czwartek, marca 26, 2009
czwartek, marca 12, 2009
niedziela, marca 01, 2009
jak endorfiny pobudzałam
Od mniej więcej trzech tygodni szkolę się namiętnie w kierunku mojego nowego zawodu. Zajmuje mi to prawie wszystkie popołudnia w tygodniu, więc sport odjechał w siną dal. Zostały jeszcze weekendy, ale ostatni spędziłam w Płocku, więc się nagle i znienacka się okazało, że nie ćwiczyłam od 2 tygodni. No i proszę! Smutność bez przyczyny mnie ogarnęła, a dobry nastrój diabli wzięli. Nie pora to wszak na jesienny spleen, albo wręcz depresję...No i postanowiłam nadrobić te niedobory endorfin (bo podobno jak się ćwiczy, to one, te endorfiny kwitną, a jak się przestaje, to wprost przeciwnie)i wybrałam się dziś do klubu poćwiczyć. Pogoda była jak marzenie, więc postanowiłam jeszcze coś zrobić na świeżym powietrzu...Padło na łyżwy. To był naprawdę dobry wybór. Pogoda była przecudnej urody, słońce w pełnej krasie, a ludzi względnie niewiele.
Więc wyrównałam wszelkie bilanse: sportowy, jak wyżej, a kulturalny, bo i w czwartek i w piątek obcowałam z kultura teatralną. Czwartek : Stacyjka Zdrój wg Starszych Panów, a piątek Fredro...dla dorosłych...mężów i żon. Czuję się więc zbilansowana we wszystkich możliwych kierunkach, w tym również towarzyskich, bo nasza klasa przyniosła kolejny baardzo miły sercu kontakt z przeszłości. I tu mała dygresyjka. Otóż mam ja szczęście do jednostek żeńskich o imieniu Monika. Najukochańsze, najbliższe sercu są właśnie Moniki. Próżno by ich szukać w tym blogu, bo imiona przebiegle pozmieniane są, ale one, te Moniki wiedzą doskonale, o kogo chodzi. No może jeszcze o jedną Elizę...imię tak nietypowe jak jego nosicielka...Może na drugie ma Monika? Muszę dopytać:-)

