piątek, września 15, 2006
Właściwie to chciałam już o tym napisać wcześniej, ale w powodzi spraw bieżących mi umknęło. Do Trójki powrócił Wojciech Mann i prowadzi piątkową, poranną audycję. Uwielbiam typ humoru, jaki reprezentuje i kojarzy mi się ze starą, dobrą Trójką, która, jak myślałam, już nie wróci...Ale wróciła.
Od rana mam doskonały humor, może dzięki Mannowi, a może dzięki temu, ze poranek letnio-cudny. Przejeżdżam zawsze pod linią wysokiego napięcia (która składa z się z wielu linii tak naprawdę) i chyba w celach widocznościowo-ostrzegawczych na linie te nanizane są ogromne, kolorowe kule. Ich widok poprawia mi zawsze humor, a przynajmniej powoduje, że się uśmiecham. No bo wyobraźcie sobie: błękitne niebo i na jego tle nanizane na druty kolorowe piłki :-)
A w dzisiejszej audycji była pogadanka o zwierzątkach, co to całkiem po ludzku potrafią narąbać się alkoholem. W postaci np. sfermentowanych owoców. Do grupy tej należą dziki, jeże, słonie, małpy, no i jakieś tam jeszcze, których nie pamiętam. Potrafią nawet po tym alkoholu nieźle narozrabiać:-) No i po pogadance Mann powiedział, że zrobiło mu się jakoś smutno, kiedy wyobraził sobie małego, biednego, znietrzeźwionego jeżyka. Nie powinnam się śmiać z jeżykowego nieszczęścia, ale sobie ryknęłam zdrowym śmiechem:-) A jeżyk w charakterze opisu będzie u mnie wisiał na gg:-)
czwartek, września 14, 2006
troszkę wspominkowo....
Zdaje się, że moje stosunki z nowym francuskim pracodawcą układają się nad wyraz poprawie. Zdaje się też, że będzie często tu cytowany, albowiem z pochodzenia jest Polakiem i stara się bardzo mówić językiem przodków. Wczoraj zadzwonił i umówiliśmy się na podpisanie umowy o pracę w Krakowie (tam jest moja nowa firma zarejestrowana. Bardzo chętnie przejadę się do Krakowa, bo bardzo lubię i Kraków i jeździć. Ale usłyszałam „to weźcie samolot, albo pociąg, ja wam zapłacę” No to weźmiemy...może pociąg? Nie będziemy narażać nowego pracodawcy na nadmierne koszty. A może weźmiemy samochód? To Tatkę po drodze odwiedzimy?
Tak sobie jakoś przy okazji wspomniałam moją pierwszą pracę, która tak naprawdę zaczęła moje życie zawodowe. Też była związana z Francuzami, no generalnie z obywatelami frankojęzycznymi, bo Belgów tez obsługiwaliśmy. Przypomniałam sobie nie tylko ze względu na koneksje francusko-belgijskie, ale ze względu na typa, który pracował u nas jako prawnik. Koszmarny, wzrostu siedzącego psa, z łysiną przyozdobioną resztkami włosków. Pan prawnik był prawdopodobnie bardzo przyzwyczajony do niewolniczej roli kobiet w swoim otoczeniu i zwykł rzucać rubasznie w przestrzeń „no to co? Napijemy się kawki pani Aniu?” Co oznaczało ni mniej, ni więcej tylko to, że mam pędzić do kuchni i ową kawkę mu szykować...nawet jeśli sama nie zamierzałam jej pić. A dodać należy, że nie byłam jego asystentką, tylko koleżanką z pracy. Ja tam ugodowa jestem i dość szybko spowodowałam, że zaczął sobie sam tę kawkę szykować. A był on zwolennikiem kawy parzonej po polsku, czyli z fusami (a musiała zawierać duuużo fusów).
Pierwszego dnia zrobiłam mu tę kawkę z jednej łyżeczki kawy. Przełknął ja z godnością, nic nie mówiąc. Drugiego dnia zaparzyłam mu kawkę z pół łyżeczki kawy...A trzeciego zrobił ją sobie sam...
Kiedyś rzucił się do okna, żeby o coś jeszcze spytać szefa...I nie zauważył, że okno było zamknięte. Przywalił tym łysym czerepem aż zadzwoniło...nawet trochę się szyba stłukła...po czym podsunął mi ten czerep po same oczy pytając z rozpaczą: „czy ja krwawię Pani Aniu? Czy ja krwawię?” Nie krwawił, nie miał nawet najmniejszego zadrapania....I dobrze, bo źle mu nie życzyłam, mimo, że charakter miał równie mało ciekawy jak wygląd...
A teraz wszystko wskazuje na to, że będę pracowała tylko z asystentką. Ale kawkę będę sobie szykowała sama:-)
środa, września 13, 2006
żyję, żyję i kwitnę...
Ostatnio jakoś zaczęłam żyć intensywniej, co przekłada się na mniejszą ilość pisania tutaj. Ale w końcu muszę, bo mi niektóre ważne pouciekają. Właściwie, to dzieją się rzeczy bardzo przyjemne. Wczoraj np zupełnie niespodziewanie dostałam niewielką kasę z Urzędu Skarbowego. Do tej pory układ był odwrotny, tzn głównie to ja płaciłam Urzędowi. Zwrotu podatku na pewno nie miałam, ale nie zamierzam dochodzić, skąd ta kasa. Wzięłam i wydałam i już. Podobno jak zapłacili to odebrać już nie mogą.
Oczywiście najprzyjemniejszym aktualnym tematem jest zmiana pracy. Nowa potwierdzona i czeka, a w starej pracuję wolniutko, dokładnie i przez 8 godzin dziennie. Po raz pierwszy od 4 lat bez stresu i napięcia. I tak się chyba powinno pracować. Wprawdzie zupełnie niespodziewanie moja szefowa stwierdziła, że mimo krytycznej oceny mojej pracy puścić mnie tak od razu nie może...No może nie z końcem września, a z końcem października... Ale ja jej z błędu wyprowadzać nie będę. Moja astma ma już dosyć pracy tu i teraz i podejrzewam, że wytrzyma tylko do końca września :-)
W ramach pracy nad ciałem wykupiłam karnet w moim ulubionym klubie i na razie ćwiczę ile wlezie. Ale los był dla mnie łaskawy (albo klub) i w nagrodę dostałam śliczna torbę sportową w żółciutkim kolorze. Taka promocja była...A co :-)
A dla ducha (chociaż dla ciała podobno też) postanowiłam wreszcie sprawdzić tai chi. Przymierzam się do tego od dwóch lat, ale ponieważ nikt z mojego otoczenia nie ćwiczy, to trudno mi było zlokalizować te właściwe zajęcia w Warszawie (jak się okazało przedtem trafiałam na te niewłaściwe, czyli nieautoryzowane). Jak się chcesz uczyć, to podobno mistrz się znajdzie. Więc się znalazł. Ale na razie w ramach niezapeszania nic nie powiem. Dziś na tai chi wybieram się po raz drugi i w dodatku Dorotkę od salsy zwerbowałam.
Ale żyję, żyję i kwitnę (jak to sobie wstawiłam w opisie na gg) i czuję się doskonale. Pogoda pozwala jeszcze trochę pojeździć na rowerze, a jeszcze jakby mi było mało, zapisałam się testowo na kurs tańca. Namówiona przez koleżankę Wisienkę (która organizowała grupę), jakoś weszłam w ten kurs niejako w ciemno. Ale w końcu się okazało, że zajęcia prowadzą niejaki Maserak i żeński Kajak czyli Kamila. A ja tak naprawdę zapisałam się, żeby sobie pokicać (i to fachowo), a nie że to niby TEN Maserak. No wprawdzie było nieparzyście męskich i żeńskich jednostek i ja się ostałam sama, bez pary, ale za to tańczyłam z Kamilą Kajak w parze (ona jako on) i ponieważ podobno trzeba się zakochać w swoim instruktorze, to poważnie biorę pod uwagę związek emocjonalny z Kamilą :-) Całkiem niepoważnie :-)Bo Maserak sie nie pojawił...to w kim mam się niby zaangażować emocjonalnie?
niedziela, września 03, 2006
neverending rowerstory
Pogoda ostatnio łaskawa i mogę sobie odbić letnie niejeżdżenie. Na rowerze oczywiście. Tylko, ze w międzyczasie , ku mojemu ogromnemu żalowi skończył kursować prom rowerowy przez Wisłę. Tydzień temu pożegnałam się z panem promowym do następnych wakacji.
Cóż, wszystko co dobre, to się szybko kończy. Ostatnio (czyli wczoraj, czyli w sobotę) zaplanowałam sobie moją ulubioną trasę do Powsina, ale gdzieś na wysokości szpitala na Sobieskiego dopadł mnie sms od przyjaciela, który z dziecięciem przebywał na polach Mokotowskich. Ja tam elastyczna jestem, więc zmieniłam trasę w 2 minuty. Tyle, że w taki sposób, to ja jeszcze przez Warszawę nie przejeżdżałam...Najpierw chodnikiem wzdłuż Alei Wilanowskiej, potem jakąś inną baaardzo szeroką ulicą (tzn, raczej wzdłuż), a potem w poprzek tej ulicy, a potem przez jakieś dzikie działki. Bóg czuwa nad głupcami i tereny działek nie były ogrodzone i mimo, ze sprawiały wrażenie jakby sie miały zakończyć ślepym zaułkiem, to jakoś udało mi się dotrzeć do terenów cywilizowanych, czyli do Puławskiej. Nie wiem jak, ale na pola Mokotowskie dojechałam cało i zdrowo. Tam zostałam namówiona na jazdę próbną na rolkach, a moja jazda wzbudziła pogardliwy rechot kaczek (matko...czy kaczki rechoczą? ). No kwakot kaczek, ale na pewno pogardliwy. Rolki nie są złe, ale wolę łyżwy. Dzień był po prostu cudowny...Siedzieliśmy sobie na tych polach i uprawialiśmy lenistwo. Lenistwo zostało podlane piwem...no to trzeba było posiedzieć, żeby to piwo się troszkę zdezaktywowało. Zostało go na szczęście na tyle, żeby bezbłędnie przejechać przez most Grota-Roweckiego. Bo to most nieprzyjazny rowerzystom, nastawiali jakichś słupów i strasznie ciężko miedzy nie wcelować. Ale odrobina piwa daje luz niezbędny do wcelowania.
A propos rowerowania, to zdarzyło mi się, nam się, bo nie jechałam sama, że zatrzymał nas patrol policji. Pieszej policji, co to teraz sprawdza, czy człowiek się nie porusza na kradzionym rowerze. Podobno takie wytyczne mają..Dziwne zjawisko. Rowery mieliśmy niekradzione (no teraz to już wiem na pewno), to tylko poprawiliśmy statystykę sprawdzalności...a wykrywalność niestety im nie wyszła...Dobrze, że wtedy nie byłam pod wpływem, bo by im jednak wykrywalność wzrosła...
sobota, września 02, 2006
madry mężczyzna dla mądrej kobiety
znalazłam coś, co chciałabym sobie zostawić w blogu na pamiątkę...Bo to mądre słowa i mogę się pod nimi podpisać obiema rękami...
Wojciech Eichelberg w książce „Mężczyzna też człowiek” na pytanie Renaty Arendt -Dziurdzikowskiej, jak znaleźć właściwego mężczyznę, odpowiada:
„Jest na to tylko jeden sposób. Dobrze ilustruje to opowieść, którą często przytaczam. Pewna kobieta szukała przez wiele lat idealnego mężczyzny, ale nie mogła go znaleźć. Zrozpaczona zwróciła się do mędrca o pomoc: >Szukam już tak długo i zawsze okazuje się, że to nie ten. Wcześniej, czy później czuję się rozczarowana< . Mędrzec spytał >Jakiego mężczyzny szukasz?< Powiedziała: >Szukam kogoś, kto umie kochać, jest silny, niezależny, wierny mądry, czuły, wrażliwy, a gdy trzeba - stanowczy, wytrwały i nieustępliwy. Żeby umiał się bawić, cieszyć, smucić i płakać. może być urodziwy, ale niekoniecznie<. Mędrzec odpowiedział: >Aby spotkać takiego mężczyznę, musisz najpierw sama posiąść te wszystkie zalety. Kiedy się tak stanie, spotkasz go na pewno< Nie ma innej drogi. Ktoś, kto jest wewnętrznie wolny, nie zwiąże się z kimś, kto ze strachu przed wolnością żyje tylko kawałkiem siebie. Nie odnajdziemy w świecie tego, czego nie odkryliśmy w sobie. Tylko zrealizowany mężczyzna znajdzie zrealizowaną kobietę. Tylko mądra kobieta znajdzie mądrego mężczyznę”
piątek, września 01, 2006
piątkowo, kinowo i baaaardzo pozytywnie
Dziś zupełnie spontanicznie wybrałam się do kina . Film nazywa się dosyć pretensjonalnie „Step up- taniec zmysłów”, ale wyszłam z kina tak naładowana pozytywną energią, że żałuję, że jest noc, a na rower ruszę dopiero rano. Fabuła filmu może i nieskomplikowana...Ale muzyka ...dokładnie taka jak lubię, kiedy potrzebuję zaczerpnąć skądś energii. Kręciłam sie na fotelu kinowym, chociaż najchętniej pokręciłabym biodrami (a nie da się na siedząco). No i taniec, w wykonaniu fantastycznie tańczących, młodych ludzi. Już dawno nie miałam poczucia, ze film był za krótki. Dziś tak. Skończył się, jak dla mnie, za szybko...Niewykluczone, że pójdę jeszcze raz, a na pewno będę polowała na ścieżkę dźwiękową. Kocham kino. Lubię to skupienie i zatopienie się w akcję, którego nie można osiągnąć w innych warunkach niż kinowe. I łapię wtedy taki dystans do świata i do ludzi, widzę swoje życie, siebie i wszystko, co mnie otacza z zupełnie innej perspektywy. Oczywiście przesłanie filmu bardzo nieskomplikowane. Wszystko jest możliwe, jeśli bardzo się tego chce... A świat nie musi sie dzielić na klasyków muzyki, czy tańca i na awangardzistów w tych dziedzinach.. To nie muszą być dwa przeciwstawne bieguny, da się połączyć to wszystko w przepiękną całość. A całość zaiste wyszła przecudna.
A teraz słucham sobie Niedźwiedzia i trójkowej listy...i mój euforyczny nastrój trwa i trwa..A jeśli juz zaczęłam kinowo, to może jeszcze słów parę na temat zupełnie odmiennego i gatunkowo i treściowo filmu, który też obejrzałam ostatnio. To „Dom nad jeziorem”. Przepiękna, sentymentalna historia ...o miłości. A może o różnych jej odcieniach? Może niepokojące jest tylko to, że ta filmowa miłość łączy ludzi, którzy żyją w odległych czasach. No nie takich bardzo odległych- to zaledwie 4 lata różnicy, ale i tak z treści filmu nie wynika, czy uczucie, które powstało w korespondencji listowej uda się zrealizować. Piękny , wyciszający film, magiczny , a magię to ja bardzo lubię:-)
No i nowe maszeruje równo. Negocjacje z nowym pracodawcą układają się pozytywnie, a ja zaczynam końcowe odliczanie. Jeszcze tylko 4 tygodnie w starej pracy...Pracuję sobie na luzie. Wychodzę po 8 godzinach pracy..Czy tak nie może zawsze być? Pytanie należy oczywiście do retorycznych.
W każdym razie życzę sobie, aby ten dobry nastrój, który towarzyszy mi ostatnio co dnia udzielił się troszkę i Wam, moi kochani czytacze blogowi.

