strachy na lachy a Fraucia broi
Ostatnio, kiedy dzwoniłam do Mamy usłyszałam, że zdarzyło się wielkie nieszczęście…Kurcze, zdrętwiałam od stóp po czubek głowy i z niepokojem spytałam: „a co się właściwie stało?” Usłyszałam w odpowiedzi, że światło w pokoju Tatki samo zapaliło się w nocy, Mama je zgasiła, ale potem po raz drugi się zapaliło i Mama bała się je zgasić , a za jakiś czas samo się wyłączyło. Gwoli wyjaśnienia dodam, że Tatko mieszka na stałe w Katowicach, a tej nieszczęsnej nocy akurat gościł u mnie. No …zaczęłam ostrożnie, ale gdzie tu nieszczęście? Mama nabrzmiałym z emocji głosem : „to zły znak”. „Mamo, proszę Cię, nie histeryzuj, to tylko urządzenie, a urządzenia są czasem wadliwe, a może jakiś owad tam przysiadł?” (urządzenie działa na sensor). „Owad????? Jaki by mógł tam być owad !!!! Mówię Ci, że to zły znak!” Poprosiłam Mamę, żeby poczekała, aż Tata wróci do domu i żeby podzieliła się z nim swoimi podejrzeniami.
No cóż…okazało się, że Tatko podczas swojego aktualnego, czasowego pobytu w Warszawie ustawił we włączniku opcję antyzłodziejską, czyli żeby światło się samo zapalało i gasło, tak aby było wrażenie, że ktoś jest w mieszkaniu…ot i cały sekret i nieszczęście.
Dziś rano obudził mnie jakiś hałas…Wcześnie rano, tak koło czwartej. Oczywiście, jak zwykle pomyślałam, że to Melka. No tak się jakoś utarło, że to Mela broi. Reakcja samych kocin na to wskazuje. W przypadku jakiegoś hałasu, szkody, upadku to Melka ucieka buksując łapkami po parkiecie, aż się za nią kurzy, a Fraucia siedzi z miną mówiącą: „ale o co chodzi? Ja tu siedzę i nic nie zrobiłam”. Podejrzewam, że wina rozkłada się pół na pół, ale Fraucia ze swoją strategią zawsze wygrywa, a Mela ucieka po prostu na wszelki wypadek :-)
Ale dziś Melka spała tuż obok mnie, wiec nie mogła nic zbroić…Dopadłam do kuchni i poczułam się tak, jakbym chodziła po piachu…Nieprzytomna troszkę (w końcu czwarta rano) zaczęłam się przyglądać podłodze i znalazłam jakiś obiekt…który po bliższym badaniu okazał się być kromką bułki wrocławskiej. No tak, wczoraj wieczorem ułożyłam bułkę na kaloryferze, żeby sobie wyschła (cel finalny: bułka tarta), a Fraucia postanowiła ją upolować…Przecież głodzę swoją zwierzynę i biedne kotki muszą sobie szukać jedzenia same. A taka wysuszona bułka to znany koci przysmak…Kromeczka spadła z hurkotem i ponieważ zdrowo wyschła przez noc, rozsypała się w postaci wysuszonych okruchów po podłodze w kuchni…Nazwałam Fraucię różnymi imionami, wrzuciłam pozostałe kawałki suchej bułki do reklamówki i wróciłam dospać.


