czarodziejka i ....

środa, lipca 19, 2006

wakacje na czterech kółkach- zakończenie

Trzeba skończyć wreszcie relacje z wakacji, bo przecież dzieje się ciągle sporo. No i jak tu pisać o czymś nowym, skoro wakacje jeszcze w zawieszeniu? Z nowości : pływactwo wpław i na rowerze wodnym po zalewie zegrzyńskiej, kinko, spacerowanie i leniuchowanie. No i planowanie wspólnego tygodnia wakacyjnego w sierpniu... Tym razem w górach:-) No a teraz do adremu Dzień 12- czwartek Ulka stanowi stały element naszego krajobrazu. No i dziś B...n wkroczył do pokoju z hasłem „widziałem Ulki cień”. Dziś próbowaliśmy po raz kolejny zanalizować dzieło wiszące na ścianie (co to miałam wyjaśnić jego zagadkę) – cierpliwości, już w jutrzejszym dniu podam rozwiązanie tej zagadki. Mieliśmy taką wielką ochotę, żeby to dzieło uzupełnić...Dorysować twarze, wąsy, okulary i różne inne dodatki, żeby wiadomo było o co chodzi. Skończyło się wybuchem wielkiej wesołości, bo w dalszej przyszłości widzieliśmy zrozpaczonego autora tego dzieła (naszego gospodarza), po dokonaniu uzupełnień przez nas.... Zrozpaczonego z powodu zniszczenia dzieła jego autorstwa. Bxxxx rzucił teorię, że na obrazie figuruje św. Florian, z powodu gaszonego przez główną postać pożaru, a ja nadal stawiałam na obcych (to ten brak twarzy!). Wybraliśmy się na krótką przejażdżkę, postanowiliśmy po raz ostatni też pojechać na pyszne placki ziemniaczane. No i już coraz więcej z tego, co robiliśmy nosiło hasło „ostatnie”. Ostatnie oczywiście nad morzem. Każdy wyjazd jest jakiś smętny ...Francuzi mawiają „wyjechać, to jak troszkę umrzeć” i pewnie coś w tym jest.... Dzień 13- piątek Przez cały pobyt „Ten, co to nie lubi, jak wymieniać jego imię” miał pomysł na spacer brzegiem morza do Pogorzelicy. Zresztą już o tym pisałam. Jakieś 20 km tam i z powrotem. Pogoda wydawała się sprzyjająca, sprawdziliśmy naocznie i naskórnie, bo wybraliśmy się wczesnym świtem na poranny spacerek (tu następuje różnica zdań....to co dla mnie jest bardzo wczesnym świtem, niemalże porą nadranną, dla B....a jest środkiem dnia :-) więc zapakowaliśmy to i owo do plecaka, dodam, że nie do mojego plecaka i nie ja go niosłam :-) Pogoda, nie po raz pierwszy, zrobiła nas w jajo. Nadciągnęły chmury, wiatr zrobił się paskudnie zimny i nie było innego wyjścia, jak poddać się i ukończyć spacer przed czasem. Zimno było przenikliwe, a ja zmarzłam jak nigdy dotąd, więc w ramach odreagowywania zapakowałam się pod kołderkę, bo nie mogłam jakoś do siebie dojść. Za to mój współspacz z pokoju (hihihihi) pojechał sobie rowerkiem, żeby pożegnać się z okolicami. No i jeszcze tylko wypad na pożegnalną rybkę...i zostało już tylko pakowanie. No i rozwiązanie zagadki obrazu. Spytaliśmy o niego wprost naszą gospodynię (gospodarz przebywał na plenerze malarskim). Po pierwsze; „wiadomo Kto” miał rację – jest to wizerunek św. Floriana. Po drugie: obraz jest po prostu niedokończony.... Jeszcze tylko podsumowanie. Ułożyliśmy sobie listę elementów, o których nie pisałam zbyt wiele, bo były powtarzalne i przewijały się przez cały pobyt: - szwadrony Lulka krwiopijcy - Ulka, Józio, Sońka oraz inna okoliczna zwierzyna domowa (kocio-psia) - głód (w sensie apetytu...na wszystko) - spacery po plaży - moje zbieractwo wszystkiego, co się da...bursztynków, kamyków, muszelek - autochłon na motorze (z powodu hełmu i okularów wyglądał jak wermachtowiec)- ciągle go spotykaliśmy - moje noszenie okularów przeciwsłonecznych podczas jazdy na rowerze (głownie na piersiach, a nie na oczach- w końcu przestałam je nosić i zawracać sobie nimi głowę..) - język niemiecki (wszędzie go słyszeliśmy) - jazda środkiem drogi samochodów autochłońskich - zimna woda w umywalce dla Bohuna (no raz chyba mogę użyć) – ciepła dla Czaro - cisza....(nie było hałotycznie- to określenie mojej exteściowej ; kiedy Młodzi byli mali, to robili sporo hałasu, co było komentowane ”jakie one hałotyczne są, te dzieci”)

czwartek, lipca 13, 2006

wakacje na czterech kółkach cd

Dzień 8 – niedziela No i dobra, dosyć tego lenistwa! No może nie tak do końca, bo w oczekiwaniu na decyzję pogody, czy ma być udana, czy nie, czekaliśmy spokojnie aż do 10. Wg mojej opinii był to jeszcze ranek, wg Bohuna południe :-) i to dobrze rozwinięte. No i coś tam się przetarło. Więc spokojnie ruszyliśmy na podbój dalszych okolic. Tym razem celem naszej wyprawy miały być Gryfice. Wg drogowskazu w Mrzeżynie, w linii drogowej i, że tak powiem, na wskroś, miało być 28 km. My wybraliśmy wersję turystyczno-krajobrazową, zgodnie, albo prawie zgodnie ze szlakiem rowerowym. Jakimś czerwonym czy coś...Już teraz nie pamiętam, bo uparcie plątał nam się zawsze i wszędzie szlak z zielonym rowerkiem oznaczony R-10. To R-10 prześladowało nas zawsze i wszędzie. Ale staraliśmy się nie zwracać na nie uwagi. Pogoda się troszkę nasłoneczniła, więc kiedy dojechaliśmy w samo południe do Trzebiatowa, to mogliśmy sobie pozwolić na lody i kawę w pełnym słońcu. Udało nam się też trafić na hejnał trzebiatowski i wpaść na trop cafe internet, która to cafe była potrzebna Bohunowi do przerzucenia zawartości aparatu na płytkę. I cóż sie okazało? Typowaliśmy na lokalizację kafejki Trzebiatów, jako aglomerację znacznie większą niż Mrzeżyno. Ale najciemniej jest zawsze pod latarnią. I dostaliśmy namiary właśnie na Mrzeżyno. Napasieni lodami ruszyliśmy sobie spokojnie w kierunku Gryfic. Z 28 zrobiło się jakieś 50 km, ale okolice jakoś nie przypadły nam do gustu. Chyba im dalej od morza, tym mniej malowniczo. Mnóstwo zapuszczonych, rozpadających się gospodarstw popegeerowskich, niedokończonych budowli, a mieściny jakieś takie nieciekawe i ponure. Chyba to nieprzyjazne otoczenie nas tak wymęczyło, że postanowiliśmy wrócić do Trzebiatowa pociągiem. Niestety, jak to określił Bohun „pociągi w kierunku Trzebiatowa dwa razy w roku, oprócz niedzieli i świąt”. Czyli w prostym języku pociągów brak. Bo była niedziela. W piątek byłyby ze dwa...Jeden do południa, a drugi wieczorem. No cóż, trzeba było jednak wracać na własnych kołach...Ale najpierw zaspokoić głód. Ale nie było to łatwe. Po raz pierwszy w życiu znaleźliśmy się w miejscu, gdzie nie było żadnej knajpki. Cukiernie owszem, kawiarenki też...Ale my szukaliśmy miejsca gdzie można było zjeść coś niekoniecznie słodkiego. I bupa. Autochłoni dawali nam sprzeczne wskazówki, aż trafiliśmy na kierunkowskazy wiodące nas do pizzerii Lucyfer. Nie będę pisała, ile udało nam się wcisnąć w siebie, bo sama w to nie wierzę. Powiem tylko skromnie, że dużo. Po posiłku, wolniutko, żeby broń boże nie męczyć żołądków, ruszyliśmy w drogę powrotną. I nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zbłądzili. Na szczęście błąd kosztował nas tylko jakieś 10 km, ale raczej nie zależało nam na wyczynach trasowych, tylko na szybkim powrocie do domku. Postanowiliśmy więc przyjrzeć się mapie. Droga, (ta wiodąca nas do prawidłowej) która nas interesowała, wypadała jakoś tak na zgięciu mapy. Więc znów musieliśmy wypytać miejscowych o drogę. Chętnie udzielili nam wskazówek . Spytaliśmy, czy dobrze jedziemy na Górzycę (ta Górzyca, to była miejscowość, która znajdowała się na tej właściwej trasie) i usłyszeliśmy jęk zawodu....O nie, niedobrze...Z reakcji autochłonów wynikało, że odbiliśmy z właściwego szlaku na jakieś 20 km. Ale po dokładnym wypytaniu okazało się, że przejechaliśmy jakieś 20 metrów za daleko. Trzeba było wrócić do „pobabranej” (to określenie miejscowych informatorów) drogi (trzeba było zapisać to określenie! Bohun zapamiętał je jako „popapraną” albo „potarganą”). Nie była zresztą taka najgorsza. Jeździliśmy juz duuużo gorszymi. Potem był mostek baaardzo słaby (wymaga dosyć szybkiej rekonstrukcji) i mieścina Dziadowo, gdzie odbywał się chyba konkurs jednorazowych skoków na bandżi w lokalnym wydaniu. Zdaje się , że na sztywnym sznurze i do wody...Taka miejscowa odmiana Po tych rewelacjach już tylko szybki powrót do domu. Tego dnia udało nam się pobić rekord. W sumie 109 km. Jak by się tak zastanowić, sumując te wszystkie zrobione do tej pory kilometry, dojeżdżalibyśmy już do Warszawy. Dzień 9 – poniedziałek Słońce, wbrew porannym obawom Bohuna wyszło zza chmur w całej okazałości. No to postanowiliśmy nadrobić braki w plażowaniu. Tym razem nie byliśmy sami na plaży. Pojawiła się jakaś wielopokoleniowa rodzina, więc postanowiliśmy zostawić ich samych i ruszyć na rowery. Tuż przy plaży znaleźliśmy zaparkowany samochód. Rodzinny samochód zaparkowany w lesie. A las jest o tyle charakterystyczny, że wszędzie, jak byk, widnieją zakazy wjazdu. Ale przecież nie jest to żadna przeszkoda dla troskliwego tatuśka, który postanowił swoja gromadkę przytargać samochodem aż pod samą plażę. No cóż. Powiem tylko tyle, że zeszło mu powietrze z tylnego koła. Kompletny kapeć. Samochód stary był to i opony mogły przepuszczać. Z Bohunową pomocą mogły....Gdyby nie ataki „ludzi” Lulka Krwiopijcy poobserwowalibyśmy sobie z pobliskich krzaków finał tej wycieczki rodzinnej. Ale tez wzywały nas obowiązki. Wizyta w cafe internet, gdzie ktoś, korzystając z naszej nieobecności przy rowerach odkręcił mi tylne koło....Zagadkowa sprawa... W nagrodę za udaną akcję dywersyjną (akcja wspólna, bo przecież ktoś musiał stać na tzw czujce, kiedy Bohun obserwował uchodzenie powietrza z tylnej opony samochodu wandala) zafundowaliśmy sobie pysznego dorsza w Dźwirzynie. Dużo go było. Od fosforu spożytego w rybach pewnie świeciliśmy w nocy...Zresztą nie wiem, bo spałam:-) Wróciliśmy jeszcze na plażę, ale samochodu juz nie było...Nie pojawił się zresztą więcej ani razu. Wieczór upłynął nam na wyprawie po piwo (Bohun) i przygotowaniu pysznej sałatki z wędzonej ryby (wykonawstwo Bohun – ale ja podkuchenna). Sałatka nie chciała się skorelować z piwem, więc została przeznaczona do konsumpcji na dzień następny, czyli Dzień 10 – wtorek Sałatka wyszła nad podziw dobra i była niezłą nagrodą po porannym spacerze plażą. Było niby pochmurno, ale bardzo ciepło. Od rana, od godziny 6 albo siódmej można było chodzić brzegiem morza w samym kostiumie. Ruszyliśmy znowu w okoliczne wioski i napotkaliśmy taki oto twór: „Kopalnia Gazu; Przedsiębiorstwo Górnictwa nafty i Gazu w Warszawie oddział zielonogórski w Gorzysławiu” gdybyśmy to wczorajsze piwo wypili rano moglibyśmy mieć podejrzenia, że mamy omamy wzrokowe. Ale nie... W czasie naszego rowerowania pogoda rozwinęła się w dobrym kierunku, co pozwoliło nam na poplażowanie do godz. 19. Dzień 11 – środa Pogoda początkowo zapowiadała się bardzo pozytywna. Bohun zaplanował spacer do Pogorzelicy plażą. Tym razem na piechotę. W tę i nazad byłoby jakieś 20 km. Ale pozytywy znikły, kiedy pojawiły się chmury. Więc postanowiliśmy zmienić plany. I wtedy się okazało, że dętka w mojej przedniej oponie jakby się skurczyła. Na szczęście mieliśmy zapasową, pompka do dyspozycji była i w trymiga udało się nadać pierwotny wygląd mojej przedniej oponie. A ponieważ od naszego gospodarza dostaliśmy plan przeprawy przez las (i tereny wojskowe) do Pogorzelicy, zapadła jednomyślna decyzja o wyprawie rowerowej ( w miejsce pieszej). Chmury znikły. Niebo miało czystość lazuru. Ale to nie pierwszy raz pogoda grała z nami w ciuciubabkę zmuszając nas do zmiany planów. Tym razem zmiana planów wyszła nam na dobre...chociaż nie do końca , jak sie okazało...Postanowiliśmy ruszyć szlakiem Cześka Piskorskiego (naprawdę tak się szlak nazywał) , który wiódł nad samym morzem... No czasem odbijał troszkę w las, ale udało nam sie po kolei zaliczyć wszystkie nadmorskie kurorty. Pogorzelica, Niechorze, Rewal, Trzęsacz, Pustkowo, Pobierowo , Łękocin, Dziwnówek i wreszcie Dziwnów. No i trzeba było skończyć na Dziwnówku. Bo Dziwnów okazał się znowu kolejnym brzydactwem. W dodatku pogonił nas solidnym deszczem. My się deszczu nie boimy, tyle tylko, że dolne części ciała mieliśmy oblepione błotem, a rowery...hmmm, wyglądały, jakbyśmy je przeciągnęli przez bagno. Wielokrotnie. Z powodu deszczu próbowaliśmy wrócić jakimś autobusem, ale nie udało nam się zlokalizować jakiegoś przystanku, czy czegoś w tym guście, postanowiliśmy więc pokonać Czeska Piskorskiego od tyłu:-) Okazało się, ze dętka w moim przednim kole miała inne plany. Zrezygnowała z dalszej drogi. Ja też musiałam. Dętka odmówiła współpracy na pustkowiu, no nie... w Pustkowie, a właściwie to miejsce zasłużyło na nazwę Pierdziszew. Z powodu braku jakichkolwiek możliwości naprawy zbuntowanego roweru. Totalna klęska...Ani możliwości transportu (tym razem przystanek był, ale brak jakichkolwiek perspektyw na autobus.). Tym razem rowery zostały poprowadzone przez Bohuna tylko przez jakieś 3 km. Do Rewala, który okazał się bardziej przyjazny życiowym sierotom mojego pokroju. Wprawdzie Bohun sie upierał, ze to on pecha przyniósł, ale ja bym łysych opon nie zwalała na karb jego pecha... Cudem udało się znaleźć taksówkę bagażową, która zgodziła się dostarczyć nas do Trzebiatowa (słynny już sklep rowerowy). Chyba wyszło nam to na dobre, albowiem nastąpiło oberwanie chmury....Całe 16 km do Trzebiatowa z nieba lały się ogromne ilości wody. Taxi było leciwe, drzwi z tyłu się nie domykały (trzymałam je całą drogę, to wiem) a z przodu woda przeciurkiwała na Bohuna. Ale i tak byliśmy szczęśliwi, ze udało się tak rozwiązać problem. Bo nie umieliśmy sobie wyobrazić prowadzenia rowerów 16 km w strugach ulewnego deszczu...Brrr...Przeciekająca taksówka, przeciekający taksówkarz, przeciekający Bohun...W Trzebiatowie z powodu braku mechanika Bohun musiał zadziałać z dętką metodą „zrób to sam”. Ale to jeszcze nie był koniec dnia. Wprawdzie deszcz przestał padać, ale czekało nas jeszcze pokonanie 13 km do domu...Niezbyt przez nas lubianą drogą. Więc żeby osłodzić sobie jakoś ten w sumie częściowo nieudany dzień zanabyliśmy sobie w Trzebiatowie ogóry małosolne, truskawki i czereśnie. Ale biednemu zawsze wiar w oczy....A ściślej mówiąc, w pysk....Wiatr był tego rodzaju, ze nawet kiedy nawet jechało się z górki trzeba było pedałować.. Zasłużyliśmy więc na cos więcej niż na ogórki i owoce. Skusiliśmy się na gorącego kurczaka (zakupiony już całkiem blisko domu) z różna (ksywa „gorąca laska”) i na napitek zanabyty absolutnie w celach profilaktyczno-leczniczych czyli żubróweczkę. W komplecie z sokiem jabłkowym. Czyli szarlotka. Ale zwana czasem przez niektórych „byczkiem w sadzie” (czemu byczkiem???- powinno być chyba żuberkiem). W domu czekała na nas już Ulka. Została na proszoną kolację.

wtorek, lipca 11, 2006

wakacje na czterech kółkach cd

Dzień 5 – czwartek Pogoda jakby gorsza. Znaczy się damska pogoda, znaczy się dmucha. Postanowiliśmy znów odwiedzić Kołobrzeg. Ale okazało się, ze wiatr był podstępny...i niezależnie od tego, w którą stronę jechaliśmy dął nam co sił w twarz...No i wydmuchał te tam alergeny czy inne cuda, wiec z powodu częściowej utraty oddechu nadawałam się tylko na powrót do domu. Z ciekawostek, na które natknęliśmy się po drodze należy wymienić samochód, który miał cudny napis Śnieżka. Wyobraziłam sobie pod tą nazwą wytwórnię lodów albo pralnię...albo cos innego związanego ze śniegiem albo Śnieżką....A tu chała! Tą cudną nazwą obdarzona została wytwórnia wędlin.. Po drodze Bohun snuł marzenia...jak by to było super zrobić sobie piknik na plaży. Taką majówkę w czerwcu. Niezbędnym składnikiem tej majówki miał być kurczak wędzony. Wiśta wio...łatwo powiedzieć..skąd w takim oddalonym od świata i ludzi miejscu (czytaj zadupie) wziąć kurczaka? Objechaliśmy wszystkie sklepy od Dźwirzyna po Mrzeżyno i bupa...Dopiero w ostatnim osiedlowym sklepiku udało się takiegoż kuraka zanadobyć. Do tego cytroneta (czyli reds cytrynowy) i uczta gotowa. Zapakowaliśmy więc cały ten majdan majówkowy i udaliśmy się na plażę. Z powodu silnego wiatru nie atakowała nas brygada Lulka Krwiopijcy. Myślę, że przy takim wietrze trudno było wpasować się w obiekt ataku. Bohun miał teorię, ze znoszone w czasie ataku trafiały w drzewa i uszkadzały sobie te szpikulce do ssania krwi (trąbka to zbyt łagodne określenie).Więc de facto zajęte były prostowaniem szpikulców. Dzień 6 – piątek Pogoda znowu taka sobie...trochę słońca, trochę wiania. Ale Kołobrzegowi sie nie upiekło. Miał być celem naszej podróży i był. Trochę okrężną drogą go zdobyliśmy, ale zawsze. No i nawet udało sie spotkać po drodze CZYSTE krowy (ha! A jednak można! Jestem pełna szacunku dla właścicieli tychże czystych krówek). Drogę odkryliśmy zupełnie nową. To była trochę samochodowa droga, ale samochody śmigały po niej z rzadka. W trakcie drogi zgłodnieliśmy i prawie u celu podróży doleciał nas cudowny zapach świeżego pieczywa. Więc postanowiliśmy sie poddać instynktowi. Po drodze do piekarni odwiedziliśmy sklep, gdzie zaopatrzyliśmy się w wiejską kiełbasę (w tamtejszych okolicach maja wiejską kiełbasę o smaku doskonałym i gdzie indziej nie spotykanym).Konsumpcji dokonaliśmy na stojąco, pod piekarnią. Do dziś pamiętam ten niepowtarzalny smak i zapach naszego posiłku :-) W nocy przeleciała burza, więc pomyślałam, że morze jakieś bursztyny wywaliło? Dzień 7 - sobota Nie wywaliło...Sprawdziliśmy naocznie i namacalnie. Jakaś przereklamowana sprawa z tymi bursztynami po burzy...Troszkę udało mi się zebrać tych mikrobursztynów, ale na pewno nie po burzy. Słońce jakby bawiło się z nami w ciuciubabkę. Trochę było, trochę nie było, więc postanowiliśmy odbudować zapasy jedzenia. Dobrze, że lodówka była tylko dla nas. Nie było szans, żeby cos do niej jeszcze wcisnąć. No ale pod jedzenie podłączyła nam się Ulka. Jak tylko widziała mnie albo Bohuna (zwłaszcza Bohuna) gnała do nas aż jej się brzuszek kolebał. A w brzuszku małe kiciusie. Oprócz Ulki był także jej synek Józio no i suczka Sonia. No i jeszcze z doskoku okoliczne koctwo. Ale znowu polazłam w dygresje, jak nie przymierzając, żaba w pomidory. Ale właściwie to ten dzień to był taki bardzo leniowaty. Daliśmy sobie czas na odpoczynek i po tym odpoczynku zrobiliśmy sobie skromny pieszy spacer do Mrzeżyna - kurortu. Udało nam się wyłowić z morza dwie butelki. A w tych butelkach były wiadomości. Juz sie ucieszyliśmy, że może uratujemy życie jakiemuś rozbitkowi, ale okazało się, że to tylko podfruwajki szukają fajnych chłopaków. Bardzo mocno szukają, albowiem w liście zostawiły numery swoich telefonów komórkowych....Eeeech jak to cudownie, że duch romantyczności w młodym narodzie nie ginie.

czwartek, lipca 06, 2006

wakacje na czterech kólkach cd.

Dzień 3– wtorek Wyjątkowo dzień nie zaczął się rowerowaniem, tylko plażowaniem. Nie wiem dlaczego? Może dlatego, ze byliśmy 200 metrów od morza i była piękna, słoneczna pogoda? Wytrzymaliśmy gdzieś do 11...bo potem to już niezdrowo. Wystarczyło nam to w zupełności, bo zaczęliśmy od 8. Tu mi się znowu pcha dygresja. Tak pięknej pogody nie miałam jeszcze nigdy nad morzem. Ciepło i morze spokojne jak jezioro...Można było siedzieć na plaży od 6 do 20. I cały czas było ciepło ...i nie trzeba było żadnych parawanów. No ale wystarczy o pozytywnych anomaliach pogodowych. Planując dalszą część dnia Bohun przygotował bidon z piciem (na drogę) i w celu szybszego schłodzenia w czasie naszego plażowania włożył picie do zamrażalnika. Pojechaliśmy bez bidonu. Tym razem postanowiliśmy przełamać pecha i dotrzeć wreszcie do Kołobrzegu. Udało nam się tam dotrzeć, a także zjeść lody w Ambrozji i wypić kawę, a w międzyczasie zastanowić się, czy lokal podpisany nazwiskiem Rewińskiego to lokal TEGO Rewińskiego? Nie wymyśliliśmy nic, za to Bohun poleciał trochę Rewińskim, a przyznać uczciwie muszę, ze robi to wyśmienicie. W drodze powrotnej Bohun wyznał, że jeśli chciałam mu przypomnieć jak wygląda zatłoczony kurort, to cel osiągnęłam. Bo nie lubimy zatłoczonych kurortów. Zdecydowanie bardziej podoba nam się Mrzeżyno prawie zupełnie bez ludzi (jeśli nie liczyć naszej gospodyni i jej męża). Postanowiliśmy pokonać szlak „Ku słońcu” w odwrotnym kierunku, czyli niejako „Od słońca”. Właśnie wtedy rower odmówił mi posłuszeństwa. Jeszcze przed momentem jechałam, a potem nagle leżałam. Rower też. Bo ja nie lubię piasku. Jak widzę piasek, to ogarnia mnie panika. Ten piasek był nieładny...I skontuzjował mi kolano. Tak sobie pomyślałam, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Ten zapomniany napój w zamrażalniku to był napój jabłkowo-miętowy. A my, z braku czegokolwiek do picia, zanabyliśmy wodę. I tą wodą dało się obmyć moje sponiewierane kolano. I znowu byłam jak rącza łania...na emeryturze. Jednakowoż pozbierawszy się do tzw. kupy (mówię o sobie) ruszyliśmy dalej „Od słońca” obserwując różne okoliczności przyrody. I taka krowa np sprowokowała mnie do głębszych przemyśleń na temat różnic między krową a psem. No bo krowa była brudna. I zadałam w sumie retoryczne pytanie, dlaczego krowy są u nas brudne? Takiego psa np. to się myje... A krowa? Czym ona się różni od psa? Czy gorsza ona jest? Bohun mi zaprezentował pewne zasadnicze różnice między tymi zwierzętami, ale było to uzasadnienie mało satysfakcjonujące, bo krowa i tak pozostała brudna. Psa nie było. Przedmiotem naszych rozważań była również ścieżka 'Ku słońcu”. Wydano na nią środki unijne, była świetnie oznaczona i posiadała różne mądre informacje poutykane po drodze...o bocianach, łąkach i innych okolicznościach przyrody a czasem historii. Po polsku i po niemiecku. Wszystkie miejsca postojowe były przygotowane, trawa wykoszona, a w toitoi był papier toaletowy...A na ścieżce rowerowej ani jednego rowerzysty. Więc dla kogo te szlak? Nasze wątpliwości zostały rozwiane, kiedy po drodze, na kolejnym miejscu postojowym spotkaliśmy dwóch autochłonów konsumujących „gorzałkę dziadunia” z plastikowej butelki (sprawdzone post factum palpacyjnie). Przy konsumpcji pełna kultura była: kieliszki do wina przywiezione w teczce i pełne skupienia miny. Żadne tam pijackie burdy. Wymieniliśmy uprzejme dzień dobry z autochłonami i wkrótce oddalili się oni na rowerach zostawiając nam do dyspozycji punkt widokowy. Wprawdzie nie rozwikłaliśmy problemu, czy są tu jeszcze jacyś rowerzyści, ale za to stwierdziliśmy naocznie (i palpacyjnie), ze szlak jest wykorzystywany i generalnie służy ludziom. W drodze powrotnej zanabyliśmy (Bohun) środki odkażające wewnętrznie i zewnętrznie (taka koncepcja kompleksowego leczenia) no i do kompletu wiejską kiełbasę. Po powrocie do domu nastąpiło kompleksowe leczenie, tzn zostałam zaopiekowana, kolano odkażone, zasypane i zaklejone i wewnętrzny środek odkażający zaaplikowany...(to wszystko to Bohun oczywiście) a w całym tym zamęcie większa część kiełbasy wiejskiej znikła. Niektórzy z nas podejrzewali, że to stolik Niedobry stolik!!!! Bohun nawiązał przyjacielskie stosunki z kotką Ulką. Wykorzystał do tego celu resztę kiełbasy. Przyjaźń została zadzierzgnięta. Dzień 4- środa Bohun zaczął dzionek od podtrzymywania przyjaznych stosunków z Ulką. Tym razem za pomocą twarogu. Ulka lubi twaróg i lubi Bohuna (chyba jest jakiś związek miedzy tymi lubieniami). Pod twaróg podłączył się syn Ulki – Józio. Grono nowych przyjaciół Bohuna powiększa się. Ulka zapomina czasem o tym, że należy chować język, co nadaje jej nieco gapowaty wygląd (żeby nie powiedzieć durnowaty). Dokładne oględziny mojego upadłego roweru wykazały, że rower nadaje się do jeżdżenia, acz bez licznika. Ten dokonał bezpowrotnie żywota mimo paru prób reanimacji. Ruszamy więc w kolejną rowerową trasę. Tym razem w kierunku zachodnim. Pokonujemy drogi piątej i dziesiątej kategorii wiodące przez pola, ale w rezultacie docieramy do Trzęsacza. W Trzęsaczu oglądamy resztki z resztek zabytkowych ruin. Wielkie mi ruiny...Ściana jedna została. Z Trzęsacza droga powrotna wiedzie cudną ścieżką z widokiem na morze...Czasem ścieżka wiedzie tuż nad urwistym brzegiem...taki mały hardcorek podczas spokojnej jak do tej pory jazdy. Zwiedzamy Rewal, Niechorze i Pogorzelicę. W Pogorzelicy jemy jedyny w czasie całego pobytu klasyczny obiad : pomidorową z makaronem i rumsztyk z ziemniakami i buraczkami. Ten obiad nam tak zapadł, bo obsługiwała nas kelnerka, która wyglądała, jakby właśnie przygotowała się na halloween. Cała w czerni, z brwiami jak skrzydła kruka. Kto nie wierzy, niech jedzie do Pogorzelicy, do lokalu Krakus. A obiad świetny: smaczny i gorący. We wszystkich nadmorskich mieścinkach widać przygotowania do sezonu. Ludzi tez juz troszkę jest, ale najwięcej jest Niemców. Gdzieniegdzie czujemy sie po prostu tak, jakbyśmy byli w Niemczech. To dobrze, że poruszamy sie rowerami. Albowiem z powodu wyjątkowo ciepłej pogody uaktywniły się komary...zwane przez nas brygadą Lulka Krwiopijcy. Za rowerami nie nadążają, ale czają się wszędzie. Podejrzewam, że mają wystawione czujki. Wystarczy wyjść za furtkę, żeby być obiektem ich perfidnych napaści. Spacer przez las nad morze przypomina taniec św. Wita. Z „ludźmi” Lulka walczymy różnymi sposobami...Ja zakrywam sobie wszystko co odkryte (z plaży wracam owinięta w plażowy koc i ratuję się fenistilem, Bohun wspomaga się chemią, tzn. używa offa. Ale obie metody są średnio skuteczne. A ten kontakt z przyrodą to ja uważam za wyjątkowo nieudany. Na szczęście zasięg działania Lulka Krwiopijcy nie obejmuje plaży. No dobrze, teraz dygresja o plaży. Wiadomo, w końcu byliśmy nad morzem, więc i plaża była prawie codziennie. Ale w przeciwieństwie do innych miejsc, nic się na niej nie działo. Bohun czasem chadzał na nią rankami , razem byliśmy tam przed albo po wypadach rowerowych. Jedyna jej wyjątkowość polegała na tym, że była absolutnie pusta. Więc można powiedzieć, że mieliśmy do dyspozycji prywatna plażę. No dobrze...wyjątkowe było też to, ze mogliśmy na niej siedzieć nawet do 20. Gdyby nam się chciało siedzieć, ale zazwyczaj bardziej chciało nam się jeść...Ale o jedzeniu też nie ma co pisać...

wtorek, lipca 04, 2006

wakacje na czterech kółkach cd

Dzień 1 – niedziela Może jeszcze słów parę o pokoju, w którym zamieszkaliśmy (no muszę uzupełnić bo zostałam pozakomentarzowo napomniana, że lecę po łebkach). Musi być dygresja: nie mogę bardzo dokładnie pisać, no...bo nie o wszystkim mogę pisać :-) A gdybym tak dokładnie chciała, to by mi wyszła powieść w odcinkach. Musiałabym napisać o czasie przedwyjazdowym, kiedy to zauważyłam flaka w swojej tylnej oponie, a Bohun dzielnie go zwalczył, o szaleństwie przedwyjazdowym....o znakach drogowych (jeden znany jako „hops, hops jak rącza łania”) ....itd, itd. Ale o pokoju muszę, to fakt. Pokój był. Duży był. Kiedy go rezerwowałam, to zadano mi pytanie, czy nie będzie nam przeszkadzało, że jest jedno wspólne łóżko. No cóż pomyślałam, że nie będzie. W nagrodę dostaliśmy dwie oddzielne leżanki i wiekową kanapę, która wygadała tak, jakby się miała rozpaść od samego siadania na niej. W związku z tym zagospodarowaliśmy kanapę, a leżanki służyły jako ławka kar (na szczęście, w czasie całego pobytu nikt na nich nie wylądował). Z braku szafy można było za to je wykorzystać do przechowywania ubrań. Na ścianie wisiało dzieło sztuki, które intrygowało nas aż do końca pobytu. Z powodu postaci występujących na tymże dziele (bo to obraz był). Ja stawiałam na Obcych, Bohun miał nieco inną koncepcję, ale przyznać trzeba, ze dzieło to przyczyniło się do licznych prób analiz tegoż malunku. Na koniec zagadka została rozwiązana, ale o tym we właściwym czasie. Łazienka była. Duża była. Ale prysznic był baaardzo mały. A w umywalce nie było ciepłej wody (w każdym razie nie wtedy, kiedy jej Bohun potrzebował). No i drzwi. Też były. Ale jakoś niewłaściwie osadzone. W zasadzie trzeba było je solidnie podnosić ku górze, żeby chciały się otworzyć. Albo zamknąć. Nie bez solidnych efektów dźwiękowych. Ale było 200 merów do morza, plaża z powodu braku ludzi prywatna, a kwatera też bardzo prywatna, bo byliśmy jedynymi gośćmi. Pogoda też była..Najczęściej słoneczna była. No i lodówka do naszej dyspozycji. Jako miejsce noclegowe godna polecenia. No i znów powlokło mnie w dygresje. A miałam o dniu pierwszym pobytowym. Podróż samochodem i próby wokalne podczas podróży okazały się nieludzko wyczerpujące. Potrzebowałam zdecydowanie więcej snu niż Bohun. Bohun wstał. Ja spałam. Bohun poszedł przywitać się z morzem i popstrykać mu fotek. Ja spałam. Bohun zbierał muszelki. W różnych rozmiarach. Ja spałam. Bohun wrócił do pokoju i zrobił efekty dźwiękowe drzwiami. Ja spałam. Bohun zrobił pyszne śniadanko. Wstyd się przyznać, ale ciągle spałam. Obudziły mnie dopiero muszelki włożone mi do ręki i hasło „śniadanko”. To się obudziłam. Ale przyznać muszę, że dawno nie miałam tak luksusowego budzenia w tak mało luksusowych warunkach. Warunki nieważne. Ludzie tak. Pierwszego dnia ruszyliśmy szlakiem „Ku słońcu”. Znałam go już z poprzedniego pobytu i tak się jakoś spokojnie nim dotoczyliśmy prawie do Kołobrzegu. No bo my właśnie wypoczywaliśmy za Kołobrzegiem, a konkretnie w Mrzeżynie. No i zastanawialiśmy się czy jechać zwiedzać kurort, czy już spokojnie wrócić sobie do domku. Zapadła decyzja, żeby wracać do domku. Ale chała! Spokojny powrót to nie był. Bardzo niespokojny. Świeża dętka, która zrobiła jakieś 46 km, odmówiła współpracy. Sprawdziliśmy autobusy. Chała. Znaczy nie było. Do domu 20 km...buuuu...Prowadziliśmy więc rowery pięknym szlakiem rowerowym, który wiódł przez las, nieopodal morza. Chyba poruszałam się mało energicznie, a może nie wyglądałam na kogoś, kto da radę prowadzić rower 20 km..... W każdym razie Bohun zabrał mi rower i prowadził oba. Oba narowiste. Oba z ostrymi pedałami. Łydki Bohuna nawiązały z tymi ostrymi bezpośredni kontakt. Nie będę opowiadała o mieścinie, nadmorskiej, która ciągnęła się kilometrami (stwarzając pozory, że już się kończy), ani o zmasowanym ataku dobrze zorganizowanych krwiopijców (o tym jeszcze będzie), ale w tejże mieścinie chciałam umrzeć i zostać na tamtejszym bruku. Bo mi się zrobił bąbel (zwany przez niektórych pęcherzem) pod stopą. Pogoda była upiornie cudna. Ale wszystko w życiu się kiedyś kończy, więc i my dotarliśmy do przystanku autobusowego. Okazało się, że mamy jeszcze czas na rybkę, więc poszliśmy się posilić. A przy okazji odkryliśmy super miejsce ze smażonymi rybkami. I to był chyba jedyny plus tego dnia. Jeszcze tylko moja podróż z rozdętkowanym rowerem autobusem (Bohun popruł na swojej maszynie), droga przez las z przystanku autobusowego...i dzień się skończył. Bilans : 36,6 km rowerem, 13 km na piechotę (w tym niektórzy z nas z dwoma rowerami), 7 km autobusem (znowu niektórzy z nas na rowerze), jeden potężny bąbel pod stopą, opalona lewa strona prowadzącego rowery (kurcze fajne imię indiańskie: Prowadzący Rowery....prawie jak Tańczący z Wilkami), jedna dętka odmawiająca współpracy, dwie porcje smażonego dorsza, dwie podwójne porcje frytek i bliski kontakt z przyrodą. Najbliższy z jej krwiopijczymi przedstawicielami. Za to na miejscu, w nagrodę raczyliśmy się ptasim mleczkiem i pestkami z dyni. No taka była dieta na ten dzień. Niektórzy to jedli te pestki z zamkniętymi oczami. Ale jak się jest Prowadzącym Rowery, to ma się prawo do takiej konsumpcji. Dzień 2 – poniedziałek Próbowałam rano spać. Spałam w najlepsze mimo chrapania naszej gospodyni (pokój tuż obok) . Ojciec Rydzyk, który przeplatał się z tym chrapaniem i gromkie „amen” od czasu do czasu też mnie nie ruszyły. Ale najlepszym sposobem na poderwanie mnie z łóżka o wczesnej porze, był komunikat o tym, że nie ma mojego roweru. Skuteczny był to sposób. Roweru rzeczywiście nie było. Bohuna rower był uwiązany do poręczy i był, a mój z racji rozdętkowania przypięty nie był i go nie było. Więc poszliśmy na spacer poranny po plaży, skoro już nie spaliśmy. Po powrocie rower był. Jak się okazało, nasz gospodarz w trosce o nasze nieprzypięte dobro schował go do piwnicy. Jak wstał, to wyjął z piwnicy. Mogliśmy ruszyć do Trzebiatowa z misją naprawczą. W Trzebiatowie jest sklep rowerowy, a w tym sklepie mechanik (!!!!). No to zostawiliśmy rower w dobrych rękach i poszliśmy narobić zapasów jedzeniowych (była lodówka, to i trzeba było ją czymś wypełnić). W czasie naszego pobytu w Trzebiatowie Bohun nawiązał bliższy kontakt z jednym bicyklistą gadułą (też przywiózł rower do mechanika) i z jedną sunią . Sunię nakarmił twarogiem i jajkiem, bicyklisty nie karmił. Może dlatego, że sunia była wychudzona, a bicyklysta prezentował sie raczej okazale. Rower dostał nową oponę (dętkę też- siłą rzeczy). Stara była łysa jakby, na co nie zwróciłam uwagi. Jakoś nie zawracam sobie głowy szczegółami. A potem nastał normalny dzień. Tzn pojechaliśmy zwiedzać okolice. W okolicach były niezłe lody na patyku. No to nie można było ich nie skonsumować. I dobrze, że skonsumowałam (Bohun jakby mniej), bo czekała mnie niezła próba wysiłkowa. Jakoś tak zagubiła nam się końcówka szlaku „Ku słońcu”, ale pokonywanego z odwrotnej strony. No i trafiliśmy na ogrodzenie. Na podwójne ogrodzenie. Bohun jakoś w mgnieniu oka pokonał to ogrodzenie i nie miałam innego wyjścia jak je też pokonać...Rowery bez problemu znalazły się po drugiej stronie, a ja miałam opory. Zachęcana przez Bohuna hasłem „hops hops, jak rącza łania” mamrotałam pod nosem „łania,...chyba na emeryturze”. Nie wiem jak, przy dużym udziale Bohuna, przegramoliłam się przez przeszkodę. Ale zostało jeszcze drugie ogrodzenie. W trakcie przekładania rowerów przez ogrodzenie pojawił się jakiś człowiek, który wyglądał, jakby chciał wyszarpać te rowery Bohunowi. Nie miał szans, jako, że był drobnej postury. Okazało się, że chciał Bohunowi pomóc...Ale nie bardzo też mógł wytłumaczyć, o co mu chodzi (sam posiadał swój rower), bo nie znamy niemieckiego. Zrozumieliśmy, ze chce z nami cuzamen, no to się zgodziliśmy. Ale on chciał cuzamen ku słońcu, a my już podążalismy od słońca. I tak nasze drogi się rozjechały... Jeszcze tylko placki ziemniaczane w Mrzezynie i już można było wrócić do domu. No nie, nie tylko „jeszcze tylko”..to było po 8 placków na głowę..Do dziś się zastanawiam, jak one mi się zmieściły...Zmieścić się zmieściły, ale w efekcie ich konsumpcji nasze żołądki zgłosiły potężne veto...

poniedziałek, lipca 03, 2006

wakacje na czterech kółkach

No tak, skoro obiecałam, że napiszę, to obietnicy trzeba dotrzymać. Zwłaszcza, ze przecież życie toczy się nadal i jest o czym pisać. Ale przecież mam wytłumaczenie: wysoka temperatura (nic sie nie chce) oraz dłuuugie dni, których szkoda na spędzanie czasu przed komputerem. Powiem tylko (to tak tytułem aktualności), że udało nam się zaliczyć Epokę lodowcową 2 (powiem tylko, że stanowiliśmy z Bohunem 1/3 widowni) i jeszcze powiem, ze film był na tyle interesujący, ze nie miałam ani jednej próby zaśnięcia i ze zmarzliśmy na kość. Nauczka na przyszłość : zabierać do kina latem coś ciepłego (w sensie ubrania). A.... i jeszcze ostatnią niedzielę spędziliśmy na rowerze. Tak. Nas dwoje, jeden rower, a pod rowerem duuużo wody...Takie wakacje mini...aneksik do prawdziwych wakacji, gdzie każde z nas miało swój rower, a pod kołami piasek, asfalt, trawę, bruk, płyty...oraz wiele nawierzchni trudnych do zidentyfikowania i opisania ... No więc do adremu: Wakacje na czterech kółkach dzień 0 (sobota) – podróż Rozpoczął sie bardzo wcześnie i składał sie głównie z jazdy samochodem. Było to trudne przedsięwzięcie, albowiem niektórzy z nas bardzo nie lubią jeździć samochodem. No i te rowery na dachu...i jakieś 530 km do pokonania. Wypełnialiśmy czas słuchaniem muzyki (niektórzy próbowali śpiewać razem z wykonawcami, a niektórzy udawali, że nie słyszą tych nieudanych prób wokalnych) i wymyślaniem różnych historii. Np. jak powstawały nazwy mijanych miejscowości. Hitem okazała się etymologia nazwy Kołtki, której autorem jest Bohun. Kiedyś wioska nie miała nazwy, ale kiedy wybrano pierwszego sołtysa, miał on tę nazwę wioski wymyślić. Sołtys miał jednak żonę, z której zdaniem musiał się liczyć. Żona zdecydowała, że wioska powinna nosić nazwę Kotki. Sołtys zaś miał pomysł, aby wioskę nazwać Kołki. Skończyło się na nazwie kompromisowej Kołtki, jako, że ani sołtys, ani jego żona nie chcieli ustąpić... Spotkaliśmy tez na swojej drodze ptaki plujki. No bo skąd mogło nam się wziąć mokre na szybie, jeśli dzień był piękny i słoneczny? Wiadomo przecież, że w okolicach dróg mieszkają ptaki, które zbiorowym pluciem na szyby przejeżdżających samochodów protestują przeciwko przemieszczaniu się tychże samochodów. No i upodobały sobie zwłaszcza samochody z warszawską rejestracją...Atak ptaków plujek powtórzył się ze trzy razy, ale na szczęście szybko opuściliśmy teren ich działania. Po drodze mieliśmy jeden postój żywieniowy i rozszyfrowaliśmy, ojej, no żeby być uczciwym, to powiem, ze Bohun rozszyfrował, jak to się stało, że na parkingu w lesie powstała rzeźba „grzybki”. Odgadł od razu, ze rzeźba powstała niejako za karę. Otóż był pewien zmotoryzowany turysta, który nie pozostawił miejsca parkingu w stanie, w jakim je zastał...Czyli waląc prosto z mostu, nabrudził i naśmiecił. Został jednak przyłapany przez czujnego leśniczego, który nie pozwolił turyście opuścić parkingu, zanim nie posprząta i w ramach rekompensaty nie wyrzeźbi czegoś w materiale dostępnym na leśnym parkingu. Tak więc rzeźba „grzybki” tkwi jak wyrzut sumienia na leśnym parkingu i każe zastanowić sie nad losem nieszczęsnego brudasa. Nagle, po 8 godzinach dojechaliśmy. Jak się okazało przywożąc ze sobą pogodę. Najpierw wiec poszliśmy przywitać się z morzem, potem rowerowo przywitać się z pobliskim kurortem, gdzie zjedliśmy pierwszą smażoną rybę. Potem już było normalnie. Tzn wieczorem okazało się , ze Bohun ma w zwyczaju wylewać sobie na głowę niedokończone drinki (najczęściej wieczorem właśnie). Zapomniał jednak o cytrynie (składnik drinka), której część dostała mu się do oka, część wyładowała na kontakcie, a część w postaci pestki wpadła mu do nosa. Po akcji ratunkowej polegającej na uwalnianiu oka z soku cytrynowego i samoistnym niejako uwolnieniu się pestki z nosa (kich był niezły) oraz po wydłubaniu plastra cytryny zza kontaktu umówiliśmy się, że na przyszłość postaram się kończyć swoje drinki a Bohun na czas wakacji postara się zrezygnować ze swojego zwyczaju.