czarodziejka i ....

poniedziałek, lutego 27, 2006

przypadki chodzą po ludziach...

a ludzie po przypadkach:-) W niedzielę obudził mnie wczesnym rankiem (8.30) telefon od mojej mamci, która poinformowała mnie, ze w tvn na żywo leci program, w którym występuje moja koleżanka..."no wiesz, ta co to uspokój się". No to przyszła mi do głowy Asia od dresowego sylwestra, jako, że przyswoiłyśmy sobie tę historyjkę (o motywie przewodnim „uspokój się”) i bardzo często się nią posługiwałyśmy. Nie wiem, czy już tę historyjkę tu sprzedawałam.. jeśli nie, to pokrótce przypomnę, a jesli tak, to i tak przypomnę...a co se bedę żałować...? Otóż moja koleżanka zwana Gackiem, którą poznałam w Piwnicznej, opowiedziała mi historię, jak to jej były bojfriend w toku całkiem spokojnej dyskusji (kulturalnej wymiany argumentów) potrafił znienacka wrzasnąć „uspokój się!!!” , że aż się wszystko na człowieku jeżyło, mimo, że dyskusja wcale nie była nerwowa...Więc z Gackiem, podczas pobytu nachodziłyśmy się nawzajem w różnych miejscach i znienacka wrzeszczałyśmy sobie do ucha „uspokój się!!!”. Np podczas śniadania:-) Gacek pochodzi z Pyrlandii, ale przeflancował się do Warszawy. Jakoś cudem na siebie w tej Warszawce trafiłyśmy, cud prawdziwy, bo ze znajomymi poszłam po kinie na kręgle...a ja na kręglach baaaardzo rzadko bywam, zwłaszcza w Galerii Mokotów. I tam, na tych kręglach pracował acek jako menedżer...A wcześniej jakoś kontakty nam się urwały - no bo Gacek gdzieś tam w Norwegii u siostry przebywał, i dzięki absolutnie cudownemu przypadkowi wznowiłyśmy kontakty. Potem Gacek się przeprowadzał, zmieniał pracę (nie z własnej inicjatywy), telefon mówił, że jest wyłączony, maile nie chciały chodzić, więc kontakty nam się urwały...jednakowoż, jak pokazał los, nie do końca... To mówiłam ja, specjalistka od dygresji:-))) No więc, w telewizorze Gacek jak żywy nawija o złocie, aż mu się z uszu kurzy...I na szczęście telefon stary mu działał, więc kontakt został po raz kolejny nawiązany (oczywiscie po programie na żywo)...O matko, jak ten los o nas dba:-). Właściwie to w tej sytuacji nieważne było, ze komputer jej się wysypał i straciła dane z poczty, a telefon został skradziony i kontakty takoż, no bo już się umówiłyśmy na ploty:-). Powiem tylko, ze to kolejny magiczny kontakt dzięki Piwnicznej. Było o ludzkich przypadkach, to trochę teraz o kocich. Moja Mela (ta z kompletu siostrzanego Melisa Naclosterfrau czyli Melka i Fraucia) uwielbia sie elektryzować w wannie...Wskakuje tam i specjalnie gmyrze łapkami, żeby ją prąd strzelał. Ekscytatnka jedna. Wyczuła już, ze wyczesywanie potęguje ten efekt, więc jak mnie widzi z czesadłem kocim w garści to biegnie, mało łapek nie pogubi w stronę wanny, kontrolując jednocześnie, czy podążam za nią we właściwym kierunku. Trochę sierści mam na czesadle, trochę obkleja się na wannie, ale spłukać to już żaden problem. A Fraucia tęskni za starym Młodym, który hula na tzw. parapecie gdzieś po czeskich stokach. Siedzi trochę pod drzwiami wejściowymi, trochę próbuje wedrzeć się do pokoju starego Młodego (celny skok na klamkę), bezskutecznie, bo drzwi profilaktycznie zamknięte na klucz. A obie nie ustają w matrixowaych atakach na lustrzane drzwi do szafy w moim pokoju. To, ze skaczą to pół biedy (Melka straciła tam kawałek kła podczas tych ewolucji), ale one też jakoś plują podczas tych skoków. No i lustra mam udyźdane na dziwnych wysokościach...No bo przecież nie ja robię te ślady...no chyba nie ja, w każdym razie nie pamiętam. Obie tez lubią spać w ekstremalnych warunkach, czyli na mnie...No ekstremalnych, bo nie kontruję swoich odruchów przez sen i nieraz lecą jak z katapulty ...Kultywują swoje zwyczaje śmietnikowe i polują ciągle na różne dziwne przedmioty...Dziwne, bo np. podarta skarpetka (czyściutka) niegwałtka ich nie interesuje, bo podstawiona pod nos...Prawdziwą wartość ma ta upolowana i wyciągnięta z mojej szuflady na bieliznę... Albo sznurek do wiązania worka na śmieci...zdążyłam złapać za koniec tego sznurka i Fraucia uciekając odwinęła się niejako z niego. Było go ponad metr...w kocinym żołądku... Ale nie pozwolę nigdy nikomu powiedzieć, ze koty nie potrafią okazywać uczuć...potrafią i robią to na wiele sposobów...Szturchają mnie łebkiem (Fraucia) domagając się głasiania, układają się na mojej klatce z piersiami patrząc miłośnie w oczy (Melka), mają też napady kociej melancholii (Fraucia) siedząc w okolicach drzwi balkonowych i rzewnie pojękują (nie chodzi o wypuszczenie na balkon)...po zamknięciu balkonu zabawa zaczyna się na nowo.. Eeeech...okazują uczucia lepiej niż niektórzy przedstawiciele ludzkiego gatunku...

czwartek, lutego 23, 2006

raz na różowo...

A czemu na różowo? Bez żadnych podtekstów :-) Udało mi się w zeszły piątek wylosować bilety na przedpremierowy pokaz Różowej Pantery. Byłam z siebie bardzo dumna, do czasu kiedy młody Młody spytał, ile było zaproszeń do wylosowania...no 50 podwójnych.... I co z tego,że 50? i tak do tej pory nigdy niczego nie udało mi się wygrać...Zaprosiłam Dorotkę na wyprawę na daleki Ursynów (Multikono) i szkoda tylko, ze to dopiero na 20.30, i że to środa. Problem był tylko w tym, że na Ursynowie zawsze się gubię.. No czarna dziura jakaś i pomroczność dziwna mnie tam ogarnia i błądzę i bładzę..., więc wyjechałam wcześniej i poprosiłam o wsparcie Dorotkę, ale Dorotka umiała tylko na Mokotów. Więc zaufałam intuicji i dojechałam jak po sznurku, ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu i wielkiemu podziwowi Dorotki. A potem już było gorzej. Nie lubię Multikina. I nie polubię Multikina. Kolejka gigant do kasy, kolejka gigant do popcornu, no i parking ciasny i mało manewrowny...Po tych wstępnych przeszkodach jest już komfortowo i wesoło:-) Obśmiałyśmy się po pachy....Film zrobiony cudnie...dla sceny w której Steve Martin j Jean Reno tańczą przed straznikiem w pałacu prezydenckim udajac , ze sa meskim balecikiem jednej z głównych aktorek warto było odstać te dwie kolejki:-) Tyle tylko, że do domu zjechałam po 23, więc snu mi zostało tyle co kot napłakał...5 godzin. Przysypiam sobie ale i czekam na besenikowanie. Miejmy nadzieję, ze nie zasnę w basenie...będę się musiała trzymać płytkiego, albo liczyć na to, ze pas przepuklinowy mnie utrzyma. A wczoraj miałam przygodę z policjantem. Nie lubię odwozić młodego Młodego do domu, bo tam jest skomplikowany układ drogowy. Dwa bloki naprzeciwko siebie, prostopadle do nich sklep, wiec wzdłuż tego całego budownictwa biegnie droga osiedlowa w kształcie podkowy, która ramionami łączy się z główną ulicą. Utarło się, że po lewej stronie tej drogi parkują samochody, a to miejsce, które zostaje do przejazdu pozwala na przejazd tylko jednego samochodu. Jadę wiec zawsze dłuższą droga, ale zawsze prawą strona uważając, że w ten sposób zapewniam sobie pierwszeństwo. No mamy w końcu w Polsce ruch prawostronny...Czyż nie? No tak, ale są tacy, co wolą nie nadkładać drogi i jadą niejako pod prąd. Co teraz, kiedy spotkają się dwa samochody naprzeciwko siebie? Jeden musi ustąpić i wycofać się tyłem...Który? No ten, co lewa stroną popyla...To chyba proste? Dla mnie tak, dla tych z naprzeciwka nie. Raz ustąpiłam takiemu jednemu, bo mimo, ze wyglądał na dresa, to miał w samochodzie dziewczynę i bardzo ładnie mnie poprosił...Trzy razy. W dodatku wyglądało na to, ze ruch wsteczny nie bardzo mu wychodzi. Innym razem, letnią porą, dysponujac mnóstwem wolnego czasu zaparłam się, wyłączyłam silnik, wyjęłam colę i gazetę. Podprądowicz musiał się wycofać. A wczoraj stanęłam oko w oko z radiowozem. Więc, ponieważ najlepszą formą obrony jest atak, wysiadłam z samochodu i spytałam „a czemuż to pan władza jeździ pod prąd?” Widoku zbaranienia na jego twarzy nie zapomnę do końca życia:-) Zacukał się chłopina i wydukał, ze on tu rozmawiał z gospodarzem terenu, bo tu trzeba znaki postawić, bo się tak tu wszyscy gubią.. Wytłumaczyłam mu, ze póki co obowiązuje ruch prawostronny i uśmiechnęłam się do niego promiennie. Wsiadł bidoka w samochód, wycofał się i pojechał w zupełnie inną stronę...Dla niego już chyba nigdy nic nie będzie takie jak przedtem:-) No i zauważyłam, że złagodniałam ostatnio...albowiem nie używam wyrazów w stosunku do innych uczestników drogi. Jednego takiego, co to zaczął hamować na widok zielonego światła na skrzyżowaniu popędziłam słowami „no jedź żesz ty wołku drogowy”, a potem sama się z tego chichrałam próbując rozszyfrować mój tok rozumowania: wołek od wołka zbożowego, bo to szkodnik okrutny, a drogowy...no bo walce drogowy jest...a on wszak charakteryzuje się niewielka prędkością jazdy.... A teraz jadę poujeżdżać makaronika:-))

niedziela, lutego 19, 2006

kuligowo-teatralnie

No i tak mija mi weekend.. Troszkę sennie, bo pogoda dziś rozmazana i nie nadającą się do niczego. Właściwie tak też i wczoraj wyglądało…Że będzie cały dzień paskudnie, albowiem poranek był nijaki i mocno zamglony. A przecież umówiłam się z foremkami i Asią od dresowego sylwestra na kulig. No i nie mogłam sobie poradzić z wyliczankami czasowymi. Albowiem kulig miał się odbyć koło Falenicy, Asia mieszka na Mokotowie, a ja na głębokim Tarchominie. No ale jakoś się zebrałam w sobie i ruszyłam. A dotrzeć trzeba było na 12.00 na pętlę autobusowa w Aleksandrowie. Początkowo wszystko szło prawie zgodnie z planem, tzn. ja planowałam pojechać wzdłuż torów na Otwock, Asia znała drogę prowadzącą od wału Miedzeszyńskiego, kłótliwa nie jestem, to się zgodziłam na ten wał. Wiśta wio łatwo powiedzieć, ze się posłużę kwestią pewnego aktora z pewnego polskiego serialu. Już na moście Siekierkowskim okazało się, że plany swoją drogą, a droga swoją. Może nie tylko droga, co jej oznakowanie. W wyniku tych przedziwnych wskazówek, których nie rozgryzłyśmy we dwie, droga wywiodła nas na Lublin. Prawie dobrze, jak się finalnie okazało zgodnie z moimi pierwotnymi zamierzeniami. Od tej drogi to już był tylko rzut beretem do drogi na Otwock. Po wstępnej analizie planu Warszawy i okolic wyobraziłam sobie tę Falenicę po prawej stronie drogi, którą jechałyśmy. Asia, w charakterze pilotki (nie czapki!!!) próbowała skonfrontować mapę z rzeczywistością i gdzieś tak w Józefowie okazało się, ze jedno do drugiego nie przystaje. Kiedy tylko odwróciłyśmy mapę do góry nogami, wszystko się zgodziło, tzn. Warszawa na mapie była nad nami, a w rzeczywistości pod nami, stąd te rozbieżności. Olśniło nas w jakieś 5 minut, a potem już trafiłyśmy na drogę, która, jak się jej trzymać miała nas wyprowadzić na tę pętlę. Ulica nazywała się Podkowy i wiła się wdzięcznie przez pola i lasy sprawiając wrażenie ostatniej kolejności odśnieżania. Kiedy już strąciłyśmy nadzieje na pętlę, odnosząc niejasne wrażenie, ze oddalamy się od niej, pojawił się w zasięgu wzroku jakiś dzielny człowiek na rowerze. Ani on nie mógł zjechać (korzystając w wąziuteńkiego paska odkrytego asfaltu, ani my go wyprzedzić, albowiem na przeszkodzie stał, albo raczej leżał rozdyźdany śnieg. Nie jesteśmy rodzaju męskiego, więc beż najmniejszego skrępowania spytałyśmy pana listonosza (na plecach miał napisane „Poczta Polska”) o tę pętlę w Aleksandrowie. No i okazało się, że była ona, ta pętla już za najbliższym wzgórzem. Wjechałyśmy na nią 3 minuty przed 12 dumne i blade z pokonania drogi mimo tylu piętrzących się przeszkód. Jednakowoż nie spostrzegłyśmy żadnych innych uczestników) kuligu. Był pan z saniami, był pan, który gestem zapraszał nas na podwórko, ale ani śladu reszty ludzi. Potem jeszcze dotarła Tailorka, ale sama jedna, wiec nie bardzo mogłyśmy we 3 ten kulig odpękać. Skruszona Kobiecanka (nasz główny animator kultury i organizator kuligu) przez telefon tłumaczyła się mętnie i zawile i z tego tłumaczenia wynikało, że spóźni się z reszta ekipy jakieś pół godzinki. Spóźnili się godzinkę, wjeżdżając na podwórko w momencie, kiedy my chciałyśmy z niego wyjechać. Potem już było kuligowo (w dwie pary sań) i w nagrodę wyszło zza chmur słoneczko. Pojechaliśmy do lasu, w lesie upiekliśmy kiełbaski i chleb na ognisku, przegryzając je kiszonymi ogórami, stoczyliśmy mini bitwę na śnieżki i ulepiliśmy bałwana sztuk raz. Ekscesów nie odnotowano. Droga powrotna była już miętą z bóbrem (drogi powrotne zawsze są łatwe), a przede mną były już tylko doznania z wyższej półki, albowiem zostałam zaproszona przez mamcię do teatru. Sztuka nazywa się Cholonek i gra ja zespół teatru z Katowic. Sztuka była o tyle nietypowa i interesująca, ze grana w gwarze, która nie jest mi obca. Gwarze śląskiej, a wszak po mieczu wywodzę się właśnie ze Śląska. Sztuka składa się z kilkunastu scenek, i opowiada o zwykłej śląskiej rodzinie w okresie od przedwojnia do powojnia (II wojna światowa). Gdybym miała ją scharakteryzować w dwóch słowach to powiedziałabym i smieszno i straszno. Nie dziwię się, że ludzie na nią walą drzwiami i oknami i trudno zdobyć na nią bilety (o czym nie omieszkała mnie poinformować mamcia). No i było jeszcze ciekawie z innego jeszcze powodu. W teatrze, jako widz pojawił się znany reżyser-senator znany z nakręcenia sagi śląskiej. No i ten reżyser jest nasza rodziną, nawet dosyć bliską. Ale, o ile pięknie i w sposób chwytający za serce opowiada w swoich filmach o Ślazakach…to jakoś mało rodzinny on jest. Ja bym pewnie przeszła bokiem, ale nie mamcia. Dopadła do reżysera-senatora w zgrabnych susach i przedstawiła mnie i siebie powołując się na Czesława z Katowic (czyli na Tatkę- bo to w końcu jego krewnym jest znany reżyser)  Reżyser był chyba deczko skrępowany, zresztą był w teatrze ze swoją córką i zięciem, zdaje się , że córka chciała wejść na widownię mimo wygaszonych jeszcze świateł, ale mamcia nie czyta takich sygnałów. Reżyser spytał, co tam u Tatki i poinformowałyśmy go, ze Tatko wrócił do korzeni ...Czyli osiedlił się w Katowicach. Szybciutko się pożegnaliśmy i całe szczęście, bo nie lubię takich klimatów. W ten to sposób zrealizowałam swoje potrzeby i towarzyskie i ruchowo- plenerowe no i kulturalne…A dziś to tylko sprzątałam…No kiedyś w końcu trzeba

czwartek, lutego 16, 2006

katalogu kierowców cd

Okazuje się, że dzięki kierowcom nadal mam o czym pisać :-) Dziś katalogu kierowców część dalsza. Typ ekonomiczny: ten to robi sobie założenie, ze nie zatrzyma się na czerwonych światłach, żeby nie wiem co, więc czołga się z minimalna prędkością, żeby dotrzeć do świateł w momencie ich zmiany. Ekonomiczny, bo wie, że najwięcej paliwa zużywa się przy ruszeniu samochodu z miejsca (w tym wypadku spod świateł). Szkoda tylko, że zapomina, że nie jest sam i że za nim musi się czołgać kilka, a czasem kilkanaście samochodów. Dziwną odmiana kierowcy ekonomicznego jest kierowca antyekonomiczny. Ten z kolei robi wszystko, żeby na światłach się zatrzymać. Nic to, że zielone dziarsko świeci. Antyekonomiczny przyhamuje samochód ze 3 razy, bo a nóż zapali się pomarańczowe??? Czasem mu się udaje, przy wtórze zgrzytów zębów tych, co za nim. Jest jeszcze dżentelmen niedouk. Niedouk, bo niedouczony z kodeksu drogowego. Jest to niebezpieczny typ, bo absolutnie nieprzewidywalny. Taki to zatrzyma się znienacka, żeby wpuścić kogoś z drogi podporządkowanej (mimo, ze za nim tłum samochodów leci), albo zatrzyma się na skrzyżowaniu , na zielonych światłach, aby przepuścić kogoś z naprzeciwka, kto czeka aby wykonać manewr skrętu. Czasem też ma pomysł, żeby zatrzymać się przed przejściem dla pieszych w momencie, kiedy za nim mnóstwo innych użytkowników porusza się w tempie uniemożliwiającym natychmiastowe zatrzymanie. Zawsze wtedy mam wizję przechodnia rozdyźdanego na przejściu przez splątaną kupę żelastwa z co najmniej 3 samochodów. Na szczęście przechodnie w Polsce (a zwłaszcza w Warszawie) maja niezły instynkt samozachowawczy i nie dają się tak łatwo wystawić. Nie to co np. u Niemców. Tam mój kolega, który przebywał tam w celach turystycznych zbytnio zbliżył się do krawędzi jezdni i zablokował ruch, bo samochody się zatrzymały, żeby on mógł przejść (a wcale nie chciał, co pokazywał używając gwałtownej gestykulacji). Jednak kierowców niemieckich nie przekonał i dla świętego spokoju przeszedł na drugą stronę jezdni, później pilnując się, aby zbytnio się do jakiejkolwiek jezdni nie zbliżać. No i jeszcze kierowca psychotyk. Ten z kolei używa hamulców bez powodów, na prostej drodze i w odstępach nieregularnych. Analizować takiego nie analizuję, zazwyczaj omijam szerokim łukiem. Na sam koniec (tego odcinka) szaleniec. Groźny dla siebie i innych. Absolutnie nieprzewidywalny i wykonujący manewry, które pozostawiają w osłupieniu pozostałych użytkowników drogi. Przekład pierwszy z brzegu. Wąska droga osiedlowa, sznurek samochodów, ale nic to, bo pan szalony musi jechać (a próbuje włączyć się z lewej strony). Wjeżdża więc i jedzie pod prąd, bo skoro on pod prąd, to ktoś go MUSI wpuścić. Pan szalony wjeżdża na czerwonym świetle, wywija ci zakręt przed nosem i włącza się (w jego mniemaniu płynnie) do ruchu. Na szczęście osłupiali kierowcy nie mają szansy zareagować, wiec większość manewrów szalonego kończy się sukcesem. Pod warunkiem , ze nie trafi na drugiego szalonego :-)

wtorek, lutego 14, 2006

dzień świętego Walniętego

Na pewno jest pretekst, żeby dziś coś napisać, albowiem dziś dzień Świętego Walentego. Właśnie słuchałam audycji w radiu, gdzie wypowiadały się na ten temat dzieci. Ponieważ rozbawiły mnie bardzo, parę rzeczy z tejże audycji przekażę :-) Po pierwsze jest to dzień św. Walniętego, bo ludzie zachowują się jak nienormalni, po drugie miłość jest goła, bo kobiety się kochają bez biustonika a po trzecie Agata wykopała na działce czaszkę Kopernika (to tylko dzieci wiedzą jaki jest związek czaszki Kopernika ze świętem zakochanych) i opowiadała długo i kwieciście na temat doznań związanych z tym faktem, po czym nastąpiła cisza i jakiś chłopczyk orzekł: Agata mówi prawdę, bo Agata ma działkę. Z Walentynkami kojarzy mi się nieodmiennie określenie murarskie „Walę tynki” , romantycznych skojarzeń jakoś nie mam...albowiem z Walentynkami jest troszkę jak z dniem Kobiet...Powinno się je świętować nieustannie:-) No ale kto by wtedy nabijał kieszenie handlowcom??? Natomiast określenie „dzień świętego Walniętego” wchodzi na stałe od dziś do mojego słownika. Ale tak w ogóle to chciałam powiedzieć, że nie jestem przeciwna takim świętom, fajnie móc się obdarowywać gadżetami i okazywać pamięć i sympatię. A ponieważ już kiedyś popełniłam bloga walentynkowego, temat uważam za wyczerpany:-) Może tylko przy okazji uzupełnię sobie katalog kierowców: dziś przypomniałam sobie o zakrętofobach i o tych, co z furmanek przesiedli się do samochodów, no i tych, którzy uczepiwszy się lewego pasa (na jezdni 3pasmowej) trzymają się go pazurami i pozycji swojej bronią jak niepodległości. I już wyjaśniam : skrętofob boi się panicznie zakrętów, składa się do tego manewru długo i pieczołowicie, przeczołgując się przez zakręt z prędkością 5 k/h po czym na prostej dostaje przyśpieszenia i gna, jakby mu kto soli na ogon nasypał, a następnie, przy kolejnym zakręcie cała historia powtarza się od początku. Ci od furmanek to tacy, co to dają znać kierunkowskazem, ze skręcają w prawo, a samochodem odbijają w lewo, aby zrobić tzw. najazd wojewódzki. Przyzwyczajenie to wywodzi się w prostej linii od czasów, kiedy pozwoziło się furmanką, która będąc sztywnej konstrukcji nie pozwalała na wykonanie ciasnego skrętu. Ci od furmanek są i tak lepsi od sknerusków, którzy oszczędzają żarówki w kierunkowskazach. Nie sygnalizują manewrów, bo i po co? Przeca widać, ze skręcają. Półskneruski wykonują jedno mignięcie w momencie skrętu, pewnie dla spokoju sumienia... Kiedyś dogoniłam skneruska na jakichś światłach i poinformowałam go, ze kierunkowskaz mu nie działa....Szczęka mu opadła, albowiem komunikat wypowiedziałam ze słodkim uśmiechem i życzliwością w oku. Trzeci typ nie wymaga opisu, kiedy się go wyprzedza widać, że preferuje styl jazdy na pieska albo na szpiega (ciasno oblepiony na kierownicy- wpatrzony w jakiś punkt w oddali, nigdy nie zerka na boki). Reasumując: życzę wszystkim tym, którzy dziś świętują, uroczego świętowania i tego, żeby każdy dzień był dla nich świętem. I żeby uważali na drogach :-) Ojejku, no żeby życzenia były tematyczne i adekwatne do tekstu.

poniedziałek, lutego 13, 2006

instruktażowo troszkę, ale w gruncie rzeczy pozytywnie...

A teraz malutka instrukcja, dla tych, którzy mnie czytają. No czytają, czytają, wchodzą nieraz parę razy dziennie, ale twierdzą, że nie mają czasu po necie buszować:-) Po pierwsze: blog to rodzaj pamiętnika. Pamiętnika upublicznionego. Nie jest to zaproszenie ani do polemiki, ani do dyskusji (od tego jest forum dyskusyjne). To po prostu miejsce, gdzie na gorąco opisuję sobie, to co mi się przytrafiło. I dobrego i złego ...Na szczęście rzadziej złego. Te osoby, które zarzucają mi upublicznianie pewnych wydarzeń, wiedzą, albo wiedziały wcześniej, że piszę sobie tutaj, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że tu trafią. Poza tym persony tu występujące nie są nazwane swoimi imionami, więc nikogo nie obrażam. Nie obrażam, źle nie życzę, a spisuję sobie to wszystko po to, żeby emocje z siebie wyrzucić. Albowiem tłumienie ich w sobie jest szalenie niezdrowe...Zwłaszcza negatywne emocje trują, jeśli je przechowywać i rozpamiętywać. A tak: szast prast i po krzyku, emocje nazwane, wyartykułowane i przechodzą do przeszłości. No i tyle instrukcyjnie. Kochana Dorotka wyciągnęła mnie do kina w piątkowy wieczór. I była to bardzo mądra decyzja, a film z gatunku moich ulubionych...Trochę magii, trochę psychotroniki i trochę miłości. Tytuł „Jak w niebie”, i tak się też czułam po seansie....To film, który nastraja bardzo pozytywnie, który każe wierzyć w rzeczy niemożliwe i kończy się happy endem. Bo po ostatnim bardzo ciężkim tygodniu potrzebowałam takiego balsamu na serce i duszę. Czasem warto obejrzeć coś takiego, żeby sobie przypomnieć, co w życiu ważne. I tu cytat z głównej bohaterki, pracoholicznej , młodej lekarki. „Dla mnie istniała tylko praca, całą resztę życia odkładałam na później...a teraz nie mam tego później”. Nie miała, bo po wypadku samochodowym leżała w śpiączce, z której mogła się już nie obudzić...Postanowiłam sobie, że nie będę czekała na konfrontację z ciężarówką, żeby sobie przypomnieć, co w życiu ważne...I z takim właśnie bardzo pozytywnym nastawieniem wchodzę sobie w kolejny tydzień myśląc, jak wiele jeszcze cudnych niespodzianek życie postawi na mojej drodze.... Rany kota!!! ...zabrzmiałam jak Polyanna i Ania z Zielonego Wzgórza razem wzięte...No i dobrze, tak miałam zabrzmieć:-)

czwartek, lutego 09, 2006

A dla odmiany…

Skoro pozwoliłam odpłynąć nieprzyjaciołom, to może dla odmiany o tych najmilszych… O tych, co nie pozwalają zapaść w zniechęcenie, przygnębienie, tych co powodują, ze zmartwienia robią się tycieńkie…I co najważniejsze, zjawiają się dokładnie wtedy, kiedy są najbardziej potrzebni:-) Kat, dzięki której chce mi się wybrać na te łyżwy …Jakoś tak jak się rozmawia, to nogi lepiej pracują….Moja kochana kumpelka od dresowego sylwestra (USPOKÓJ SIĘ!!!!), i Dorotka, sama zajęta, ale ślącą ciepłe smsy, rodzina, czyli Tatko i Młodzi. Tatko jakoś tak zawsze wie kiedy zadzwonić…tzn, ja wiem kiedy :-) jak mu się nie chce tłuc w klawiaturę i ma wolne minuty …hihihihi….No nie, to był żarcik, ale faktem jest, że wspiera mnie w tych najtrudniejszym momentach. No i jeszcze Bohun, najlepszy rozmawiacz mailowy, wspólnik książkowy, trochę spacerowy ;-) On tez nagrał mi muzyczkę trochę dzisiejszą, trochę z przeszłości…i rozczulił mnie tą muzyczką bardzo…Nie wiem, skąd on wziął MOJĄ muzyczkę? Jeśli mój zaprzyjaźniony Krakus (macham Ci teraz znad klawiatury) zajęty do maksymalnego niewyspania, wklei mi w końcu to, co ma wkleić, to zdjęcie łyżwowe jest właśnie autorstwa Bohuna. Ja to mam szczęście !!! No bo problemy mijają, a przyjaciele na szczęście nie ! I tak sobie jadąc dziś przez stolycę i nucąc „wtedy płynę, płynęęęę” i tralalalalala z niejaką Beatą Koziwrak, bo wody to tyle się zrobiło, że najlepsza byłaby amfibia, pomyślałam, że ja jakaś głupawa jestem.. Powinnam pisać tylko o tym, co najlepsze, a ja tu o jakich głupotach…i o mądrych inaczej ludziach… No dobra.. jeszcze sobie ulżę na kierowcach. Odkryłam nowe typy… Bo czołgistów to chyba już wszyscy znają ? Wydrapie sobie taki typ prostokącik na wysokości ślepków… i popyla przez miasto…a pecyny śniegu zwalają się na tych, co za nim, odmianą jest częściowy czołgista: ten to przednią szybę oczyści, ale nie boki i tył… a po co? Ci co za nim jadą, to chyba widzą, gdzie jedzie… No chyba, ze jest to nieśmiałek-niezdecydowanek…to taki typ co uwielbia jechać miedzy dwoma pasami ruchu…i nie może się zdecydować...czy na prawy wjechać, czy na lewy… Analizuje i analizuje aż mu się skupiacz myśli przegrzewa (skupiacz mysli = beret, czapka, kapelutek, kepi i inne tego typu noszone w samochodzie). No i zaparowanek….ten to albo nie wie, jak się nawiew włącza, albo sobie puszcza obieg zamknięty…może lubi własną , prywatną atmosferkę…A może w ogóle nie wie, do czego te wszystkie wajchy i przełączki w samochodzie służą? No nie można nie wspomnieć o opóźnionym w rozwoju… Taki to wyjeżdża z bocznej ulicy…zatrzyma się...... myśli, myśli , przetwarza dane, żeby w końcu wpakować się tuż przed nas, bo właśnie zakończył proces myślowy i stwierdził, że jednak zdąży… No i jeszcze tak wspomnieniowo-samochodowo…Jak byliśmy z Kat i jej dzieciem pierwszy raz na łyżwach, to zaparkowałam sobie na parkingu prostopadle do drogi, drogi na której jak byk był zakaz parkowania (no wzdłuż tej drogi, prostopadle nieeee). Jak parkowałam było fajnie….Jak wróciliśmy do samochodu to zrobiło się niefajnie, bo jakis mendrala zaparkował wzd€ż drogi odcinając mi możliwości manewru….Łatwo nie było, albowiem rozdyźdany snieg nie ułatwia manewrowania…Kiedy się w końcu wybujałam, zemszcząc i złorzecząc pod nosem, Kat spytała dziecia, czy ma naklejeczki… A i owszem , miał…takie co to mówią, żeby nie parkować tam, gdzie nie wolno parkowac…No tosmy z dzieciem, z szatańskim chichotem, nakleili temu z bożej łaski samochodziarzowi…Na wysokości oczu…Niech czyta i się uczy na pamięć! Więc (oj pamiętam, że od więc się zdania nie zaczyna, ale blog jest mój, to se właśnie zacznę!), żeby już nie przedłużać dnia…co to trwa od 5 rano dziękuję wszystkim, co mnie wspierają mową, uczynkiem, muzyczką, smsem, gadulcowaniem i innym dobrem wszelakim :-) a reszcie dziękuję…..że odpłynęła …z krokodylem :-)

środa, lutego 08, 2006

bloga wydanie specjalne

A dziś, pewien dowcip, mój ulubiony, który dedykuję tym, którzy nie rozumieją zwrotu „przestać istnieć w czyimś życiu”. Nad rzeką siedzi zajączek i łowi ryby. Dzień jest cichy, spokojny a rzeka płynie sobie leniwie. Krokodyl, który obudził się z popołudniowej drzemki , zaczął się zastanawiać, jakby tu dokuczyć zajączkowi. I myśli sobie tak: hm…podpłynę do zająca i spytam „te! Zając! Jak ci się łowi?” a jak zając mi odpowie, ze dobrze, to odpowiem „He He He głupiemu zającowi to się zawsze dobrze łowi”. No dobrze…..pomyślmy…, a, jeśli spytam, a zając mi odpowie, że źle mu się łowi????? To ja wtedy powiem…to powiem…ooooo już mam : „He He He głupiemu zającowi, to zawsze się źle łowi”. Powtórzył obie kwestie z 5 razy, żeby nie zapomnieć…i płynie chwacko w kierunku zajączka z tekstem : „te ! Zając! Jak ci się łowi?” A zając na to : „płyń, płyń zielone g..no „ Reasumując…mam dobre życie, bo moje kontakty z ludźmi nie są przypadkowe. Bo rozmawiam i spotykam się tylko z tymi, z którymi dobrze się czuję i którzy mnie lubią i szanują. I którzy mnie nie okłamują. Pozostałym pozwalam płynąć…..

wtorek, lutego 07, 2006

bajka o koniku....

Był sobie konik….Trochę smutny konik, bo się zagubił i stajni nie mógł odnaleźć…A stajnia to suchy kąt i obrok przy pysku….Aż trafił konik na gospodarza. - Ty, konik, to mi wyglądasz na robotne zwierzę… Jeśli u mnie pojeździsz trochę z wózkiem, uporządkujesz stajnię, to będziesz mógł tu zamieszkać…I jeszcze obroku dostaniesz…. - Oooo, to interesujące… powiedział konik. A ile tego obroku? - No na razie to wiesz…tak ze 3 worki, no bo musisz mieć siły na to jeżdżenie z wozem i sprzątanie…ale jak sobie dasz radę, to za 3 miesiące dorzucę ci jeszcze jeden worek. Konik ucieszył się jak dziecko…Ruszył do roboty, aż iskry spod kopyt poszły….Śmigał z tym wozem jak pershing…a stajnię doprowadził do takiego stanu, że aż lśniła. Po trzech miesiącach gospodarz podrapał się w głowę i powiedział… - Konik…Ty wiesz co? Ty robotny rzeczywiście jesteś jak mało kto…Ale ja cię troszkę nabrałem…Bo ja nie mam tyle obroku…To albo weźmiesz te 3 worki miesięcznie, albo szukaj innego gospodarza i innej stajni…No bo wiesz koniku…Mnie to na ciebie nie stać…. Konik zwiesił łeb i przekalkulował, ile ma worków obroku do spłacenia w banku…i pomyślał sobie, że trudno… będzie się rozglądał za nowa stajnią, a póki co zgodzi się na propozycję gospodarza. Tak też i zrobił. Ciągnął wózek, robił porządki i zaprzyjaźniał się z innymi zwierzątkami w gospodarstwie. A tymczasem w gospodarstwie pojawiła się supergospodyni. Wzięła kija sękatego i pogoniła gospodarza. I dobrze, pomyślał sobie konik… Oszust to był, niech idzie precz…A gospodyni zaczęła obserwować pracę konika….i zaczęło się….Konik, te worki na wozie to krzywo leżą, weź ty je popraw, konik, te worki nie na tę stertę, tylko na tamtą i szybciej…A potem: konik, a te worki , co tam w kacie leżą…ty! Czemu ty ich nie wozisz? Hę? Tylko tak w kąt podrzucasz???? A konik na to, ale to nie moje worki….one sobie tak leżą i leżą i leżały, zanim tu zacząłem z tym wózkiem jeździć….Oj tam …kręcisz konik, targaj te wory bez dyskusji, bo ci śmignę batem przez grzbiet…były, nie były, nie ma co dywagować…teraz są twoje i basta….Konik nieśmiało wtrącił, że na taka górę worków, to już mu sił brakuje…Konik, jak sobie pracę zorganizujesz dobrze, to i czas się znajdzie… Co było robić…Konik z ciężkim westchnieniem wziął worki pod swoją pieczę i nadal ciągał wózek. Ciągał tak ciągał dla gospodyni przez ponad dwa lata. Czekał na słowo pochwały, otuchy albo zachęty do tej niewdzięcznej roboty…Nie doczekał się. No nie… doczekał się, ale większej ilości worków…bo w międzyczasie gospodyni ziemi dokupiła i robota wprost rosła w oczach. Konik od czasu do czasu cichutko stękał z wysiłku ale niczego nie wystękał. Postanowił porozmawiać z gospodynią o tym, ze może by jakiejś pomocy się doczekał, bo zdechnie tu z nadmiaru tych worów….A gospodyni nawet wysłuchała konika i przyznała mu rację …ba , po raz pierwszy w życiu pochwaliła, ze widzi ten ogrom roboty… i nostalgicznie dodała, że taki to już los konika….A potem wyszła z pretensjami: konik, a czemu ty piruetów na linie nie kręcisz? A? A jakieś sztuki cyrkowe? Skok z wozem przez płonąca obręcz, albo inne wymyślne fiu-bździu…A konik na to: ale nawet nie mam czasu się tego nauczyć….Worków coraz więcej i więcej i znikąd pomocy….A gospodyni na to : Ty konik, to jesteś nudny i upierdliwy z tym twoim marudzeniem. Tylko czasu ci brak i czasu brak! Ja tu sobie zapisuję po naszej rozmowie, że w ciąganiu worów i sprzątaniu stajni jesteś całkiem, całkiem niezły, ale ze sztuk cyrkowych pała….I to mnie martwi i niezadowolona z twojej pracy jestem….No i w ogóle, przez ten brak umiejętności cyrkowych to jesteś jako konik nędzny, oj nędzny….A o większej ilości obroku to nawet nie masz co marzyć… Nie po takiej ocenie twojej pracy.. Idź ty konik i przemyśl to w swoim pokoju… I pamiętaj, ze niezadowolona z twojej pracy jestem… I poszedł konik i napisał kolejny kawałek bloga…

czwartek, lutego 02, 2006

trochę wody zmarźniętej i trochę w płynie...

Właściwie to tak dużo ostatnio się działo, ze nie miałam głowy do pisania. No oprócz tego smrodku dydaktycznego, który musiałam walnąć onegdaj…albo jeszcze wcześniej (mówię o ostatnim odcinku bloga ) ;-) No i sama nie wiem, czy warto tu pisać, że o naszej aktualnej scenie politycznej można tylko powiedzieć (i uwaga cytat z Tatki) „pożar w burdelu, to jest cisza msza żałobna w porównaniu z tym, co się tu dzieje…" Targanie po szczękach, związki i rozwiazki polityczne, straszenie Leppiejem…eeech no comments. Warto też wspomnieć o strasznie okrutnie mroźnej zimie, która zmusiła mnie do wywleczenia futra z szafy…Jak by się kto czepiał, to ono, to futro jest sztuczne:-) ale spełnia swoją rolę. Tak jak mój cudowny samochodzik, który zapala bez grymasów nie zważając na temperaturę otoczenia. I właśnie w tę okrutnie, strasznie, przeraźliwie mroźną zimę wybrałam się na basen. No i bosko było, bo miałam występ solowy (słowo! Na całym basenie ani jednego człowieka, no oprócz przystojnych ratowników), a przy okazji zapisałam się na wodny aerobik….Prawa nóżka chlapu chlap, lewa nóżka chlapu chlap …A generalnie zamysł jest taki, żebyśmy wyglądały jak nimfy wodne…ale oczywiście po serii ćwiczeń i na zewnątrz basenu, bo na razie wyglądamy jak stado wielorybków kotłujących się w wodzie i próbujących wykonywać polecenia pani instruktorki :-) Zdecydowanie to coś dla mnie…takie pływanie w te i nazad jest nudne…A kiedy się opasuję pasem przepuklinowym (nigdy nie widziałam takiego pasa, ale jestem pewna, że tak właśnie wygląda) wypornościowym, albo dosiadam makaronika (to taki cienki i długi wałeczek z jakiejś masy, która wyrywa jak głupia do góry i z wody) to czuję się jak dzieciak, który tapla się w baseniku:-) No i jeszcze ta muzyka…co to ona sobie, a my sobie…ale jest naprawdę zabawnie…Jeśli jeszcze zakończę ten eksperyment jako nimfa, to będzie superancko…gorzej, jeśli mi wyrosną błony miedzy palcami…Ale póki co, na razie tym się nie przejmuję („pomyślę o tym jutro” Scarlett O’Hara). Mróz przerwał moja przygodę z zalewem….Ale jak już odpuścił, to pojechałam tam w ostatnią niedzielę z koleżanką i jej dzieciem. No i po porcie się kulałyśmy, bo zalew był zgruzłowany i zasypany śniegiem….Ale wyszło nam i tak trzy godziny…Było cudnie, no może nie tak cudnie, jak na samym zalewie, ale za to wygadałyśmy się po pachy :-) Wstępnie planujemy powtórkę w najbliższy weekend…a co wyjdzie, się okaże. A ja już myślałam, ze obrażona na Stegny łyżwy wrzucę do komórki i nie zajrzę do nich aż do następnego sezonu. No i jeszcze troszkę wytrzymam i będzie wiosna i radosny powrót do rowerowania. Dzień już też zaczął się wydłużać…Wprawdzie ciemno jak wychodzę z domu i ciemno, jak do niego powracam, ale jednak jaśniej :-) I tym optymistycznym akcentem sobie skończę na dziś, bo moje oczy, ręce i inne członki odmawiają współpracy….Jakie to szczęście, że jutro piątek! I możliwość odespania w sobotę…Mam spory deficyt snu w tym tygodniu…czego nikomu nie życzę. I w ogóle nikomu niczego złego nie życzę, tylko zachęcam do koncentrowania się na własnym życiu, a nie na próbach organizowania mojego :-)