodą. Toboły stały rzędem spakowane w przedpokoju. Wśród nich plastikowe torbiszcze z bumboxem, hamburgerami na drogę, wódeczką (też na drogę) oraz błekitnym pledzikiem z polaru (to na wypadek przeciągów w autokarze). Kiedy już dotarłam po wizycie u niedorzecznika na plac Bankowy (punkt wyjazdowy, torbiszcza nie znalazłam wśród innych bagaży. Nie było też starego Młodego, który pojechał odebrać zamówione spodnie narciarskie, które nie dotarły do Warszawy na czas. Na Bankowym była za to moja Mamuśka, która postanowiła troszkę się polansować. Nigdy nigdzie nas nie odprowadzała...a tu proszę. Zestrojona we fiuterko i takąż czapeczkę z kutasikiem postanowiła nas pożegnać. Ponieważ częścią lansowania było dostarczenie kanapek na drogę w torbie mini-lodówce, to częściowo wybaczyliśmy jej późniejsze zachowanie...Albowiem gdyż ponieważ okazało się , że stary Młody w ferworze przedwyjazdowym zostawił torbiszcze z błękitnym pledzikiem na mojej klatce schodowej. Calkiem niedawno okazało się, że Mamuśka była oburzona, że ją poprosilismy o pomoc (czyli podjechanie po torbiszcze i dostarczenie go na Bankowy) ...to jakieś 20 km w obie strony...A Mamuśka nie miała takiej wyprawy w planach. Pomógł szef Młodych (on też część z nas zabrał z Nadarzyna). Cóż ...nagrodą dla szefa były hamburgery i wódeczka...o ile wiem, z pledziku nie skorzystał. Wyjazd był naprawdę świetny...w końcu to już tradycja taka marcowa...szkoda, że w pełni nie mogłam pohulać, ale za to odbiję sobie to w przyszłym roku :-)

Etykiety:

historie prawie rodzinne...

Teraz dla odmiany historia, w której można by było popuścić sobie wodze fantazji, chociaż zdarzyła się naprawdę. Tatko wrócił do korzeni, czyli na Śląsk, o czym wspominałam już parę razy. Wiedzie sobie spokojne życie u boku Kasieńki zwanej przez Młodych Laską albo Panną Dziadka. Tatko zaprzyjaźnił się bardzo z rodziną Kasieńki, czyli jej siostrą Karolcią, mężem Karolci Ludwikiem, z którym razem ulepszają świat i okolice, w sensie robót budowlanych, naprawczych i innych jak na przykład degustacji piwa w podziemiach rodowej siedziby Karolci i Ludwika. Marta, ich córka zajmuje się działalnością artystyczną, tzn śpiewa, występuje w zespole, gra na gitarze i jeszcze naucza innych takiej gry. Marta ma córkę Patrysię z pierwszego, nie do końca udanego małżeństwa, a szykuje się właśnie do bardziej udanego, nota bene zresztą z kolegą (co to już nie jest kolegą) z zespołu. No i jeszcze żeby bardziej opowieść tę zawikłać powiem, że jest jeszcze powiązanie rodzinne tej konkretnej rodziny z mamą żony mojego ciotecznego brata …ufffff. I to byłby rys historyczno-towarzysko rodzinny. Gdzieś jest relacja (z jakiegoś października 2005 - tytuł "imprezka u Cześka") z urodzin Tatki, gdzie po raz pierwszy wystąpiły wzmianki o tej rodzince. Potem jeszcze wspominkowo w styczniu 2006, ale nie będę namawiała nikogo do grzebania w archiwach….No chyba, że chciałby zobaczyć foty z imprezki u Cześka, które pojawiły się dopiero dziś. No dobra, tło zatem mamy zarysowane i można przejść do adremu. Mamuśka nie wie nic o nowym śląskim życiu Tatki i niech tak zostanie. Jednak ponieważ ostatnio pewne sprawy administracyjno-rodzinne zmusiły Tatę do wizyty w stolicy i do odwiedzenia Mamci, jego losy jakoś żywo Mamcię zainteresowały. Tatko sporo opowiadał o swoim aktualnym życiu, ale Mama utkała swoją wersję wydarzeń. Postanowiła też wyciągnąć ode mnie szczegóły. Więc pod pozorem zainteresowania życiem Taty, jego nudnym, samotnym (hihihihi) życiem, zaczęła mnie podpytywać w sposób podstępny i przebiegły o szczegóły z tatkowego życia. No oczywiście , że opowiedziałam, że Tatko zaprzyjaźnił się z jedną taką rodziną (powiązanej oczywiście z mamą żony mojego ciotecznego brata) no i że tam majsterkuje z Ludwisiem i że tak fajnie tam spędza czas…A ta rodzina, że jest taka fajna i fajna, bo Marta koncertuje, a od czasu do czasu płyty wydaje i nawet w TV się pojawia. Widać Tatko też bardzo skoncentrował się na opowieściach o Marcie (dobry sposób na odwrócenie uwagi od zasadniczych dramatis personae), bo Mamcia spytała o wiek tejże Marty. Strzeliłam, że tak koło 30 (albowiem gdyż ponieważ Marta młodziutki wygląd posiada), na co usłyszałam zniencakie pytanie „i z taką młodą ojciec chce się żenić?”. Tylko dzięki umiejętności opanowywania się w trudnych sytuacjach udało mi się powstrzymać wybuch śmiechu i sprostować informację o Marcie i Tatce.Opowiedziałam tę historię na forum rodzinki śląskiej, do której Tatko dobudował zakończenie. Powiedział, że powinnam była odpowiedzieć Mamci, że nie chce się żenić, tylko musi….Właściwie, to pociągnęliśmy dalej całą tę historię, a że Tatko musiałby mówić do Ludwisia „tato”, a do Karolci „mamusiu”, zjechaliśmy w końcu do „teściowo - buzi” i z powodu braku czasu musieliśmy rodzinne spotkanie zakończyć. Najmniej zainteresowania całym tym śmiechem i opowieściami prawie rodzinnymi wykazała Patrysia, która przybrała minę sfinksa…a właściwie Cieleckiej.

Etykiety: