Dzień 8 – niedziela
No i dobra, dosyć tego lenistwa! No może nie tak do końca, bo w oczekiwaniu na decyzję pogody, czy ma być udana, czy nie, czekaliśmy spokojnie aż do 10. Wg mojej opinii był to jeszcze ranek, wg Bohuna południe :-) i to dobrze rozwinięte. No i coś tam się przetarło. Więc spokojnie ruszyliśmy na podbój dalszych okolic. Tym razem celem naszej wyprawy miały być Gryfice. Wg drogowskazu w Mrzeżynie, w linii drogowej i, że tak powiem, na wskroś, miało być 28 km. My wybraliśmy wersję turystyczno-krajobrazową, zgodnie, albo prawie zgodnie ze szlakiem rowerowym. Jakimś czerwonym czy coś...Już teraz nie pamiętam, bo uparcie plątał nam się zawsze i wszędzie szlak z zielonym rowerkiem oznaczony R-10. To R-10 prześladowało nas zawsze i wszędzie. Ale staraliśmy się nie zwracać na nie uwagi.
Pogoda się troszkę nasłoneczniła, więc kiedy dojechaliśmy w samo południe do Trzebiatowa, to mogliśmy sobie pozwolić na lody i kawę w pełnym słońcu. Udało nam się też trafić na hejnał trzebiatowski i wpaść na trop cafe internet, która to cafe była potrzebna Bohunowi do przerzucenia zawartości aparatu na płytkę. I cóż sie okazało? Typowaliśmy na lokalizację kafejki Trzebiatów, jako aglomerację znacznie większą niż Mrzeżyno. Ale najciemniej jest zawsze pod latarnią. I dostaliśmy namiary właśnie na Mrzeżyno.
Napasieni lodami ruszyliśmy sobie spokojnie w kierunku Gryfic. Z 28 zrobiło się jakieś 50 km, ale okolice jakoś nie przypadły nam do gustu.

Chyba im dalej od morza, tym mniej malowniczo. Mnóstwo zapuszczonych, rozpadających się gospodarstw popegeerowskich, niedokończonych budowli, a mieściny jakieś takie nieciekawe i ponure.

Chyba to nieprzyjazne otoczenie nas tak wymęczyło, że postanowiliśmy wrócić do Trzebiatowa pociągiem. Niestety, jak to określił Bohun „pociągi w kierunku Trzebiatowa dwa razy w roku, oprócz niedzieli i świąt”. Czyli w prostym języku pociągów brak. Bo była niedziela. W piątek byłyby ze dwa...Jeden do południa, a drugi wieczorem. No cóż, trzeba było jednak wracać na własnych kołach...Ale najpierw zaspokoić głód. Ale nie było to łatwe. Po raz pierwszy w życiu znaleźliśmy się w miejscu, gdzie nie było żadnej knajpki. Cukiernie owszem, kawiarenki też...Ale my szukaliśmy miejsca gdzie można było zjeść coś niekoniecznie słodkiego. I bupa. Autochłoni dawali nam sprzeczne wskazówki, aż trafiliśmy na kierunkowskazy wiodące nas do pizzerii Lucyfer.

Nie będę pisała, ile udało nam się wcisnąć w siebie, bo sama w to nie wierzę. Powiem tylko skromnie, że dużo.
Po posiłku, wolniutko, żeby broń boże nie męczyć żołądków, ruszyliśmy w drogę powrotną. I nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zbłądzili. Na szczęście błąd kosztował nas tylko jakieś 10 km, ale raczej nie zależało nam na wyczynach trasowych, tylko na szybkim powrocie do domku. Postanowiliśmy więc przyjrzeć się mapie. Droga, (ta wiodąca nas do prawidłowej) która nas interesowała, wypadała jakoś tak na zgięciu mapy. Więc znów musieliśmy wypytać miejscowych o drogę. Chętnie udzielili nam wskazówek . Spytaliśmy, czy dobrze jedziemy na Górzycę (ta Górzyca, to była miejscowość, która znajdowała się na tej właściwej trasie) i usłyszeliśmy jęk zawodu....O nie, niedobrze...Z reakcji autochłonów wynikało, że odbiliśmy z właściwego szlaku na jakieś 20 km. Ale po dokładnym wypytaniu okazało się, że przejechaliśmy jakieś 20 metrów za daleko. Trzeba było wrócić do „pobabranej” (to określenie miejscowych informatorów) drogi (trzeba było zapisać to określenie! Bohun zapamiętał je jako „popapraną” albo „potarganą”). Nie była zresztą taka najgorsza. Jeździliśmy juz duuużo gorszymi. Potem był mostek baaardzo słaby (wymaga dosyć szybkiej rekonstrukcji) i mieścina Dziadowo, gdzie odbywał się chyba konkurs jednorazowych skoków na bandżi w lokalnym wydaniu. Zdaje się , że na sztywnym sznurze i do wody...Taka miejscowa odmiana Po tych rewelacjach już tylko szybki powrót do domu.
Tego dnia udało nam się pobić rekord. W sumie 109 km. Jak by się tak zastanowić, sumując te wszystkie zrobione do tej pory kilometry, dojeżdżalibyśmy już do Warszawy.
Dzień 9 – poniedziałek
Słońce, wbrew porannym obawom Bohuna wyszło zza chmur w całej okazałości. No to postanowiliśmy nadrobić braki w plażowaniu. Tym razem nie byliśmy sami na plaży. Pojawiła się jakaś wielopokoleniowa rodzina, więc postanowiliśmy zostawić ich samych i ruszyć na rowery. Tuż przy plaży znaleźliśmy zaparkowany samochód. Rodzinny samochód zaparkowany w lesie. A las jest o tyle charakterystyczny, że wszędzie, jak byk, widnieją zakazy wjazdu. Ale przecież nie jest to żadna przeszkoda dla troskliwego tatuśka, który postanowił swoja gromadkę przytargać samochodem aż pod samą plażę. No cóż. Powiem tylko tyle, że zeszło mu powietrze z tylnego koła. Kompletny kapeć. Samochód stary był to i opony mogły przepuszczać. Z Bohunową pomocą mogły....Gdyby nie ataki „ludzi” Lulka Krwiopijcy poobserwowalibyśmy sobie z pobliskich krzaków finał tej wycieczki rodzinnej. Ale tez wzywały nas obowiązki. Wizyta w cafe internet, gdzie ktoś, korzystając z naszej nieobecności przy rowerach odkręcił mi tylne koło....Zagadkowa sprawa...

W nagrodę za udaną akcję dywersyjną (akcja wspólna, bo przecież ktoś musiał stać na tzw czujce, kiedy Bohun obserwował uchodzenie powietrza z tylnej opony samochodu wandala) zafundowaliśmy sobie pysznego dorsza w Dźwirzynie.
Dużo go było. Od fosforu spożytego w rybach pewnie świeciliśmy w nocy...Zresztą nie wiem, bo spałam:-)
Wróciliśmy jeszcze na plażę, ale samochodu juz nie było...Nie pojawił się zresztą więcej ani razu. Wieczór upłynął nam na wyprawie po piwo (Bohun) i przygotowaniu pysznej sałatki z wędzonej ryby (wykonawstwo Bohun – ale ja podkuchenna). Sałatka nie chciała się skorelować z piwem, więc została przeznaczona do konsumpcji na dzień następny, czyli
Dzień 10 – wtorek
Sałatka wyszła nad podziw dobra i była niezłą nagrodą po porannym spacerze plażą. Było niby pochmurno, ale bardzo ciepło. Od rana, od godziny 6 albo siódmej można było chodzić brzegiem morza w samym kostiumie. Ruszyliśmy znowu w okoliczne wioski i napotkaliśmy taki oto twór: „Kopalnia Gazu; Przedsiębiorstwo Górnictwa nafty i Gazu w Warszawie oddział zielonogórski w Gorzysławiu” gdybyśmy to wczorajsze piwo wypili rano moglibyśmy mieć podejrzenia, że mamy omamy wzrokowe. Ale nie...

W czasie naszego rowerowania pogoda rozwinęła się w dobrym kierunku, co pozwoliło nam na poplażowanie do godz. 19.
Dzień 11 – środa
Pogoda początkowo zapowiadała się bardzo pozytywna. Bohun zaplanował spacer do Pogorzelicy plażą. Tym razem na piechotę. W tę i nazad byłoby jakieś 20 km. Ale pozytywy znikły, kiedy pojawiły się chmury. Więc postanowiliśmy zmienić plany. I wtedy się okazało, że dętka w mojej przedniej oponie jakby się skurczyła. Na szczęście mieliśmy zapasową, pompka do dyspozycji była i w trymiga udało się nadać pierwotny wygląd mojej przedniej oponie. A ponieważ od naszego gospodarza dostaliśmy plan przeprawy przez las (i tereny wojskowe) do Pogorzelicy, zapadła jednomyślna decyzja o wyprawie rowerowej ( w miejsce pieszej). Chmury znikły. Niebo miało czystość lazuru. Ale to nie pierwszy raz pogoda grała z nami w ciuciubabkę zmuszając nas do zmiany planów. Tym razem zmiana planów wyszła nam na dobre...chociaż nie do końca , jak sie okazało...Postanowiliśmy ruszyć szlakiem Cześka Piskorskiego (naprawdę tak się szlak nazywał) , który wiódł nad samym morzem...

No czasem odbijał troszkę w las, ale udało nam sie po kolei zaliczyć wszystkie nadmorskie kurorty.

Pogorzelica, Niechorze, Rewal, Trzęsacz, Pustkowo, Pobierowo , Łękocin, Dziwnówek i wreszcie Dziwnów.

No i trzeba było skończyć na Dziwnówku. Bo Dziwnów okazał się znowu kolejnym brzydactwem. W dodatku pogonił nas solidnym deszczem. My się deszczu nie boimy, tyle tylko, że dolne części ciała mieliśmy oblepione błotem, a rowery...hmmm, wyglądały, jakbyśmy je przeciągnęli przez bagno. Wielokrotnie. Z powodu deszczu próbowaliśmy wrócić jakimś autobusem, ale nie udało nam się zlokalizować jakiegoś przystanku, czy czegoś w tym guście, postanowiliśmy więc pokonać Czeska Piskorskiego od tyłu:-) Okazało się, ze dętka w moim przednim kole miała inne plany. Zrezygnowała z dalszej drogi. Ja też musiałam. Dętka odmówiła współpracy na pustkowiu, no nie... w Pustkowie, a właściwie to miejsce zasłużyło na nazwę Pierdziszew. Z powodu braku jakichkolwiek możliwości naprawy zbuntowanego roweru. Totalna klęska...Ani możliwości transportu (tym razem przystanek był, ale brak jakichkolwiek perspektyw na autobus.). Tym razem rowery zostały poprowadzone przez Bohuna tylko przez jakieś 3 km. Do Rewala, który okazał się bardziej przyjazny życiowym sierotom mojego pokroju. Wprawdzie Bohun sie upierał, ze to on pecha przyniósł, ale ja bym łysych opon nie zwalała na karb jego pecha... Cudem udało się znaleźć taksówkę bagażową, która zgodziła się dostarczyć nas do Trzebiatowa (słynny już sklep rowerowy). Chyba wyszło nam to na dobre, albowiem nastąpiło oberwanie chmury....Całe 16 km do Trzebiatowa z nieba lały się ogromne ilości wody. Taxi było leciwe, drzwi z tyłu się nie domykały (trzymałam je całą drogę, to wiem) a z przodu woda przeciurkiwała na Bohuna. Ale i tak byliśmy szczęśliwi, ze udało się tak rozwiązać problem. Bo nie umieliśmy sobie wyobrazić prowadzenia rowerów 16 km w strugach ulewnego deszczu...Brrr...Przeciekająca taksówka, przeciekający taksówkarz, przeciekający Bohun...W Trzebiatowie z powodu braku mechanika Bohun musiał zadziałać z dętką metodą „zrób to sam”. Ale to jeszcze nie był koniec dnia. Wprawdzie deszcz przestał padać, ale czekało nas jeszcze pokonanie 13 km do domu...Niezbyt przez nas lubianą drogą. Więc żeby osłodzić sobie jakoś ten w sumie częściowo nieudany dzień zanabyliśmy sobie w Trzebiatowie ogóry małosolne, truskawki i czereśnie. Ale biednemu zawsze wiar w oczy....A ściślej mówiąc, w pysk....Wiatr był tego rodzaju, ze nawet kiedy nawet jechało się z górki trzeba było pedałować.. Zasłużyliśmy więc na cos więcej niż na ogórki i owoce. Skusiliśmy się na gorącego kurczaka (zakupiony już całkiem blisko domu) z różna (ksywa „gorąca laska”) i na napitek zanabyty absolutnie w celach profilaktyczno-leczniczych czyli żubróweczkę. W komplecie z sokiem jabłkowym. Czyli szarlotka. Ale zwana czasem przez niektórych „byczkiem w sadzie” (czemu byczkiem???- powinno być chyba żuberkiem). W domu czekała na nas już Ulka. Została na proszoną kolację.