czarodziejka i ....

środa, lipca 22, 2009

Ciechocinek Ciechocinek

No i proszę...taki sobie techniczny szacher macher- post tworzony w listopadzie 2010, a pokazuje się 22 lipca 2010. To oczywiście w ramach akcji "wakacje w kawałkach". Pewnej pięknej, pochmurnej cudownie niedzieli, gdzieś tak około godz. 6.30 ruszyliśmy do uzdrowiska. A czemu cudownie pochmurnej? No bo kurwacjusze...oups kuracjusze się pochowali. A nam mżawka nie przeszkadzała. A w drodze powrotnej odwiedziliśmy Płock...nie nie Płock, tylko Miśkę z Płocka, która pokazała nam uroki tego miasta i zaciągnęła na przepyszne pierogi z pieca...Długo się nie wzbranialiśmy:-) nie przed urokami tylko przed pierogami. Dzień był naprawdę magiczny i cieszę się, że można było go ozdjęciować i w pamięci zachować. Jest co wspominać i o czym blogować. Poniżej Ciechocinek w paru odsłonach: ciekawostka taka...lecznicza coca-cola Płock w pełnej, pochmurnej nieco krasie no i nasza ulubiona Płocczanka, również w pełnej krasie

niedziela, lipca 12, 2009

wakacje w kawałkach....

W tym roku nie uda się raczej zrealizować dłuższego wyjazdu. Podobnie zresztą pewnie jak większości Polaków. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się wakacjować cząstkowo. Dlatego też, zupełnie jak turyści, zwiedzamy Warszawę i jej okolice. I czujemy się zupełnie jak na wakacjach...Pstrykamy foty, jemy lody (a czasem chleb ze szmalcem na rynku Nowego Miasta) i wakacjowo wypoczęci jesteśmy. Dziś fotki ze Starówki i Ogrodu Botanicznego, a w planach już mamy Ciechocinek Ciechocinek. Daleko od Warszawy w końcu nie leży... "a jeśli nawet trochę pada, to niech pada..." no i jeszcze na koniec...Koty są wszędzie- w ogrodzie botanicznym też

niedziela, lipca 05, 2009

neverending story czyli o koctwie...

Koty zaaklimatyzowały się świetnie w nowym miejscu. Trochę chyba nie mogą nadążyć za zmieniającym się otoczeniem, czyli zmniejszająca się ilością kartonów. Na dzień dzisiejszy udało się zredukować je do zera. Pożegnaliśmy się też z kozą, która wg opinii zaprzyjaźnionego Krakusa była klimatyczna, ale naszym zdaniem zajmowała zbyt dużo miejsca, a palić w niej i tak nie mieliśmy zamiaru. Koty opanowały już rozwiązanie na wypadek celowego bądź przypadkowego opuszczenia okiennego parapetu zewnętrznego. Fraucia po dwukrotnej próbie wskoczenia z powrotem (nieudanej), okrąża budynek i dobija się do drzwi wejściowych. Melka w takiej samej sytuacji umarła prawie ze strachu i próbowała wtopić się w tło, co przy jej czarnym umaszczeniu i zielonym trawnikowym tle nie chciało się udać. Za to przybiegła młoda suczka autochtonka, która próbuje zadzierzgnąć stosunki towarzyskie z kotami. Tym razem bardzo się ucieszyła, że czarny kotek wyszedł się z nią pobawić. W każdej innej sytuacji kotek podawał tyły, a tym razem był na wyciągniecie łapki. A kotek nadawał takie sygnały rozpaczy, że był pewnie słyszany w promieniu 5 km. Kiedy już przestałam się śmiać (uspokoiłam emocjonalność), to odtransportowałam Melkę na parapet ręcznie. Po czym kot dochodził do siebie przez resztę dnia. Nie wiem czemu Melka nie ma żadnych oporów, żeby eksplorować okolice po ciemku. Wiec kiedy okno zostało otwarte na noc, wybrała się już tym razem bezgłośnie w tereny zaokienne. Co nie zostało odnotowane przez nikogo, bo, powtórzę raz jeszcze, odbyło się bezgłośnie. Postanowiła jednak nad ranem wrócić, ale wtedy to jej sygnały powrotne zostały odebrane przez sen. I nawet niektórym z nas wydawało się, że to sen. Rano pojawił się tylko kot paskowy, czyli Fraucia, co było zjawiskiem o tyle nietypowym, że to Melka jest zawsze pierwsza w kociej stołówce. Zaniepokojona ruszyłam wokół domu i nawoływałam zbiega, który był tak mocno spłoszony, że wyjrzał zza śmietnika dopiero podczas drugiej rundki. O dziwo Fraucia w tym momencie zrezygnowała ze śniadania i pozwoliła opędzlować Melce swoja michę. Sama nie wiem, czy ze współczucia czy z podziwu. Opady kotów stały się zjawiskiem naturalnym albowiem gdyż ponieważ spadły kot kurcgalopkiem udaje się pode drzwi wejściowe i nadaje sygnały "wpuśćcie mnie". A okno, na wypadek wszelki zamykane jest na noc.