czarodziejka i ....

niedziela, kwietnia 27, 2008

bardzo kurturarny weekend

No bo przyjechała Miśka z Płocka i w związku z tym należało to wydarzenie uczcić jakąś kulturą. Dla równowagi, bo poprzedni jej przyjazd uczciłyśmy zakupami w outlecie w Piasecznie. Więc mąż Miśki zapewnił nam tę szalenie wysublimowana kulturę w postaci spektaklu teatralnego . A była to sztuka Gombrowicza niejakiego. Że nie lubię Gombrowicza, to wiedziałam, ale teraz się przekonałam jak bardzo …. Bardzo dobra rola Zapasiewicza, a za resztą trudno mi było nadążyć. Dorotce od salsy i jej mężowi też, za to Miśka i jej mąż byli wniebowzięci. Sztuka miała swoje dobre strony. Zmiana dekoracji następowała w kompletnych ciemnościach i w tychże antraktach pozwalałam sobie na małą drzemkę. Bardzo się pilnowałam, żeby nie chrapnąć…zresztą po zmianie dekoracji tak waliło światłem po oczach, że stawałam na równe nogi…No to nie jest precyzyjne określenie… Może siadałam na równe siedzenie? Za to potem mieliśmy ucztę kulinarną przygotowaną przez męża Miśki z Płocka (gwoli wyjaśnienia mąż jest z Warszawy) i ta uczta pozwoliła zatrzeć niemiłe uczucie niedospania w teatrze. Następnego dnia podziwialiśmy magnolie w ogrodzie botanicznym i ¾ Warszawy też. Nie przypuszczałam, że kierunek na Konstancin bywa aż tak zapchany. Potem, w ramach rekompensaty mieliśmy skorzystać z kultury lżejszego kalibru i część nas optowała za Hortonem Ktosiem, a część z nas za komedią Woody Allena. No i Allen wygrał. Niestety. Mówię niestety, bo bardzo podobały mi się jego poprzednie filmy. A ten …Nawet koło komedii nie leżał...Ech deprecha maksymalna i przygnębienie i zakończenie bez happy endu. Ponieważ między kolacyjką po Gombrowiczu, a magnoliami miałam małe nocne rendez-vous to w kinie znów podsypiałam. Jak się okazało, bez szkody dla zrozumienia i poprawnego odbioru filmu…. No cóż. Tak to jest, jak się kulturę i kulturkę uprawia grupowo. Zawsze ktoś jest niezadowolony. Tym razem padło na mnie.

środa, kwietnia 23, 2008

krążownik Miaurora

No i proszę :-) w całej swojej czarnej masie, tj krasie chciałam napisać No i mimo moich najszczerszych starań nie udało mi się uchwycić na zdjęciach tej Melkowej masy :-)

wtorek, kwietnia 22, 2008

ze snu zimowego obudzona...

No tak... Troszkę odpuściłam blogopisarstwo....Nic mnie nie usprawiedliwia oprócz tego, że naprawdę czułam się jak w letargu...I zazdrościłam misiom, że one zapadają w sen zimowy, a ja nie. To nie był dobry czas...Zaraza goniła zarazę, w dodatku z wysoką temperaturą...Takiego wskaźnika chorowalności nie miałam jeszcze nigdy. Mam nadzieję, że mój wyjazd na narty zamknął na dobre rozdział jesieni zasmarkanej, zakasłanej zimy i sezonowej depresji. Wprawdzie znów stuknęła mi kolejna wiosna (jak to ładnie brzmi, prawda?)ale ciepło jest i słońce i generalnie leci ku lepszemu. Czas ...no właśnie on tak leci kurcgalopem...Nie tak dawno zaczęłam pracować tu, gdzie pracuję, no i szast prast rok minął...Koty mi się rozrastają (jedna to głównie wszerz) - to dla mnie zagadka przyrodnicza- dwie kiciusie, siostry, a jedna normalna, a druga...Eeeech W związku z tym Mela dostała nową ksywkę: krążownik Miaurora- to powinno dać Wam wyobrażenie jej rozmiarów. Już nawet kupuję karmę niskokaloryczną, ale szczuplutka Fraucia siłą rzeczy też podlega tym ograniczeniom. Wrócę na chwilkę do Piwnicznej, skoro obiecałam. Tak jakoś jest inaczej i jak mawiają nasi południowi sąsiedzi, to co było, to se ne wrati...Ludzi więcej nieznanych niż znanych, niby nowe łóżka, ale reszta stara, a kolacja pożegnalna bardzo skromna (żeby nie powiedzieć uboga) - na szczęście jeszcze została Dzidka ze swoim magicznym sieeeeeedem, a i towarzystwo, w którym pojechałam było wyśmienite: moja Dorotka od salsy i Miśka z Płocka. Wprawdzie dzień miałyśmy zapchany zajęciami, ale taneczne wieczory były nasze. Odwiedziłyśmy też naszą kochaną Anię barmankę, która już do ekipy piwniczańskiej nie należy. No a teraz do nart- kurcze, kupiłam wreszcie karwingi (bo moje stare narty były zawsze najwyższe w porównaniu ze wszystkimi innymi np w wagoniku kolejki- co powodowało moje głębokie zażenowanie)i te karwingi same jeżdżą (jeśli się im nie przeszkadza). Po początkowych perturbacjach mieszkaniowych osiedliśmy w świetnym apartamencie troszkę za dużym , jak na nas- trójkę mieszkańców, ale nie zamierzaliśmy zgłaszać reklamacji. A moja koleżanka z pracy ostatnio zaproponowała mi, żebym spowodowała upadek kolejnego obrazu biurowego w celu pozbycia się z niego szkła...Bardzo śmieszne. Jeden wypadek ze "zdarzeniem na pomarańczowym tle" wyczerpał mój limit szczęścia (no w sensie, że "zdarzenie" runęło na mnie z całą szklaną mocą i oprócz draśnięcia na lewej dłoni nic mi się nie stało). Chociaż do dziś znajduję jeszcze drobiny szkła tu i ówdzie. A "zdarzenie" można sobie obejrzeć w poprzednim kawałku bloga. A ludzie się żenią i wychodzą za mąż. A tak mi się skojarzyło. Bo Pietruszeczka się obrączkuje z takim jednym Daczem. W Polsce na szczęście. Więc potańczę. A jeden mój kolega, co to go na nartach poznałam, też ...się żeni. I nawet ma dziecko w drodze. A dziś jako ilustrację dorzucę sobie narciane obrazki. I tyle.