czarodziejka i ....

czwartek, maja 25, 2006

Jaśmin i rura

Teraz czas biegnie mi jakby szybciej. Oprócz pracy, która wypełniała większą część mojego życia, pojawił się Ktoś, kto ma wyłączność na mój czas wolny. No nie cały, obydwoje mamy przecież jakieś swoje obowiązki i takie tam... I dzięki temu Ktosiowi (no i tak wiadomo, że chodzi o Bohuna) nawet udaje mi się podkręcić tempo pracy i wychodzić z niej nie później niż po 9 godzinach. Los ciągle krzyżuje nasze plany, ale tych planów jest tyle, ze nikły procent może iść na straty :-) Ostatnio chcieliśmy pojeździć rowerami w niedzielę, ale silny wiatr spowodował zmianę planów....i wyszedł z tego spacer w okolicach (leśnych) Zalewu Zegrzyńskiego...a jak las, to znowu udało nam się zabłądzić, a potem odnaleźć.. i jeden taki (miał dziwny mundur i się nie przedstawił i siedział w polonezie) zgonił nas z torów (takie pojedyncze, raczej rzadko używane) mówiąc , że nie wolno chodzić po torach....Dyskusji nie podejmowaliśmy, bo miał przy pasku bronię i trudno było ocenić, czy ta bronia, to ostra bronia, czy wprost przeciwnie... No i jeszcze troszkę nas pokropiło i widzieliśmy mnóstwo konwalii w naturze i nad Zalewem wytargał nas wiatr i było naprawdę .... Ale miało być o Jaśminie....Jasminum...cudny firm J.J.Kolskiego o zapachach i miłości, albo na odwrót - upierać się nie będę... Cudny, uroczy i klimatyczny...i momentami naprawdę śmieszny. W każdym razie cieszę się okrutnie, że mogłam go obejrzeć w towarzystwie inicjatora tego wyjścia do kina, czyli wiadomo, że Bohuna :-) Bohun? Bohun! Co się dziwisz??? To parafraza powiedzonka narratorki filmu, małej Gieni. Świetna rola...rozczulająca. No dobrze, a teraz przejdźmy do tytułowej rury...Rura związana jest z kolejnym pomysłem Bohuna (a przyznać muszę uczciwie, że ma same świetne pomysły) czyli z wyjściem na basen, który oprócz torów pływackich i paru sztuk jacuzzi zaposiada także rurę do zjeżdżania... Się człowiek wdrapuje na 10 piętro (albo 15- to było okropnie wysoko), siada sobie na własnym tyłku, u wlotu rury i kładzie się na plecach i wiuuuuuu zjeżdża w dół....W dodatku prawie w kompletnych ciemnościach...albo przy błyskach jakichś, od których pewnie epilepsji można dostać. A potem pokazuje się prześwit światła dziennego i jak już stres opada, że już wszystko widać, to znowu się wpada w czerń i w dodatku na końcu pyskiem w wodę...To było straszne przeżycie i ja tu oświadczam niniejszym, że wolę jacuzzi. A rury nie są moim ulubionym miejscem... Ten sposób podnoszenia adrenaliny we krwi nie odpowiada mi zupełnie. Bohun ma odmienne zdanie na temat tej podłej rury, ale niech je sam wypowie!

poniedziałek, maja 22, 2006

Jeśli los podrzuca Ci cytrynę...

Ty z niej zrób lemoniadę :-) To takie powiedzenie a propos pojawiania się w naszym życiu różnych takich nie do przewidzenia. Tak jak w moim ostatnio. Jak co dzień, ok. godz. 6.30 wsiadłam w garażu piwnicznym do swojego autka, dojechałam do bramy i bupa.. Brama odmówiła współpracy, nawet ręczne manipulacje nic nie zmieniły. Potruchtałam więc (co nie było łatwe, bo był to dzień, kiedy postanowiłam zestroić się w obcasy) do kanciapki strażników, co by zasięgnąć języka. Otóż, brama się wzięła i popsuła. Na amen. Wróciłam więc (ciągle truchtem) do garażu, wycofałam samochód na miejsce, ale przedtem oczywiście zamówiłam taksówkę. Miała być za jakieś 25 minut. Ten czas wykorzystałam na powrót do domu i założenie płaszczyka oraz na dotarcie do pobliskiego bankomatu w celu pobrania kasy na tę że taksówkę. W dodatku (całkiem pechowo) byłam umówiona na wczesnoporanne spotkanie. Kiedy stanęłam sobie grzecznie pod blokiem oczekując na transport zobaczyłam sąsiada zza ściany (nie obserwowałam go zza ściany tylko on mieszka w mieszkaniu obok, tuż przez ścianę)jak szykował się do odjazdu. A szykował się do odjazdu, bo parkował pod gołym niebem i żadna brama garażu nie stanęła mu wbrew i na paskudę. Zagadnęłam więc sąsiada, gdzie pracuje...a kiedy się okazało, ze w centrum, wprosiłam się na pasażera. Odwołałam taryfę i ruszyłam sąsiadowym transportem. Po drodze okazało się, że sąsiad pracuje wprawdzie nie w centrum, a na Mokotowie i to dwie przecznice za moją pracą, ale w tej sytuacji nie wytykałam mu niedokładności geograficznej. W ten sposób trafiłam pod samo biuro. Z tego samego powodu (czytaj: braku samochodu) zostałam zaproszona na spacer połączony z podwózką metrem aż do placu Wilsona. W ten sposób los podarował mi dodatkowy czas, który mogłam spędzić z Bohunem. Może tylko niedobrze, ze spacer odpracowałam na wysokich obcasach, bo jest to obuw wybitnie niespacerowy, ale w niektórych okolicznościach taki drobny szczegół nie odgrywa najmniejszej roli. Spacer był cudny. Oczywiście, że w tym dniu, od samego rana miałam prawo być wściekła...foszyć się (uwaga: foszyć się = mieć focha = być obrażonym) na cały świat...od bramy począwszy. Tylko co by mi to dało???? Kompletnie nic! A tak, dzień, który zaczął się niespecjalnie zakończył się wyjątkowo specjalnie (jak wyjątkowo specjalne są wszystkie spotkania z Bohunem). No i jeszcze wzbogaciłam się o wiedzę, że mój sąsiad jest stolarzem:-)) Prawda, że taka wiedza bywa bezcenna? Los tez czasem kieruje mnie na zakupy...No to może niedokładnie tak...Zacznę inaczej: czasem umawiam się z moją Dorotką od salsy na babskie plociu-plociu. Umawiamy się dość przebiegle w centrach handlowych...no i tak sobie, zupełnie przypadkiem zaglądamy sobie do sklepów. No i nie wiem, czy to ja mam farta zakupowego, czy ona...Czy może obie w komplecie? Faktem jest, ze zawsze sobie zanabędziemy coś ładnego a przecenionego...(patrz buty!). Tym razem kupiłyśmy sobie (po raz drugi taki sam ciuch w naszej wspólnej akcji zakupowej) bluzeczko-sweterek w ślicznym kolorze koralowym. Więc oprócz bodźca towarzyskiego zawsze towarzyszy nam bodziec okazyjno-zakupowy. Ciągle potrzebuję klapek w kolorze niebieskim...takich na koturnie najlepiej, więc myślę, że powinnam znowu umówić się z Dorotką na plociowanie :-)

poniedziałek, maja 15, 2006

majówka na działce cd

Majówka miała swój ciąg dalszy. No bo i miejsce urokliwe i występuje tam jakieś dziwne przyciąganie międzyludzkie...No dobrze, nie tylko tam. Ale tam wróciliśmy jeszcze dwa razy. Raz na krótko, wiec bez kotów i drugi raz na dłużej no i z kotami. Deszcz odszedł w niepamięć, za to pojawiły się komary. Znienacka i w jakichś przemysłowych ilościach ...jakby. W domku jednak jest jakaś magiczna lampa, która odpędzała owady w nocy, w dzień powinny nas bronić teoretycznie Melka i Fraucia, ale jakoś nie przejawiały chęci wyłapywania komarów, chociaż zazwyczaj w domu robią to bardzo ochoczo. Postanowiliśmy zwiedzić okolice i sprawdzić, czy zielony kampinoski szlak rowerowy nadaje się dla rowerów. Owszem, tuz po wyjściu z domku spotkaliśmy na szlaku rowerowym jeźdźców na koniach. Szlak trochę w związku z tym stargany, ale poza małymi wyjątkami się nadaje. Do pokonania go na rowerach. Obeszliśmy jakieś pół świata, albo troszkę więcej i zeszło nam na tej wyprawie chyba ze 6 godzin. W zasadzie pewnie byłoby więcej tych godzin, gdyby na końcówce spaceru nie przestał działać środek antykomarowy. Dopadła nas banda żądnych kontaktów najbardziej bezpośrednich komarów i musieliśmy znacznie przyspieszyć tempo powrotu na działkę. Penetracja okolic okazała się bardzo pouczająca i sprowokowała nas do postawienia kilku śmiałych teorii. Jedna to taka, że w miejscu pastwiska pojawia się czasem woda w sensie jeziora. Ponieważ pojawia sie nieregularnie to na wypadek wszelki zacumowana jest tam łódka. Solidny łańcuch i kłódka wskazują, że łódka musi stanowić łakomy kąsek dla okolicznych wioślarzy. Mijaliśmy tez po drodze bardzo słabe (serio serio : tabliczka ostrzegała: "mostek słaby"), słabe i całkiem niesłabe mostki, a szlak kręcił przedziwnie i trzeba było sporo samozaparcia, żeby go nie zgubić. My mieliśmy go nie za wiele. Wymieniając poglądy na temat otaczającej nas przyrody niebacznie straciliśmy go z oczu. Wyszliśmy na jakąś podrzędną drogę, po której śmigały samochody, ale oznakowań szlaku nie było. Wiec wróciliśmy po własnych śladach, no bo nie po szlaku chodzi się raczej słabo. Szlak został odnaleziony i tym razem jego śladem doszliśmy do tej samej podrzędnej drogi tyle , ze o 10 metrów dalej. No ale przygoda była! Zagubiliśmy sie w lesie, a potem własnymi siłami sie odnaleźliśmy. Tymczasem koty oswajały się z naturą. Melka wymyśliła sobie, że po zmroku jej nie widać (niejako logicznie nawet), więc śmiało wychodziła na działkę i korzystając z ciemności udawała obce, jakieś dzikie nawet zwierzę. Fraucia nadal ignorowała psy i robiła to w coraz bezczelniejszy sposób:-) Wychodząc w ciągu dnia na krótszy spacer zostawiliśmy drzwi na taras otwarte, żeby kotom dostępu do natury nie zamykać. Ale kotów tak łatwo się nie oszuka. Stwierdziły, ze to jakiś podstąp i zaszyły sie na poddaszu, pod stertą ciuchów. Wyszły na taras dopiero po naszym powrocie. Do ciekawostek, które udało nam się zaobserwować zaliczyć należy kury, a właściwie kurki japońskie, małe, kolorowe i wyglądające tak, jakby miały na sobie futrzane botki do kolan (czy kury maja kolana???). Nie pozwalały jednak Bohunowi na bliższe kontakty...A chciał im tylko zdjęcie zrobić...Jedna taka, co nas zupełnie nie interesowała (bo nie miała butów ani kolorów) wypruła jak sprinter i pogrzała kurcgalopkiem przez trawy...Dzikie kury jakieś czy co? Czasem (kiedy nie penetrowaliśmy Kampinosu) odpoczywaliśmy i wtedy zajmowaliśmy się, zgodnie z planem, rozrywkami intelektualnymi. Udało nam sie rozwalić dwie krzyżówki z Vivy i muszę stwierdzić, że jesteśmy mistrzami w tym zajęciu. Rozwiązujemy je błyskawicznie, a nawet bez problemu lewą ręką (to ja). Jednak musimy mieć do tego zajęcia mocniejsze światło. Albowiem potrafiłam z hasła ptak nielot zrobić ptaka leona. No ..... zdarzył mi się tez orzeł maltański, ale chyba nie mam się czym chwalić. Odpoczynek był błogi, sielski i anielski , nawet koty sie zrelaksowały. Fraucia urządziła sobie na poddaszu solarium (to w nocy), bo w dzień zbezczelniała do tego stopnia, ze chodziła tygrysim krokiem po murku u podnóża płotu, za którym psy bardzo chciały z nią zadzierzgnąć jakąś bliższą więź. Melka obserwowała poczynania Frauci z tarasu, schowana za filarkiem i cały czas sprawdzała, czy droga odwrotu (w razie ewentualnego niebezpieczeństwa , które mogło zagrozić Frauci) jest wolna. Wyszedł nam nawet z tego tytuł filmu....Przyczajony tygrys, ukryty słoń :-) Ponieważ całkiem nieźle wychodzi nam szlajanie się w terenie w cudnych okolicznościach przyrody postanowiliśmy kontynuować i kultywować ten jakże piękny zwyczaj. W najbliższy weekend szykuje sie wyprawa (tym razem może rowerowa a może perpedesowa) gdzieś w okolice zalewu. Ale to tylko rozgrzewka przed wakacjami nad morzem i niewykluczone, ze na dwóch kółkach. I żeby nie pozostawiać niedomówień od razu wyjaśnię, że nie tylko badamy okoliczności przyrody. A oprócz rozrywek intelektualnych rozrywamy sie w inny sposób...np. Słuchamy razem muzyki , czy recytujemy poezję...ale to może postronnego czytelnika nudzić, wiec nie będę tymi szczegółami nikogo zasypywać.

czwartek, maja 04, 2006

majówka na działce

Było cudownie. Pojechaliśmy całą ekipą: ja, Bohun, Fraucia i Melka. Dwa dni deszcz lał jak z cebra, a trzeciego jakby z przerwami. No i dobrze. Kominek dawał przyjemne ciepło i nie tylko kominek...i nie tylko ciepło. I już. Niektóre Rzeczy lepiej przeżywać, niż o nich pisać. Jestem absolutną fanką Bohuna:-) Mogę za to napisać o Melce i Frauci, które to postanowiłam zabrać na łono...przyrody oczywiście. One biedne nigdy świata zewnętrznego nie poznały...No może za wyjątkiem Melki, która go poznała spadając z balkonu. Tak ze 3 razy. Ale to zrozumiałe, że w takich okolicznościach ten świat zewnętrzny nie wydał się jej zachwycający. Ale tym razem było aż 3 dni (we wtorek musieliśmy wrócić do Warszawy), coby do tej natury się przekonać.. Wiśta wio łatwo powiedzieć, że tak sobie rzucę cytatą z pewnego polskiego filmu. 7 godzin zostało wyjęte z kociego życiorysu. Fraucia tkwiła na baczność za półeczka wiklinową ze szkłem, Melka wbiła się solidnym klinem miedzy ścianę i kanapę i nic nie było w stanie zmienić tego stanu rzeczy. Aż miałam wyrzuty sumienia, że się tak uparłam na to przekonywanie kocich panienek do natury. Pod wieczór jakoś się zaaklimatyzowały i obwąchały okolicę. Do rana pokonały schody: w górę i w dół. W niedzielę kocia ciekawość zwyciężyła i Melka wlazła nawet do kominka, który akurat czyściłam. Żałuję, że nie udało się jej zdjąć. Deszcz padał, więc oswajanie Melki i Frauci z naturą ograniczyło się do spacerów po tarasie. Przy okazji okazało się, że Mela musiała mieć wśród przodków jakiegoś słonika. Tupała po schodach, a kiedy zeskakiwała skądś, to wrażenie słuchowe było takie, jakby coś spadło skądś z wielkim hurgotem...A to nic, to tylko Mela z kocim (słoniowym) wdziękiem zeskakiwała na podłogę. Udało jej się też prawie wypaść przez okienko na poddaszu, kiedy próbowała wrócić zza okna do środka. Na zewnątrz było cudnie (kiedy już nie padało) i można było obserwować konie. Jakby kto nie wiedział, to konie merdają ogonami, a jeden kiwał głową, zupełnie jak te pieski samochodowe, którym się łebki gibią...Oczywiście, że dostał natychmiast ksywkę Kiwaczek :-) Ale tak już serio serio, to nie ma piękniejszego widoku, niż konie, które mają do dyspozycji wielkie tereny i cały dzień korzystają z wolności. Dlatego też pewnie tak kiwają i merdają. Trzeciego dnia zaświeciło słońce. Więc wzięłam Fraucię na ręce i pokazałam jej, jak z tarasu można dostać się w objęcia żywej natury. Podeszła do mojej inicjatywy ze zrozumieniem i udało jej się (w celach badawczych) obejść domek dookoła. Zlekceważyła psy sąsiadów z za płotu, które chciały zawrzeć z nią bliższą znajomość. Lekceważenie okazała im nie przejawiając żadnej reakcji na ich szczeki i skowyty. Jakby nikogo za płotem nie było. Postanowiłam też pomóc Meli oswoić się z naturą. Ale Mela obserwując moje zabiegi z Fraucią znikła. Domek nie jest duży, ale jednak na tyle pojemny, ze Mela zapadła się jak kamień w wodę. Obeszłam wszystkie zakamarki ze 3 razy i wreszcie przypomniało mi się, jak mamcia wywożąc swojego kota miała podobny problem. Obeszła nawet okoliczne gospodarstwa w poszukiwaniu swojego futrzaka. Znalazła go wreszcie w domku, w skrytce, w kuchence gazowej pod piekarnikiem. Więc i ja otworzyłam klapkę a tam..... wybałuszone kocie ślepia. Udałam, że nie wiem, o co chodzi i troszkę wbrew woli Meli wyniosłam ją na dwór. 3 sekundy zajęło jej obiegnięcie domku, zabuksowanie na zakrętach i wpadnięcie z powrotem do domku, o zajęciu pozycji pod piekarnikiem nawet nie wspomnę. Cóż ...zbliżanie kota do natury będzie musiało jeszcze troszkę poczekać. Wczoraj znowu pomieszkaliśmy na działce. Była piękna pogoda wreszcie, co zaskutkowało 5-godzinnym spacerem przez Kampinos. Było bardzo romantycznie...Albowiem skorzystaliśmy z niebieskiego szlaku turystycznego, który nazwałam szlakiem zwierzęcych odchodów (sami się domyślcie dlaczego). Był to niekończący się szlak zwierzęcych szaletów...Ten szlak też upodobały sobie czerwone mrówy, który chciały się ze mną zaprzyjaźnić. Bez wzajemności. I bez entuzjazmu z mojej strony. Spotkaliśmy ze dwa pieski, parę jaszczurek zwinek (jedna nawet pozowała Bohunowi do zdjęć) i paru ludzi. Niektórzy nawet w samochodach. W końcu święto od tego jest, żeby się trochę przejechać w pięknych okolicznościach przyrody. Mimo mapy pobłądziliśmy troszkę.... Jakie to romantyczne, kiedy się chce jeść (Bohun) i pić (ja). A mapa ma się w dodatku nijak do rzeczywistości. Na szczęście Kampinos nie jest aż tak duży i jakoś udało nam się znaleźć drogę na działkę. Jakie to szczęście, że Bohun potrafi świetnie gotować i jeszcze lubi.... Mogłam spokojnie poużalać się nad moimi zbolałymi stopami (nawet mam jednego bąbla) i poleżeć w charakterze księżniczki na tarasie. Jutro znowu ruszamy na działkę. Oczywiście w celu podjęcia kolejnej próby oswojenia Meli z naturą. No chyba, że zostanie nam jeszcze trochę czasu, to go jakoś zagospodarujemy...Może spacer jakiś albo czytanie? Albo inne wysoce intelektualne rozrywki? Słuchanie muzyki? Dwoje inteligentnych ludzi przeciwnej płci nie będzie miało pewnie żadnych problemów ze zorganizowaniem sobie pobytu:-)