czarodziejka i ....

wtorek, kwietnia 24, 2007

strachy na lachy a Fraucia broi

Ostatnio, kiedy dzwoniłam do Mamy usłyszałam, że zdarzyło się wielkie nieszczęście…Kurcze, zdrętwiałam od stóp po czubek głowy i z niepokojem spytałam: „a co się właściwie stało?” Usłyszałam w odpowiedzi, że światło w pokoju Tatki samo zapaliło się w nocy, Mama je zgasiła, ale potem po raz drugi się zapaliło i Mama bała się je zgasić , a za jakiś czas samo się wyłączyło. Gwoli wyjaśnienia dodam, że Tatko mieszka na stałe w Katowicach, a tej nieszczęsnej nocy akurat gościł u mnie. No …zaczęłam ostrożnie, ale gdzie tu nieszczęście? Mama nabrzmiałym z emocji głosem : „to zły znak”. „Mamo, proszę Cię, nie histeryzuj, to tylko urządzenie, a urządzenia są czasem wadliwe, a może jakiś owad tam przysiadł?” (urządzenie działa na sensor). „Owad????? Jaki by mógł tam być owad !!!! Mówię Ci, że to zły znak!” Poprosiłam Mamę, żeby poczekała, aż Tata wróci do domu i żeby podzieliła się z nim swoimi podejrzeniami.

No cóż…okazało się, że Tatko podczas swojego aktualnego, czasowego pobytu w Warszawie ustawił we włączniku opcję antyzłodziejską, czyli żeby światło się samo zapalało i gasło, tak aby było wrażenie, że ktoś jest w mieszkaniu…ot i cały sekret i nieszczęście.

Dziś rano obudził mnie jakiś hałas…Wcześnie rano, tak koło czwartej. Oczywiście, jak zwykle pomyślałam, że to Melka. No tak się jakoś utarło, że to Mela broi. Reakcja samych kocin na to wskazuje. W przypadku jakiegoś hałasu, szkody, upadku to Melka ucieka buksując łapkami po parkiecie, aż się za nią kurzy, a Fraucia siedzi z miną mówiącą: „ale o co chodzi? Ja tu siedzę i nic nie zrobiłam”. Podejrzewam, że wina rozkłada się pół na pół, ale Fraucia ze swoją strategią zawsze wygrywa, a Mela ucieka po prostu na wszelki wypadek :-)

Ale dziś Melka spała tuż obok mnie, wiec nie mogła nic zbroić…Dopadłam do kuchni i poczułam się tak, jakbym chodziła po piachu…Nieprzytomna troszkę (w końcu czwarta rano) zaczęłam się przyglądać podłodze i znalazłam jakiś obiekt…który po bliższym badaniu okazał się być kromką bułki wrocławskiej. No tak, wczoraj wieczorem ułożyłam bułkę na kaloryferze, żeby sobie wyschła (cel finalny: bułka tarta), a Fraucia postanowiła ją upolować…Przecież głodzę swoją zwierzynę i biedne kotki muszą sobie szukać jedzenia same. A taka wysuszona bułka to znany koci przysmak…Kromeczka spadła z hurkotem i ponieważ zdrowo wyschła przez noc, rozsypała się w postaci wysuszonych okruchów po podłodze w kuchni…Nazwałam Fraucię różnymi imionami, wrzuciłam pozostałe kawałki suchej bułki do reklamówki i wróciłam dospać.

niedziela, kwietnia 22, 2007

pracuję w stadzie baranów

I już wyjaśniam tytułową zagadkę. Na 6 osób zatrudnionych w centrali mojej nowej firmy (no coś w rodzaju centrali) 3 są urodzone tego samego dnia, co ja, a jedna dzień później:-) (chociaż nie tego samego roku). A ponieważ jestem spod znaku Barana, no to skojarzenie nasuwa się samo. Praca na razie wygląda interesująco. Stanowisko mam nowe, więc muszę trochę inwencji twórczej włożyć w to, żeby je stworzyć i żeby zaczęło funkcjonować i w dodatku, żeby przyzwyczaić do tego funkcjonowania ludzi.... Podróże wymienione w streszczeniu wiążą się z lokalizacją jednostek należących do grupy... Jeszcze tylko w Rumunii nie byłam:-) Pracę zaczęłam pechowo, bo od spotkania rekrutacyjnego (ostatni czwartek marca) do świąt gnębiła mnie jakaś zaraza. Temperatura mi skakała, zwłaszcza wieczorem i byłam tak sponiewierana tą zarazą, że mi chyba na głowę padła, bo chciałam zrezygnować z pracy, byle się tylko wreszcie położyc. Na szczęście zaraza poszła precz i od świąt czuję się wyśmienicie. Więc nawet dojazdy w czasowym wymiarze 2 godzin dziennie nie są mnie w stanie ruszyć. No ale komórki mózgowe ruszać trzeba, więc skorzystałam z faktu, że w miejscu, gdzie pracuję, lektor udziela lekcji angielskiego i zaczęłam się uczyć. Nie fizycznie na razie, tylko zgłosiłam chęć udziału. Bo angielski niezbędny jednak w pracy mi jest.

Będzie kocia dygresja. Melka spadła z balkonu i fakt ten jednak godzien jest odnotowania, bo spadek zakończył się nietypowo. Zazwyczaj jak spada (spokojnie – 1 piętro) to pozostaje w miejscu spadunku drąc koncertowo pysk (pyszczek tu żadną miarą nie pasuje). Tym razem jednak miała konkurencję w postaci: dwóch szczekajacych psów (jeden basem, jeden falsetem), piszczących, krzyczących i płaczacych dzieci (w różnym wieku) i turkoczących po płytkach chodnikowych plastikowych rowerków i innych samojezdnych wynalazków. Spadunek zauważyłam w momenie sypania chrupków kocich do miseczki. Ten dźwiek wywabiał zazwyczaj Melkę z najdalszych zakamarków mieszkania i zawsze dopadała do miski pierwsza kotłujac po drodze Fraucię. Tym razem przy misce pojawiła się pojedyncza Fraucia. Wyszłam więc na zewnątrz i wołajac Melę obeszłam okolice, gdzie mogła spaść. A spaść mogła z dwóch balkonów i oba były czynne, czyli otwarte. Po jakichś 10 metrach na moje wołanie zaczeły odpowiadać kocie miauki... w brzmieniu bardzo spanikowane. Bardzo użyteczne okazały sie podwórkowe dzieci (te mówiące, bo tych niemówiących też jest cała gromada, ale do celów poszukiwawczo-wywiadowczych były kompletnie bezużyteczne). Dzieci te poinformowały mnie, że na balkonie parterowym schował się czarny kotek. Bingo! Ale czarny kotek był w dużym stresie i oprócz wydawania z siebie panicznych dźwieków nie był w stanie podjąć żadnych innych czynności czyli podejść (podskoczyć) w pobliże moich rąk. Na szczęście balkon był od strony lasu, a nie podwórka, wiec przynajmniej koci stres był połowiczny. Dzieci okazały się być użytecznymi i wskazały mi właścicielkę balkonu, która z dzieciem przebywała na podwórku. Tym razem kolejny lot Melki zakończył się pozytywnie, ale ja zastanawiam się tylko , ile czasu potrzebuje 4-letnia kotka, żeby zrozumieć, że sztuka chodzenia po barierce balkonu jest poza jej możliwościami? I tym retorycznym pytaniem pozwolę sobie zakończyć dzisiejszy przekaz.

No i jeszcze wyjaśnienie: zdjęcie widoczne poniżej jest zapowiedzą opowieści o nartach w Alpach:-)

resume

No to na razie streszczenie:-) Żeby od czegoś zacząć....

  • szukałam pracy

  • chorowałam (tak za wszystkie czasy)

  • ale chodziłam na tai chi (czasem 5 razy w tygodniu)

  • pojechałam rodzinnie (z Młodymi ) na narty w Alpy

  • a jak wróciłam, to spotkanie w sprawie pracy zaskutkowało rozpoczęciem nowej pracy

  • byłam w Budapeszcie (jeden dzień)

  • w Kwidzynie

  • w Gliwicach

  • w Kętrzynie

  • znów mam 25 km do pracy

  • postarzałam się o rok

  • Melka po raz kolejny spadła z balkonu

  • Tatko był z przelotną wizytą

A tematy postaram się rozwinąć :-) I tak ciągle włażę w dygresje jak żaba w pomidory, więc nie bedzie to stanowiło najmniejszego problemu:-)