jak to sobie na masie rowerowerowej pojeździłam....
Wakacje, wakacje i po wakacjach. Pora wrócić do starych, dobrych przyzwyczajeń, w tym do pisania bloga, bo moi wierni czytelnicy się niepokoją, że ciąg dalszy nie nastąpi. Ale nastąpi. Tzn. następuje.
No to najpierw temat bardziej zaległy, do którego jak ulał pasuje mi dowcip rysunkowy o musze. Dowcip składa się z trzech obrazeczków: na pierwszym mucha lata wokół świecy, na drugim spada z opalonymi skrzydełkami, na trzecim maszeruje na piechotę komentując słownie „no to se k...a polatałam”.
No to ja sobie tak pojeździłam, na lipcowej masie. Namówiona przez forumkowych cyklistów postanowiłam wznowić zwyczaj brania udziału w masie (kto ciekawy, niech szuka bloga na ten temat). Przygotowałam się solidnie. Ustrojona w krótkie portki, gustowną bluzeczkę bez rękawków (a co!!! Upał był!!!), moje ukochane sandały rowerowe i uzbrojona w rękawiczki rowerowe ruszyłam...na przystanek autobusowy. Albowiem niedoczas miałam tak zwany, i w pół godziny na plac Zamkowy nie dałabym rady. Autobus by dał. Stałam na przystanku i obserwowałam niebo, z którym robiło się coś dziwnego....Nagromadziło się sporo czarnych chmur, ściemniło się maksymalnie, ale pomyślałam, że poprzedniego dnia sobie burza przeleciała w 15 minut i zaraz było wszystko w porządku, no to może teraz też szybko przeleci? Akurat w tym czasie, jak będę się przemieszczała autobusem? No w końcu umówiłam się, więc parę czarnych chmur mi nie przeszkodzi....Wsiadłam do autobusu, po kilku nieudanych próbach skasowałam bilet (nieudanych- bo rzadko to robię) i ruszyłam w drogę. Po 10 minutach rozpętało się piekło....Woda lała się z nieba wielkimi chlustami (przez szybę nic nie było widać), pioruny waliły raz za razem i byłam świadkiem najbardziej burzowej burzy, jaką kiedykolwiek w życiu widziałam... Kiedy dojechałam do mostu Gdańskiego burza osiągnęła swoje apogeum.
Na ulicach leżały zwalone konary drzew, które tamowały drogę wszelkim możliwym pojazdom, woda osiągnęła taki poziom, ze zwykłe samochody osobowe musiały zjechać na bok....a nasz autobus brnął w tych warunkach jak wielka, solidna amfibia. Im bardziej zbliżaliśmy się do placu Zamkowego, tym bardziej byłam pewna, że w tej masie to ja udziału nie wezmę. W okolicach tegoż placu zgromadziło się wielu przemokniętych rowerzystów: w bramach, na przystankach, pod wszelkimi możliwymi zadaszeniami. Te schowanka nie chroniły przed strugami wody, które nie dość, że leciały z nieba to i waliły pióropuszami spod kół autobusów. Więc nie wysiadłam z autobusu, bo nie miałam roweru wodnego, tylko zwykły. Dotarłam do placu Trzech Krzyży, obmyślając sobie po drodze, jak nie dać się wysadzić na końcowym przystanku...Ale końcowy był początkowym, więc problem rozwiązał się sam. W drodze powrotnej do domu (tym samym autobusem) obserwowałam zniszczenia wywołane tym małym tajfuenem na Nowym Świecie (poprzewracane donice z drzewkami, powyrywane i sponiewierane wiaty i zadaszenia tudzież inne możliwe) i cieszyłam się, że jestem w środku autobusu, a nie na zewnątrz. Jeszcze tylko minęłam na Krakowskim przedmieściu masę ...hmmm ...zmokłych kur, no właściwie to była to takla maleńka maska...i wróciłam godnie do domu, gdzie w drodze powrotnej (miedzy przystankiem a domek) załapałam się na końcówkę deszczu. Ale cd dalszy przygód z rowerem nastąpi.
No to ja sobie tak pojeździłam, na lipcowej masie. Namówiona przez forumkowych cyklistów postanowiłam wznowić zwyczaj brania udziału w masie (kto ciekawy, niech szuka bloga na ten temat). Przygotowałam się solidnie. Ustrojona w krótkie portki, gustowną bluzeczkę bez rękawków (a co!!! Upał był!!!), moje ukochane sandały rowerowe i uzbrojona w rękawiczki rowerowe ruszyłam...na przystanek autobusowy. Albowiem niedoczas miałam tak zwany, i w pół godziny na plac Zamkowy nie dałabym rady. Autobus by dał. Stałam na przystanku i obserwowałam niebo, z którym robiło się coś dziwnego....Nagromadziło się sporo czarnych chmur, ściemniło się maksymalnie, ale pomyślałam, że poprzedniego dnia sobie burza przeleciała w 15 minut i zaraz było wszystko w porządku, no to może teraz też szybko przeleci? Akurat w tym czasie, jak będę się przemieszczała autobusem? No w końcu umówiłam się, więc parę czarnych chmur mi nie przeszkodzi....Wsiadłam do autobusu, po kilku nieudanych próbach skasowałam bilet (nieudanych- bo rzadko to robię) i ruszyłam w drogę. Po 10 minutach rozpętało się piekło....Woda lała się z nieba wielkimi chlustami (przez szybę nic nie było widać), pioruny waliły raz za razem i byłam świadkiem najbardziej burzowej burzy, jaką kiedykolwiek w życiu widziałam... Kiedy dojechałam do mostu Gdańskiego burza osiągnęła swoje apogeum.
Na ulicach leżały zwalone konary drzew, które tamowały drogę wszelkim możliwym pojazdom, woda osiągnęła taki poziom, ze zwykłe samochody osobowe musiały zjechać na bok....a nasz autobus brnął w tych warunkach jak wielka, solidna amfibia. Im bardziej zbliżaliśmy się do placu Zamkowego, tym bardziej byłam pewna, że w tej masie to ja udziału nie wezmę. W okolicach tegoż placu zgromadziło się wielu przemokniętych rowerzystów: w bramach, na przystankach, pod wszelkimi możliwymi zadaszeniami. Te schowanka nie chroniły przed strugami wody, które nie dość, że leciały z nieba to i waliły pióropuszami spod kół autobusów. Więc nie wysiadłam z autobusu, bo nie miałam roweru wodnego, tylko zwykły. Dotarłam do placu Trzech Krzyży, obmyślając sobie po drodze, jak nie dać się wysadzić na końcowym przystanku...Ale końcowy był początkowym, więc problem rozwiązał się sam. W drodze powrotnej do domu (tym samym autobusem) obserwowałam zniszczenia wywołane tym małym tajfuenem na Nowym Świecie (poprzewracane donice z drzewkami, powyrywane i sponiewierane wiaty i zadaszenia tudzież inne możliwe) i cieszyłam się, że jestem w środku autobusu, a nie na zewnątrz. Jeszcze tylko minęłam na Krakowskim przedmieściu masę ...hmmm ...zmokłych kur, no właściwie to była to takla maleńka maska...i wróciłam godnie do domu, gdzie w drodze powrotnej (miedzy przystankiem a domek) załapałam się na końcówkę deszczu. Ale cd dalszy przygód z rowerem nastąpi.

