Powinnam zacząć jak w tym dowcipie o 5000 prawnikach na dnie morza. Zadać pytanie: „znacie to?” A potem odpowiedzieć, „ja też nie, ale się świetnie zaczyna”. Tak samo jak ten tytuł: „kot na magnolii”...nic takiego nie miało miejsca, ale za to jak świetnie brzmi...Ale nie! Właśnie, że miało miejsce, wczoraj. No i już opowiadam, żeby nie przedłużać.
Otóż siedzimy sobie w swoim pokoju w pracy, a właściwie, żeby być precyzyjnym, to pracujemy: ja i moje dwie koleżanki i słyszymy, jak sroka drze pysk. Dokładnie tak: drze na pełny regulator, wiec zerkam w kierunku okna, za którym jakieś półtora metra dalej rośnie drzewo magnolii. A na wysokości moich oczu (czyli ponad dwa pietra od ziemi) siedzi pasiasty kot i próbuje utrzymać równowagę, bo drzewo kończy się już prawie w tym miejscu...jakby, a wiatr zawiewa, no i drzewo, a z drzewem i kot kołyszą się na tym wietrze. Wokół kota lata sroka i drze się ile wlezie. Trudno ocenić, dlaczego ten kot tam się znalazł...Może wdrapał się za sroka, a może to sroka go pogoniła? W każdym razie zadałam kotu pytanie, jak wyobraża sobie powrót na ziemię, ale oprócz bezradnego „miau” nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Kot wprawdzie czynił próby wyjścia z tej sytuacji, ale oprócz okręcenia się w kółko wokół cieniutkiego w tym miejsca pnia nic nie wskórał. Więc otworzyłyśmy wszystkie okna na oścież, a ja delikatnie przyciągnęłam drzewo do okna...za te cienkie gałązki. W międzyczasie moja koleżanka z pokoju miała wizję wystrzelenia kota w kosmos poprzez puszczenie napiętych gałązek, więc czynność ratowania kota była dużo trudniejsza z powodu powstrzymywania śmiechu (wyobraźnię to ja mam bogatą i obrazową...jakby).
Kot wskoczył na parapet, ocenił możliwość zeskoczenia z parapetu na ziemię, ale wybrał opcję wejścia do pokoju. Potem biedny próbował dostać się na dwór, ale bez sukcesu. Wzbudził ogólne zainteresowanie i sympatię naszych kolegów i koleżanek, ale jakoś nie był tym faktem zachwycony...On chciał po prostu znaleźć się jak najszybciej w miejscu, gdzie podjął trochę pochopną decyzję o wspięciu się na drzewo magnoliowe.
W końcu koleżanka zwabiła go do siebie, wzięła pod pachę i zniosła na dół. Miał ten kot szczęście, ze trafił na kociary...Inaczej musiałby zamieszkać na tym nieszczęsnym czubku magnolii.
Moje życie płynie sobie spokojnie i szczęśliwie. Z nieustającą obecnością Bohuna u boku. U boku realnego a czasem wirtualnego. Inaczej się po prostu nie da. Ale i tak jest bardzo, bardzo :-)
Ostatnio, gdzieś tak w sobotę chyba chcieliśmy obejrzeć „Epokę lodowcową 2”, ale kolejka do kasy kinowej była za długa i mieliśmy za dużo czasu do namysłu...I nas podkusiło, a właściwie, to żeby być uczciwym przyznam się, ze to mnie podkusiło...No bo ja lubię horrory, a oglądanie horroru w towarzystwie silnego męskiego ramienia, do którego można w chwilach grozy się przytulić wydawało mi się bardzo kuszącą wizją. No i poszliśmy na tego horroła. Nazywało się to chyba „Silent hill” i było totalnym nieporozumieniem. Tzn. strasznie śmieszne to było, wiec ubawiłam się beznadziejnością tych niby strasznych scen, a w międzyczasie miałam trzy próby uśnięcia. Nieudane, bo Bohun czuwał. On też próbował mnie uciszać, kiedy się śmiałam, bo obok niego siedzieli jacyś zaangażowani fani tego filmidła. Zasnąć nie zasnęłam, ale od śmiechu powstrzymać się nie mogłam. Więc już obiecałam solennie sobie i Bohunowi, że nigdy więcej bez dokładnego rozeznania, co to za film, do kina nie pójdę. Nie pójdziemy. Howq.