czerwiec... poradnik działkowca
piatkowo i o wszystkim i o niczym...
Jakoś tak ostatnio zarzuciłam pisanie. Po pierwsze po urlopie ciężko było mi wrócić do rzeczywistości (mało czasu, albo brak umiejętnego zorganizowania tegoż czasu), po drugie pogoda i to, że jest długo jasno jakoś nie skłania do siedzenia przy komputerze.
A w tzw. międzyczasie udało nam się zaliczyć kolejną wizytę u Czesława z Katowic...A wizyta byłą spowodowana zaproszeniem na rozpoczęcie sezonu działkowego u naszej śląskiej rodziny. Tym razem obyło się bez excesów, było tez spokojniej, może dlatego, że nie pojechali z nami młodzi. Ale był grill, alkohol, wino, kobiety i śpiew...No może nie tak dokładnie, bo zamiast wina były driny, ale kobiety były i śpiewały (o tańcach nie wspomnę) a niektóre nawet grały mimo, że instrument był wyimaginowany. Było bardzo sympatycznie, a Sister stworzył nową tradycję (nową dla śląskiej rodziny) znikania na czas długi z zasięgu słuchu (było ją widać) z komóreczka przy uchu...Ja się już przyzwyczaiłam, rodzina mocno się dziwiła...ale akceptuje się tam różnych dziwaków, więc problemu większego nie było:-)
Co do smsów, to w pierwszą noc pobytu (piatek/sobota) komóreczka nieszczęśliwie spadła z kanapy, na której spałyśmy i rozczłonkowała się na części niemalże pierwsze.. (bez mojego udziału ani nawet pobożnych życzeń) i spokój był aż do rana, kiedy to Sister zgrabnie do tzw kupy komóreczkę poskładał i z pod kołdry smsy nadawał (tam też je przyjmował).
Wzbudził tym ogromną wesołość Tatki, który zajrzawszy rano do pokoju (w którym spałyśmy) ujrzał tylko siakiś niekształtny pęceł z kołdry, pod którym widać było oznaki zycia... Doceniam wszelako starania Sistera o mój spokojny sen :-)
Widać podobno postępy w robotach wieśniakowo-budowlanych na działce w lesie...Czeka nas w najbliższym czasie zgarnianie igliwia nagromadzonego przez jakieś kilkanaście lat. Podobno po usunięciu tegoż igliwia wyjdzie mech a może nawet i inne rośliny. O to się pewnie postara Sister, który został samoistnie mianowany naczelnym ogrodniczym tej posiadłości.
Mam zamiar odebrać obiecany rower od Mamci...tylko problem mam, bo to ponad 20 km przez Warszawę i w dodatku przez Wisłę trzeba się przedrzeć...Myślę, że ta moja wyprawa będzie świetnym materiałem na kolejnego bloga.
Póki co, na razie nic się nie dzieje...oprócz tego, że stary Młody wziął się za uprawianie sportu (podobno sport to zdrowie) przy czym kontuzjował sobie kolano (do krwi se kontuzjował) i chodzi teraz systemem „koń kuleje” , miejmy nadzieję, że to go nie zniechęci do kontynuacji czynnego uprawiania sportu.
Młody Młody kończy szczęśliwie kolejny rok edukacji, więc go prawie nie widujemy...
Koty się wyciszyły i czekają rano cierpliwie aż się obudzę (zwłaszcza Mela korzystając z tego, że śpię na wznak układa mi się na klatce z piersiami i dyszy mi prosto w twarz czekając aż się ocknę...)
Spokój wszędzie i właściwie życie płynie sobie leniwie....oprócz tego, że Sister planuje relokację na rubieże zachodnie...Hm ktoś się będzie cieszył, ktoś się zmartwi...
Tyle na dziś...a miał być tak w ogóle blog o tarocie, ale ponieważ wyszło mi co innego to tarot powróci jako temat, ale może po rowerze i naszych wysiłkach nadziałkowych (igliwie! Igliwie!). A tak btw to zgodnie z wieloletnią tradycją mamy dziś spore zachmurzenie...no bo weekend się zaczyna, na co komu słoneczna pogoda w weekend????
I to by było tyle na dziś...
2004-06-04 08:59:17
prosto z roweru
Tak jak obiecałam relacjonuję moją eskapadę rowerową. Troszkę się oczywiście bałam, bo trasa była dosyć długa (stare Bemowo-Tarchomin) a po drodze most Grota-Roweckiego, który jako niebezpieczny został przeze mnie wyeliminowany. Rower został omieciony z pajęczyn i okazało się, że nie ma absolutnie powietrza w oponach, co absolutnie dyskwalifikowało go, jako środek transportu. Mamcia dostarczyła mi dwie pompki: jedna nie pasowała zupełnie, druga niby pasowała, ale jakoś powietrza w oponach nie przybywało. Mamcia, widząc moje wysiłki powiedziała, nie męcz się dziecko, tu jest blisko stacja benzynowa, na pewno mają ten taki bzykacz, co powietrze do opon wtłacza. Poszłyśmy sobie spacerkiem, dotarłysmy do stacji i całe szczęście była czynna...a uprzejmy pan zrobił mi bzyk bzyk (po jednym na każdą oponę) sprężonym powietrzem i już. Pomyślałam sobie, że zawsze tak będę uzupełniać powietrze w oponach: szybko, łatwo i przyjemnie :-)Ruszyłam w miasto i okazało się : że po pierwsze mogę zrobić użytek z radia w telefonie (do tej pory tego nie robiłam- a teraz jak znalazł!) a po drugie Warszawa kocha rowerzystów. Wszędzie ścieżki i ścieżki, mnóstwo innych rowerzystów, a tam gdzie ścieżek brak można zawsze chodnikiem przemknąć. Dotarłam mniej więcej po półtorej godzinie (via most Gdański) i podobała mi się ta jazda tak, że chętnie zrobiłabym taką drugą trasę. Szczęśliwie zdążyłam przed deszczem...co ja mówię, przed burzą okrutną z piorunami...Ale za to wczoraj ruszyłam znowu. Zaatakowałam most Grota Roweckiego, bo wiodły tam ślady innych rowerzystów. Okazało się, że jest tam taki pas, gdzie są latarnie i całkiem spokojnie da się tamtędy przejechać. Rower okazał się być rowerem górskim, ale w warunkach miejskich sprawdza się cudnie. A ja mogę zapokoić moją potrzebę pędu i efektu świstu w uszach. Ogłaszam niniejszym: rower lepszy jest od łyżew, bo można jeździć wszędzie a nie tylko w kółko. No i oczywiście spotkało mnie coś niezwykłego. Miałam kiedyś przyjaciela...nawet więcj niż przyjaciela...z jedna zasadniczą wadą: był (a właściwie nadal jest) żonaty. Jeździliśmy razem właśnie na łyżwach..on pomógł mi je zanabyć. Rozstalismy się, bo nie da się funkcjonowac w takim układzie, ale czasem jeszcze (rzadko bo rzadko ale zawsze) wysyłamy sobie smsy. I wczoraj, kiedy jechałam równolegle do Jagiellońskiej minęliśmy się...On jechał z żoną...ja sama...taki lajf
2004-06-07 07:49:57
zakopana...zakopana...
To parafraza znanej piosenki Reni Jusis...a pasuje jak ulał do sytuacji, która wydarzyła się mojej siostrze ale poniekąd i nam czyli Mamuśce i mnie... Obiecałysmy Mamie, że pojedziemy w niedzielę na naszą nową działkę, co by zgrabić z niej wieloletnie pokłady igliwia...czyli akcja "uwolnić mech!". Ale w sobotę wieczorem popadało i to ostro...a nawet, jak już pisałam w poprzednim kawałku bloga, burza przeleciała. Nie usmiechało nam się zgarnianie ściółki w charakterze gnoju, a sugestie Mamci (nieśmiałe) że nie będzie się przynajmniej kurzyło zlekceważyłyśmy. W związku z tym poranek niedzielny zaczął się od kosmicznej awantury, jako że Sister próbował się odciąć od pomysłu grabienia mokrego runa...a Mamcia wzięła tę próbę za próbę odcięcia się od niej...Co to się działo...mnie się też dostało, zanim zdołałam wytłumaczyć, że możemy przecież pojechać obejrzeć postępy robót wieśniaczych (mizerne- jak tak dalej pójdzie, to przed zimą nie skończą). Udało się Mamcię jakoś ugłaskać a i Sister stwierdził, że mozna jechać, żeby poogladać... Ale chętna nie była, wykazywała raczej dobrą wolę w kierunku ugładzenia napiętych stosunków z Mamuśką. Mama miała żal, że chciała jedzenie zabrać na grila...że my ciagle i ciagle uciekamy do Katowic...a ona sama z tą działką...No łotewer...no comments...pojechałyśmy..Droga tam miejscami wyboista, a samochód Sistera stary więc musiałam się przypiąć pasami (siedząc z tyłu) bo mnie tak rzuciło o drzwi, że myślałam, że wypadnę. Ubrane byłyśmy nie roboczo (jak wizytacja to wizytacja) : Sister na czarno (rajstopki, spodnie, buciki eleganckie i te rzeczy) ja w charakterze pańci, w czarnych klapeczkach i sukience w kwiatki....a podaję te szczegóły nie bez powodu...Zabezpieczone byłyśmy też w spraya antykomarowego, bo komary jak byki tam latają. No i zdołałysmy dotrzec prawie do naszej działki, kiedy okazało się, że nazwa Piaski Duchowne nie wzięła się z powietrza...tzn. co do duchownych nie mam teorii, ale że piaski to fakt. No i Sister się wziął i zakopał ze swoim autem. No to zaczęłyśmy zwlekać gałęzie i patole rozmaite, co by pod koła podłożyć, spryskałyśmy się offem i niniejszym komunikuję, że do offa świetnie przykleja się piasek ...duchowny...Nóżki szybko miałam jak dziewczyna od krów...Mamci białe skarpetki nabrały koloru szarego i wyglądała tak, jakby nosiła je od dwóch tygodni...a po Sisterze nic nie było widać, bo buty miałą kryte, a rajstopki i spodnie czarne... Po pierwszej próbie wypchnięcia słuzbowej taradyi z piachu rzeczona taradyja utkwiła na amen...Sister ochoczo wziął się do podkopu (łopatą do zgarniania śniegu, z tym , że bez trzonka) i był cały zmęczony i czerwony na twarzy, bo wziął utknął w pełnym słońcu...Samochód się uwiesił na przodzie, a kółko mu się kręciło...Nie mogłam patrzeć na te wysiłki (dla mnie bezskuteczne) więc poszłam poszukać pomocy. Okazało się, że w agrogospodarstwie (tuż obok) mają traktor...ale taki jak dla dzieci...Za to gospodarz zaprowadził mnie do naszych sąsiadów, co to , jak się okazało, też na dniach utknęli. Wydostali się z pomocą desek, ale zakopanie Łondy wyglądało tak poważnie, że deski nie wydawały się dobrym rozwiązaniem. Więc uprzejmy sąsiad wsiadł w samochód i pojechał po pomoc. Wrócił, obiecał rychłą odsiecz (w charakterze chłopa z ciągnikiem)czym zaskarbił sobie naszą dozgonną wdzięczność. Jak się okazało zakopanie było potężne, albowiem próby wydłubania auta z piasków duchownych spowodowały osadzenie tegoż auta bardzo głęboko. Traktor zerwał najpierw jedną taśmę, potem wzmocnił ją drugą, wreszcie z wielkim wysiłkiem (naprawdę!!!!!) Łondę z kłopotów wywlókł. Oczywiście były lekkie problemy z zapłatą (po co komu w lesie i piaskach pieniądze???!!!???), udało się jednakowoż coś tam wydłubać i z twarzą wyjść, a raczej wyjechać. Sistera wściekłość była wyraźna i namacalna...co zaskutkowało bardzo szybka jazdą...i niebezpieczną...Sister w głębokim stresie odmówił pozostania w gościnie u Mamci i konsumpcji smakołyków i ogladania zdjęć z Piwnicznej... i pojechał sobie z piskiem opon... Potem podobno (to już jej relacja) rozebrał się u siebie w przedpokoju, gdzie pozostało pół kilo piasku duchownego... A nie chciał jechać na działkę...No no nie chciał....Co Mamcia skomentowała: zupełnie jak Wasz ojciec, jak nie chciał czegoś zrobić, a zrobił, to zawsze mu się coś działo...(w sensie niedobrego) a to sobie palec urżnął, a to nogę skręcił...i tez komentował: a od razu mówiłem, że nie chcę tego robić...MAm nadzieję, że Sister już do siebie doszedł i dołoży siakiś komentarz:-)
2004-06-07 08:33:44
rower...
Moja przygoda rowerowa trwa. Nie obyło się (jak to zwykle bywa) bez przykrych zdarzeń. Pojechałam sprawdzić drogę, która mogłabym dojeżdżać do klubu sportowego. Droga zupełnie nie dla rowerów, ale za to na tej drodze odkręciły mi się śrubki mocujące kierownicę...która to kierownica leciała albo do przodu, albo ku mnie. Zatrzymywałam się co 200 m i przez materiał bluzy (którą miałam na sobie) próbowałam śrublki palcyma dokręcić...tyleż trudno, co bezskutecznie...no juz nie wspomnę, że w rezultacie niebezpieczne..Bo zdecydowałam jednak do klubu dojehać (blizej niz dalej było. Trafił się kawałek z górki...no to sru...sru jak sru, a hamulce gdzie? Kierownica poszła do przodu, a hamulce jeszcze bardziej...jednym rozpaczliwym ruchem zjechałam na trawę i ...zbliżyłam się do niej. Adrenalinka była :-) ale pan dozorcowy w klubie dokręcił mi śrubkę na tzw. zicher i mogłam spokojnie wrócić do domu. Jeżdzenie mimo to nadal mi się podoba i nawet, póki co, pogoda mi sprzyja. Zanabyłam sobie mapkę rowerową Warszawy i mam zamiar (szczytny) stolicę pooglądać z poziomu roweru. Okazuje się, że z samochodu niewiele widac, a z roweru a i owszem. Jutro czeka nas kolejna wyprawa na działkę, więc pewnie będzie kolejny temat na bloga, zwłaszcza, że zabiera się z nami młody Młody, którego, jak podejrzewałam, zafascynowała możliwość pojeżdżenia konno...No to zobaczymy jak bedzie :-)
2004-06-09 07:43:57
działka story...
Bo pewnie jeszcze nie raz o niej bedę pisała, wiec niech będzie story. A trzeba by było zacząć od zamówienia, które złozyła u mnie Mamcia. Na kupno takich grabi do zgarniania 20-letniej ściółki i jakichś lekkich taczek. Lekkie? taczki? Nawet nie będę ich szukała, a mamie powiem, że takich nie ma... Wchodzę do pewnego francuskiego hipermarketu budowlanego...i co widzę? Lekkie taczki! połączenie rurek aluminiowych i jakiegoś plaściorowego materiału...No to zanabyłam mamrocząc coś o dziwnych umiejętnościach przewidywawczych Mamci. Ruszylismy tym razem pełną ekipą (dołączył młody Młody), i wiadomo było, że z Młodym nudno nie będzie. Piknik rozpoczęliśmy parę km przed celem kupujac w wiejskim sklepiku kiełbasę dwojga rodzajów, pomidory i lody...Właściwie nie ja kupowałam, tylko Mamcia z Łondą, a Młody naciągnął je na lody i wyprosił też dla swojej mamusi...takie dobre z niego dziecko. Konsumpcja w samochodzie odbywała się zgodnie: Mamcia z Łondą wcinały kiełbasę, a ja z Młodym lody. Udało nam się szczęśliwie dojechać na miejsce a tam czekała na nas niespodzianka w postaci rozsiedzonej Baby-Chłopa. Mamy taka sąsiadkę, co to gdyby nie piersi (bo szczupła jest) to wygladałaby jak zaniedbany facet...a tak ...wyglada jak Babo-Chłop (również nie za bardzo zadbany). Cóz się okazało? Baba-dziwo była do tej pory nastawiona do nas bardzo przyjaźnie, bo Mamcia miała zanabyć jeszcze kawałek ziemi, sąsiadujący z jej kawałkiem od niejakiej baby Pióro (tak się nazywa..czy coś koło tego, w kazdym razie dostała ksywę Baba Pióro). Baba Pióro (zaprzyjaźniona chyba poniekąd z Babą-Chłopem) okazała się być chytrą babą i zażądała wiekszych pieniędzy niż się z Mamcią umówiła, więc ostatecznie transakcja dotycząca zakupu tego dodatkowego kawałka nie doszła do skutku. Podejrzewamy, że miało to spory wpływ na zdecydowanie negatywną postawę Baby-Chłopa. Poprzednim razem sama przytargała łopatę, co by Łonda się sprawniej z piachu wydostała...a teraz pluła złością... po pierwsze chłopo-robotniki zniszczyły jej kawałek płotu (to zniszczone badziewie nawet koło płotu nie stało)...ale przyjęłyśmy fakt do wiadomości i ze zrozumieniem i obiecałysmy działania naprawcze, a potem zasyczała do Sistera, zeby natychmiast odjechał z jej drogi (droga wspólna!!!), a nie zdążyliśmy nawet taczek załadować. Albowiem, aby uniknąć wkopania się w piach Sister zaparkował na wysokości Baby-Chłopa. I nie pomogły tłumaczenia, że tylko wypakujemy dobytek i juz ruszamy...Baba stwierdziła, że ruch tu ogromny i zaraz coś na pewno będzie jechało. Kiedy Sister wycofał się z samochodem babus dopadł jeszcze Mamcię jęcząc ponownie o popsutym płocie...Niedobrze zaczyna nam się to współsąsiedztwo...Młody ochoczo poprowadził taczki wyładowane artykułami spożywczymi, grzebczymi i grillem. Po zmontowaniu narzędzi rozpoczęliśmy akcję "uwolnić mech", która polegała na grabieniu 20-letniego igliwia. Sister zabawił sie w ogniomistrza i rozpalił ognisko, w które wrzucaliśmy zgrabione igliwie. Jeżdził tez po działce i zbierał patyki do spalenia w taczkę, co, jak było widać gołym okiem, sprawiało mu ogromną satysfakcję. Z naszego przyjazdu ucieszyły się głównie komary i muchy i inne latające truchło, więc znów należało użyć offa. Pracowało nam się nieźle, aczkolwiek przeszkadzała nam Mamuśka, która namawiała nas do : wypicia wina, wypicia kawy z termosu, zjedzenia czegokolwiek z bogatych zasobów, które przywiozła w dwóch tobołkach. Udało nam się jakoś popracować, ale dopadł nas deszcz. Nie mamy kluczy do domku, a domek ma niewielki okapek (okapik???) więc stanęliśmy rzędem wzdłuż okapiku i zaczęliśmy konsumpcję. Młody ucieszył się nadzywczajnie z gotowanych jajek, tudzież z innych pomysłowo przygotowanych przez Mamcię wiktuałów. Musielismy wygladać doprawdy malowniczo. Konsumpcja w popzycji na baczność...w jednym szeregu.
Czas było jednak opuścić działkę, bo niestety rozpadało się na amen. Został jednak problem ogniska, które dymiło i dymiło. Więc ogniomistrz Sister dźgał ognisko długą dzidą sosnową (wygladał przy tym jako żywo jak flisak na Dunajcu), trochę wlał wody, ale dym leciał i leciał. Leciał być moze wskutek połączenia gorących elementów ogniska z padającym deszczem, ale Mamcia była mocno zaniepokojona. Dziecko, zwróciła się do mojego prawie 2metrowego synusia, a moze bys to zadeptał??? Doprawdy pomysł dnia to był...Tlące się resztki o średnicy conajmniej 2 metrów zadeptać...Ale Młody przytomnie odpowiedział: a co ta ja derwisz jestem, żeby po gorącym latać? i się wykręcił. Niemniej jednak zaufaliśmy padającemu deszczowi (jutro się okaże, jaki był finał ogniska) i spakowalismy cały rozwleczony po tarasie dobytek do taczek i wpakowaliśmy się do samochodu. No może nie tak od razu, bo Młody wywalił zawartość taczek na drogę i do wszystkiego przyczepiło się czarne błotko. W zwiazku z tym Sister kategorycznie odmówił zapakowania sponiewieranego dobytku do samochodu...Dopiero po wyłozeniu folią z taczek dokonał załadunku. Ruszylismy szczęśliwi, z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku, kiedy nagle na środku drogi, wycieraczki samochodu Sistera zakończyły żywot. Tzn stanęły na baczność i ani w tę, ani we w tę...A zdążył mi Sister opowiedzieć, jak to miał przygodę w podrózy słuzbowej onegdaj, jak czekał 1,5 godziny na pana startera i jak pan starter po naprawie wycieraczek zakazał kategorycznie ich używać... No i klops...Sister jechał więc w dwóch pozycjach : czajnik i ET. Czajnik, kiedy obserwował drogę dołem szyby, ET, kiedy górą...wszyscy próbowaliśmy obeserwować drogę...i metoda "czajnik" była najskuteczniejsza. Musielismy stanowić malowniczą grupę. Sister cudem uniknął zderzenia z matołem sobotnio-niedzielnym, który wepchnął nam się pod maskę...i tak zakończyła się nasza wyprawa. Grill się przejechał, samochodem i taczkami i myslę, że miał sie najlepiej z nas wszystkich.
Jutro kolejna wyprawa, tym razem bez Młodego, ale za to spróbuję pojechać rowerem (wariactwo, ale jakie miłe!!!)
No i juz...to było by na tyle na dziś...
2004-06-12 20:43:08
działka story cd.
No obiecałam to i piszę. Nie pojechałam na rowerze na działkę (chociaż spenetrowałam początek rowerowego szlaku kampinoskiego), ponieważ ekipa nam się wykruszyła. Sister alergię złapał...tzn. nie złapał, bo ma ją cały czas, tylko mu się zaogniła, młody Młody stwierdził, że już się napracował, a stary, że pojedzie, jak już będzie do czego. Więc ruszyłam na rowerze do Mamuśki, a od niej ruszyłyśmy tylko we dwie samochodem. Jeden przynajmniej pożytek z tej naszej wyprawy: oceniłyśmy postęp robót (paliki pod siatkę na całej działce zrobione już z obmurówką, czy podmurówką i pomalowane; brama i furtka, na razie do nikąd)...musi być dygresja, bo coś mi się przypomniało. Dawno temu, na samym początku mojego małżeństwa, miesiące letnie spędzałam z Młodym i exem na Kaszubach, gdzie ex był chwilowo oddelegowany. I na tym zesłaniu odwiedzili nas rodzice. Zajechali do nas głęboką nocą i Tatko pracowicie i pieczołowicie ustawił samochód za bramą, którą dokładnie zamknął. Za dnia okazało się, że miejsce, w którym mieszkaliśmy było usytuowane na zakręcie drogi, a płot obok bramy był często celem ataków niewyrabiajacych się na zakręcie samochodów, w związku z tym został zlikwidowany i wcale go nie było. Rodzice mieszkali w namiocie, ale ponieważ samochody od rana jeździły (droga to droga) a samoloty latały (ex był związany z lotnictwem wojskowym) Tatko stwierdził, że poczuł się tak, jakby spał na skrzyżowaniu pasa startowego z autostradą :-) Koniec dygresji. Tak więc brama i furtka póki co do nikąd, ale pomalowane wszystko farbą, i tylko patrzeć, jak pojawi się siatka. Zysk z tej wyprawy taki, że przekonałam Mamcię, że nie warto jeździć 50 km po to tylko, żeby pomachać grabiami. Że lepiej jeździć, jak już domek będzie gotowy i praca będzie się odbywała niejako równolegle z innymi czynnościami takimi jak : opalanie się na leżaku, konsumpcja czegokolwiek w pozycji siedzącej (a nie na baczność), tudzież różnymi innymi. Mamcia dała się przekonać, więc pewnie na miesiąc będziemy mieli wszyscy spokój, zwłaszcza, że odgarnęliśmy igliwie w okolicach domku. Rowerem sobie pojeździłam i nawet odkryłam przeprawę niby-promem przez Wisłę, co znacznie skraca mi drogę w kierunku działki. Do pracy sobie też raz pojechałam ...a co 23 km w jedną stronę, to już nie problem. No i tyle by było na dziś...
2004-06-14 08:01:01
jednak cd działka story
Wczoraj zupełnie znienacka zostałam wkręcona w jazdę na działkę (a jednak!), nadprogramowo i niejako w zastępstwie Łondy, która samochodu z powodu posutych wycieraczek nadal nie ma. Ale już dziś pewnie będzie miała. W każdym razie pojechałam jako kierowca i osobista ochrona Mamci, która pieniadze Wieśniakowi zapłaciła za kolejne etapy robót. Okazało się, że rodzina Wieśniaka miała okazję zapoznać się z Babochłopem w sposób dosyć nietypowy. Otóż Mamusia Wieśniaka pojechała z nim na naszą działkę i tam poznała ww już Babchłopa i drugą kobietę, która tam przebywa.
I komentarz do nas był taki: a te dwie, co tam mieszkają, to chyba lesby jakieś? Ja tam nie mam żadnego stosunku do związków homoseksualnych..raczej neutralny, jeśli już...więc potwierdziłam, że jedna z kobiet (Babochłop) ma taki wygląd zbliżony do męskiego. A co do bliższych koneksji, to nie wiem...
Mamcia na to wtrąciła, że mało co nie zwróciła się do niej "proszę pana", na co Mamusia Wieśniacza powiedziała, że ona właśnie tak zaczęła do niej mówić. Na to Babochłop powiedziała, że ona jest pani. Na to Wieśniacza Mamusia potwierdziła zgodnie, że tak, proszę pana ja widzę , że tamta pani, to jest pani. I Babochłop wkurzona syknęła, że nie proszę pana, tylko pani, bo ona też jest pani....Od razu mi się przypomniała scenka z kabareciku Olgi Lipińskiej..kiedy Turecki dostał z Ameryki koszulkę z napisem I'm Turecki i pytał Cześka, co to znaczy... to Czesiek odparł, że "ja jestem Turecki", na to Turecki: nie, panie Cześku, to ja jestem Turecki, ale weź mi pan powiedz, co tu na koszulce mam napisane...No , JA JESTEM TURECKI, tłumaczył cierpliwie Czesiek..itd itd...
Wracając do zasdniczego wątku to chyba dobrze, ze między naszą działką i babochłopską jest ziemia niczyja Baby Pióro...no i ogrodzenie...Może nasze kontakty nie ulegną dalszemu pogorszeniu?
No i tyle by było działkowej opowieści...
2004-06-16 11:34:28
deszczowe lato...
No i proszę...pierwszy dzień lata i mokro...Mam egoistyczne podejście do życia, więc ten stan rzeczy mnie bardzo cieszy. Budynek, w którym pracuję nagrzewa się od słońca i temperatura sięga 30 stopni. Słońce mi się przyda w sierpniu, kiedy wyruszę na tygodniowy urlop.Na działce nic się nie dzieje (oprócz opóźnień) i termin jej oddania przestaje być realny (10 lipca!!!). Rower sprawuje się znakomicie, jeżdżę prawie codziennie i ciągle mnie to jeszcze cieszy. W tym tygodniu, z powodu jakichś zaplanowanych spotkań (zwodowych niestety) wypadną mi co najmniej dwa dni:-(. No ale skoro pada to i tak przyjemności z jeżdżenia nie ma. Wczoraj właśnie wracałam w deszcz i chyba wolę jednak jak jest bardziej sucho.
Ponieważ w rodzinie się nic nie dzieje (oprócz tego, że Sister odwala wiosenne porządki- dogłębne i dogruntowe- wiem, bo wczoraj widziałam na własne oczy....Sister: zapomniałam wziąć tej książki od Ciebie, nad czym ubolewałam pół wieczoru nie mając na czym oka zawiesić i musiałam na Wojewódzkiego patrzeć!)więc napiszę dziś coś z pamiętnika młodej lekarki. A mam taka koleżankę w pracy, świetna dziewczyna, doskonałe poczucie humoru i niezłe przygody, w które się wplątuje. Opowiadała o swoim wyjeżdzie do Tunezji. Pojechała tam z koleżanką, a pokój miały na jakimś 11 piętrze. No i dziewczynom się palić zachciało, więc poszły na balkon, a koleżanka mojej lekarki zamknęła balkon, coby się erkondyszyn nie popsuł...Hm po czym okazało się, że balkon otwiera się li tylko jedynie od srodka pokoju. Sytuacja bez wyjścia, no i wzięłyśmy tylko po jednym papierosie, dorzuciłą moja koleżanka lekarka. Na domiar złego, na dole odbywała się dosyć hałaśliwa dyskoteka, więc szans na to, żeby ktoś usłyszał ich mizerne "help" z jedenastego piętra była znikoma. W perspektywie miały nocleg na balkonie i poranek w promieniach słońca, jako, że balkon ustytuowany był na wschód. Desperacja obu pań była tak wielka, że wspólnymi siłami wydłubały jakoś okno (nie to balkonowe, tylko to poboczne). Jak to zrobiły? Moja koleżanka nie może tego zrozumieć do dnia dzisiejszego. Faktem jest, że nie umiały go włożyć spowrotem. Podobno okno było ciężkie i nie chciało samo z siebie wejść na miejsce. Koleżanka mojej koleżanki pogoniła ją do recepcji w celu spowodowania naprawienia zaistniałej szkody. Ale moja młoda lekarka odmówiła, twierdząc, że przez telefon poradzi sobie lepiej. No i puściła tekst w stylu: help me please, I pay money for my room, and window is broken. I pay money, do you understand? Czyli nacisk połozyła głównie na to, ze ona tu płaci, a tu okno zepsute jest. A hotel był rzeczywiście 6 gwaizdkowy, jako, ze w normalnym, tym zamówioym w ramach wycieczki zabrakło miejsc. Więc w ramach rekompensaty dostały ten luksus, który udało im się deczko nadpsuć. Koleżanka zapytała tą moją koleżankę, czemu kaleczy język, który dobrze w końcu zna? Ale młoda lekarka miała w tym swój cel. Zasłaniając się barierą językową mogła odmówić składania zenznań, co do przyczyny zepsucia okna. Wkrótce przyleciał krępy Tunezyjczyk, który mimo ogromnych wysiłków nie był w stanie okna na swoje miejsce wsadzić. Erkondyszyn oczywiście szlag trafił, a moja kolezanka ze swoją kolezanką udały się rano na wycieczkę. Podobno, podczas ich nieobecności okno osadzało na miejscu 3 Tunezyjczyków z pozytywnym w końcu rezultatem. Wyjaśnień też się nikt nie domagał, więc wszystko skończyło się pozytywnie...Polak (a raczej Polka potrafi). Co jest pozytywnym zakończeniem mojej opowieści...
2004-06-21 08:35:07
niepodzianka- blog Tatki
Tak się złożyło, że Tatko, który czyta moje blogi pojechał ze swoją Panną na wycieczkę rowerową i uznał, że warto ją utrwalić na piśmie. Wycieczkę, nie Pannę. Wg jego relacji główną aktorką i autorką bloga była Kasia (Panna Dziadka, jak na nią mówią Młodzi), a on sam jedynie skromnym Koszałkiem Opałkiem (jak ktoś nie pamięta, to był to królewski kronikarz krasnoludzki z bajki o sierotce Marysi. Kiedyś się mawiało: "i to się nadaje do prasy", a teraz już nie pierwszy raz (bo młody Młody też bloguje) słyszę, że: "to się nadaje do bloga"
No to zapraszam: proszę Państwa oto blog naszego Tatki o wyprawie rowerowej, na którą wybrał się ze swoją Panną.
Sobotnie popołudnie, pogoda w sam raz na wycieczkę rowerową. Ciepło, słonecznie, trochę chmurek, lekki wiaterek. Kasia, od kilku dni posiadaczka nowego roweru (turystyczny z podstawowymi bajerami), zdecydowała się wreszcie na nasz wspólny, długo oczekiwany przeze mnie wyjazd, bo co, jak co ale jazdę na rowerze bardzo lubię.
Przygotowania do wyjazdu nie były zbyt długie, rowery gotowe, ja też, tylko Kasia musiała się ubrać zgodnie ze swoimi wymaganiami: koszulka, kamizelka czerwona, buciki do koloru też czerwone i spodnie jeansy ž oraz tenisowy daszek-czapka, słowem: elegancja-Francja.
Wyszliśmy z rowerami w ulicę Fredry (tylne wyjście z domu) i jedziemy: ja na przedzie, Kasia za mną. Pierwsze techniczne uwagi były w domu, ale powtarzałem jeszcze niektóre w czasie pierwszych metrów jazdy: hamulce…, biegi… itp.
W naszej okolicy wyznaczone są ścieżki rowerowe, na jedną z nich udało nam się szybko wjechać i jedziemy… Za skrzyżowaniem z ul. Armii Krajowej jest przystanek autobusowy, który trochę zniekształca ścieżkę rowerową. Za tym przystankiem usłyszałem łomot – odwracam głowę a tam nieszczęście: Kasia już się podnosi, a rower leży. Jakieś panie się zatrzymały i rozmawiały z Kasią. Szybko zawróciłem, dokonałem wywiadu i przeglądu sytuacji. Winny był zbyt… wysoki krawężnik, który nie chciał dać się pokonać przy minimalnym kącie najazdu na niego. Może to zbyt techniczne, ale oddaje wyjaśnienia Kasi, że samochodem to by się wjechało… Obrażenia Kasi to otarcia i stłuczenia, które coraz mocniej się objawiały w miarę upływu czasu, rower nie ucierpiał.
Po krótkim namyśle Kasia decyduje, że jedziemy dalej, wszak mamy już przejechane ok. 700 m! Dalsza jazda bocznymi ulicami odbyła się bez żadnych niespodzianek. Wypuściłem Kasię do przodu i… już na pierwszym wzniesieniu ledwo się za nią utrzymywałem, chyba nowicjusze tak to mają, że muszą mocno pedałować. Drogi urozmaicone, raz w górkę, raz w dół, większość asfaltowa, trochę polnej nawierzchni, ogólnie bardzo dobre do jazdy rowerowej. Wreszcie po 25 minutach jazdy (nie licząc wypadku) i pokonaniu prawie 5,5 km drogi dojechaliśmy do rezydencji naszej rodziny.
Przepięknie położona posiadłość na uboczu, dom piętrowy, otoczenie zagospodarowane elegancko i… rozbudowywane – to oddzielna historia. Latem prawie całe życie rodziny i mnóstwa odwiedzających przyjaciół toczy się na zewnątrz domu. Oczekiwała nas tam samotnie siostra Kasi, pozostali domownicy koncertowali lub imprezowali.
Znana z niebywałej gościnności siostra Kasi poczęstowała nas kawą, ciastami i owocami, a Kasia opowiadała, z wrodzonym sobie humorem i detalami, jak to się wy… wywróciła. Czas mijał szybko i przyjemnie przy kawie, pod drzewami, na ławce i huśtawce. Obserwowałem ukradkowo Kasię jak się czuje i czy nie trzeba będzie zmienić transportu z rowerowego na samochodowy w drogę powrotną, bo akurat moja skodzina tam parkowała. Kasia chyba też trochę myślała o zmianie, lecz bohatersko zdecydowała się na rower.
Nagle zauważyliśmy na zachodzie szybkie narastanie i napływanie chmury burzowej. Nie było na co czekać, szybkie pożegnanie – na rowery i w drogę powrotną. W końcu to tylko 25 minut jazdy. Cały czas obserwowałem Kasię, czy nie pojawią się jakieś skutki upadku na początku wycieczki. Na szczęście nic się takiego nie zdarzyło. Wiatr był coraz silniejszy, tylno-boczny, czyli raczej pomyślny, lecz niestety w końcu zaczął padać deszcz. Na szczęście zostało do pokonania jeszcze tylko około 500m ul. Fredry – teraz sobie uzmysłowiłem, że to wspaniały komediopisarz był…
Wiatr wieje, deszcz leje, błyskawice szaleją jak to podczas burzy. Kasia przodem, środkiem ulicy jedzie, bo już dom widać, ja za nią. Przed domem zjechałem na chodnik i już jestem pod dachem, ale gdzie Kasia???
Oglądam się na wszystkie strony i widzę ją stojącą z rowerem między parkującymi samochodami ok. 50 m przed domem. Drzwi samochodu osobowego z lewej strony Kasi otwarte, w środku jakaś kobieta, a Kasia próbuje wraz z rowerem dostać się do wnętrza!? Wreszcie wyjechała z parkingu i podjechała pod dom.
Okazało się, że akurat wiatr zrucił jej daszek-czapkę (Jak Tureckiemu berecik) i chciała się zatrzymać, ale ją wrzuciło między samochody, a kobiecie z auta wiatr w tym samym czasie wyrwał z rąk zamykane drzwi i się otworzyły, no i Kasia się na nich zatrzymała od środka, ufff! Kierowca tego auta wysiadł, aby sprawdzić, co się stało z jego autem, ale nic nie było i się rozjechali.
Ponieważ Kasia przyjechała bez daszka-czapki, bo jej zruciło, to pobiegłem w ulewnym deszczu 2x50 m po rzeczoną stratę, którą na szczęście całą mokrą i trochę brudną znalazłem. Wszystko od tego momentu, aż do wejścia do mieszkania, odbywało się przy huraganowych atakach śmiechu, jednoczesnych i naprzemiennych. Jeszcze tylko winda, rowery do wózkowi i byliśmy nareszcie bezpieczni w domu, a za oknami szalała najprawdziwsza burza z piorunami.
W mieszkaniu zdejmowanie mokrych i brudnych (po upadku Kasi) ciuchów przy akompaniamencie śmiechu topielców. Wreszcie uporządkowani, kolejny raz wspominaliśmy naszą pierwszą wspólną wycieczkę. Kasia pełna radości zadzwoniła do siostry, aby opowiedzieć jej o drodze powrotnej, a zwłaszcza o próbie wjechania rowerem do auta, ale niewiele mogła powiedzieć, bo się dusiła ze śmiechu.
Trochę ta wycieczka przypomina mi opowieść klasyka horroru: na początku musi być trzęsienie ziemi a potem zgroza musi narastać, czy coś takiego. Obrażenia Kasi, na szczęście, sprowadziły się tylko do otarć na rękach i nogach i do ogólnego potłuczenia (prawie wszystkiego, na głowie też) i to było to trzęsienie ziemi, a później już było coraz… weselej, bo to ul. Fredry była.
Szkoda tylko, że mimo poprawy pogody, nie pojedziemy dzisiaj na wycieczkę i to do lasu – Kasia jeszcze jest potłuczona, a tam przy stawie Janina jest takie dobre piwo…
P.s. W stosunku do Kasi były jeszcze odosobnione, złośliwe komentarze nieprzychylnego osobnika a to, że stare (a on to może młodzik?) baby jeżdżą na rowerach i się rozbijają a to, że wystarczy codziennie pół godziny spaceru itp. Widać, że nigdy nie zaznał przyjemności jazdy na rowerze…
2004-06-22 08:19:48
masa krytyczna
niezły tytuł na bloga...Od niedawna często spoglądam na świat przez pryzmat ewentualnych tematów do opisania w blogu. Ostatnio działka zeszła na plan dalszy, bo coś nam się Wieśmak opóźnia, więc nie jeździmy tam, to i nie ma o czym pisać. Za to rozwija mi się wątek roweru...rower, który jako temat przewodni przewijał mi się w ostatni weekend.
W piątek wzięłam udział w czymś, co nazywa się masą krytyczną, a jest imprezą masową organizowaną w każdy ostatni piątek miesiąca i zawsze zaczyna się o 18 pod Kolumną Zygmunta w Warszawie. A no i trzeba mieć ze soba coś, co ma kółka, a co napędzane jest siłą ludzkich mięśni..ergo: rower, rolki, hulajnoga:-). Spod kolumny rusza taka masa (oczywiście pod nadzorem policji) i przemieszcza się przez Warszawę, jej głównymi arteriami. Cała ta akcja ma służyć temu, aby rowerzyści mogli bezpiecznie poruszać się po stolicy. Ale muszę zacząć od początku, czyli od info, które dostałam od swojej koleżanki Wisienki. Wisienka jest moją dobrą koleżanką od dobrych paru lat i ma dziwnych znajomych i szalone pomysły. Wyraziłam zgodę na udział w masie i umówiłam się z Wisienką pod jej domem o 17.00 w piatek. Oczywiście musiałam w tym celu urwać się z pracy, co niniejszym uczyniłam, podając prawdziwą przyczyną wcześniejszego zakończenia dnia pracy. W związku zostałam przez kolezanki z pokoju nazwana zadymiarą:-) Niech i tak będzie. No więc, ruszamy o godz. 17.05 spod Wisienki domu i zarysowują nam się pierwsze rozbieżności...Tzn, jak dotrzeć z Tarchomina na plac Zamkowy???? Ja zaproponowałam przeprawę Grotem-roweckim i wzdłuż Wisłostrady, Wisienka optowała za Jagiellońską i mostem Śląsko-Dąbrowskim. Jagiellońskiej nie lubię, więc nie bardzo byłam chętna...Ale ustąpiłam...w zasadzie jadąc po prostu za Wisienką. Nie była to dokładnie Jagiellońska, tylko droga biegnąca wzdłuż ogródków działkowych, a zbudowana z betonowych płyt, gdzie jazda na rowerze odbywa się sposobem turup turup turup...Jak się potem okazało, Wisienka ma amortyzowane siodełko, więc jej było nawet miło, czego nie mozna powiedzieć o mnie. Kiedy już miałyśmy most gdański w zasięgu wzroku Wisience trachnęła dętka, czyli (jak zauważyła z niejaką satysfakcją) złapała gumę...No tak-powiedziałam tylko -gdybysmy jechały Grotem...to już właśnie w tym momencie byłybyśmy przy serwisie rowerowym...No bo to przez Ciebie- stwierdziła Wisienka, Ty Czarownico jedna Ty!!! Bo nie chciałaś tędy jechać...no może i nie chciałam, ale nie chciałam też tkwić tu jak kołek i nie móc uczestniczyć w tak świetnie zapowiadającej się masie....czyli niejako trafiła nam się krytyczna, ale sytuacja...Wisienka rozpuściła wici smsowe, zruciła sweterek (pozostajac tylko w mikrobluzeczce na ramiączkach) i przystapiła do naprawy roweru. Tzn, postawiła rower do góry dnem, i kluczami do mieszkania wydłubała dętkę z opony....No i teraz macanie na sucho dętki, co by znaleźć uszkodzenie. Nawet się udało (mnie akurat) i Wisienka przystąpiła do czynności naprawczych. Wyciagnęła z piterka przyrowerowego zestaw do klejenia dętek czym wprawiła mnie w niemy podziw...Zgodnie z instrukcją z zestawu, przy pomocy papierka ściernego zmatowiła powierzchnię dętki i przygotowała łatkę. Po czym sięgnęła po tubkę z klejem i w tym właśnie momencie okazało się, że klej wyparował (zestaw liczył 4 lata).
W tym momencie zatrzymał się prz nas samochód straży miejskiej...a z niego wysiadło dwóch całkiem przystojnych strażników oferując swoją pomoc. Na pewno niezłym motywatorem dla nich była skąpa bluzeczka Wisienki, ale to już moja interpretacja. No może mają dobre serce? I zawsze pomagają rowerzystom, którym trachnęła dętka na odludnych działkach???? Łotewer, okazało się, że mają klej w bagażniku, tylko nie wiadomo jaki, bo po rusku opisany. Okazało się, że to butapren, o którym wiedziałyśmy, że klei wszystko....
Jeden ze strażników zaczął ponownie czyścić papierkiem ściernym już wyczyszczoną dętkę nie spuszczając oka z odsłoniętych ramion Wisienki. Następnie, jak już się napatrzył...oupsss...
naścierał, przystąpił do klejenia. Niestety, klej nie chciał trzymać, a Wisienka załozyła sweterek, więc panowie pożegnali się grzecznie i odjechali w siną dal. W efekcie Wisenkowych alarmów smsowych i telefonicznych, przyjechała koleżanka Wisienki z nową dętką, którą udało się zamontowac w 5 minut no i mogłyśmy w efekcie dołączyć do masy, która już była w trakcie przemieszczania się przez Wwę. Wisienka miała tam swojego człowieka, który nadawał nam, gdzie masa aktualnie się znajduje. Okazało się, że zmierza do pl. Trzech Krzyży...więc udałyśmy się tam niezzwłocznie. Szybko i nawet bardzo szybko, bo okazało się, że Wisienka zakładając koło zneutralizowała hamulce i nie uaktywniła ich spowrotem. Więc, kiedy zatrzymałam się na czerwonych światłach, na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Krakowskiego Przedmieścia, czy już Nowego Światu, ze zdumieniem skonstatowałam, że Wisienka przemyka obok mnie gadając (ten typ tak ma) przez komórkę. Wisienka!!!! czerwone jest!!!! No wiem, powiedziała hamując stopami i walcząc z komórką, nie mam hamulców....jakoś udało się jednak opanować krnąbrny rower i dołączyłyśmy do masy. Aaaa zapomniałam zupełnie powiedzieć, że Wiśnia ma mnóstwo adoratorów i kolegów chętnych do nawiązania bliższego kontaktu...ale w sytuacji krytycznej, najlepszym kolegą okazała się koleżanka....No comments:-)
Z placu Trzech Krzyży ruszyłyśmy już w masie (liczącej ponad 1000 osób)i pomknęliśmy w prawo w dół Alejami Jerozolimskimi, potem ślimakiem na Wisłostradę, a potem tunelem Wisłostradowym i w górę do trasy WZ...no itd itd aż do Marymontu, gdzie wyindywidualizowałysmy sięz masy i pomknęłyśmy na Tarchomin. Było świetnie, bo przejechałam się tam, gdzie zazwyczaj rowerom nie wolno. Poza tym było mnóstwo cyklistów śmiesznie ubranych, na róznych śmiesznych pojazdach i wydajacych z siebie śmieszne dżwięki przy pomocy: gwizdków, trąbek, dzwonków a nawet bębenków...Z okien autobusów, smochodów i tramwajów ścigały nas nienawistne spojrzenia warszawiaków tkwiacych niejako z naszej przyczyny w korku...I to był element, który podobał mi się najmniej...Ale masa jest po to, zeby zwrócić uwagę na tych, którzy jeżdżą na dwóch a nie na czterech kółkach...
Potem sobota i niedziela nadal pod znkiem dwóch kółek...sobota- wyprawa z Tarchomina na pola mokotowskie, do pubu na piwko, a niedziela- przejazd też przez pola, ale potem do Wisłostrady i dalej szlakiem rowerowym (min. przez park Młociński) do Burakowa, gdzie przeprawiłam się promem do domku. W sumie przez 3 dni ponad 130 km, co jest chyba niezłym rezultatem....Tak myślę :-)No i tym optymistycznym akcentem kończę na dziś...
2004-06-30 08:43:02

