listopad 2004
2004-11-28 19:23:34
jak to czasem w zyciu bywa....
Ten tekst powstaje na specjalne życzenie. Tzn ktoś był bardzo rozczarowany, że nie pojawił się w moim blogu. A nie pojawił się, bo po pierwsze nigdy nie piszę o aktualnych związkach, a po drugie niewiele dobrego dałoby się napisać o panu X. Ale napiszę, bo myślę, że stanowi on świetny przykład mężczyzny wolnego z mojej grupy wiekowej. Mogę spokojnie napisać o nim parę słów, bo przeszedł już definitywnie do przeszłości. Bywalismy razem od wakacji, co absolutnie nie wiązało się z żadnymi zobowiązaniami ani z mojej, ani z jego strony...I teraz zastanawiam się, co mogłabym napisać o nim dobrego...No na pewno to, że miło było się do niego przytulić...Nawet bardzo, ale jest to przecież kawałeczek tego, co nawiązuje się między kobietą i mężczyzną...Na pewno to, że troszkę zainspirował mnie do większej dbałości o mój wizerunek. Co nie oznacza, że zanim go poznałam to chodziłam brudna i obdarta...O nie :-)Jednak jego propozycje były zbyt drastyczne...No bo do solarium można rzeczywiście wpaść od czasu do czasu, zwłaszcza mając tak jasną karnację jak ja...Można pomyśleć o zmianie fryzury czy koloru włosów, można pomyśleć też o innych ciuchach niż te, w jakich zazwyczaj chodzę. Ale namawianie mnie do noszenia dodatków w rózowym kolorze, czy do wykonania makijażu permanentnego wykraczało daleko poza moją gotowość do zmian. Zresztą niezależnie od stopnia podporządkowania się jego wskazówkom nie byłam kimś naprawdę ważnym dla pana X. Jest on typem poszukiwacza i nawet jeśli trafia na kobietę, która mu odpowiada pod wieloma względami, szuka nadal. I bardzo to się ma nijak do jego deklaracji w sympatycznym opisie (ciepły, czuły, romantyczny, trwały związek). Cóż ..każdy ma prawo zachowywać się tak, jak mu wygodnie...a druga strona może to akceptować lub nie. Ja nie akceptuję..odwołując się do mojego ulubionego motto życiowego, że lepsza jest porządna samotność niż byle jakie życie we dwoje.
Zastanawiam się teraz na ile byłabym w stanie zmienić swoje upodobania, przyzwyczajenia i styl życia dla potencjalnego partnera. Jestem typem człowieka, który nigdy nie mówi "nie", tylko "spróbuję". Jestem więc otwarta na pewne sugestie, ale próby zdominowania mnie i mojego życia będą raczej bezskuteczne. Natomiast życzenie abym pozbyła się kocin, bo tak inteligentna osoba jak ja nie powinna mieć kotów, rozłożyło mnie na łopatki. Tzn. bardziej rozbawiło niż rozzłościło. Jestem sobą, ze stylem ubierania, makijażu, postępowania w określonych sytuacjach...Z niczym się nie kryję, więc albo ktoś to zaakceptuje (tak jak ja akceptuję odmienność drugiej połówki)albo nie ma o czym rozmawiać. To zresztą jest dosyć śmieszne...próbować wpłynąć na moje życie nie zwracając uwagi na moje potrzeby, czy gusta. Tyle czasu się znamy i wielokrotnie mówiłam panu X o tym, że lubię białe półwytrawne wino...Zawsze byłam częstowana czerwonym wytrawnym...Zawsze też mówiłam jasno o tym, ze wysyłając maila czy smsa oczekuję odpowiedzi, chocby krótkiej, zawierającej jedno słowo "tak" lub "nie". Nie zostałam jednak nigdy zrozumiana...Więc podsumowując powiem tylko, że dla wielu "sympatycznych" mężczyzn Sympatia to miejsce na zawieranie krótkotrwałych i niezobowiazujących znajomości...I nie mam nic przeciwko temu, nie muszę jednak w tym brać udziału. Nic na siłę, weź większy młotek:-)
I tym optymistycznym powiedzonkiem kończę życząc panu X wielu krótkich, gorących i niezobowiazujących znajomości z paniami o blond fryzurach, lubiącymi ubierać się na różowo i bedących w pełnej gotowości do niezaplanowanych spotkań następujących po wezwaniach smsem :-)
2004-11-28 18:49:43
imieniny panny Niny...
to cytata z kabareciku Olgi Lipińskiej, ale jak ulał pasuje do ostatniej soboty. Otóż, gdzieś za tydzień Mamcia będzie miała imieniny. Więc byłaby okazja do kolejnego spotkania. Byłaby, ale coraz trudniej nam się zebrać do tzw. kupy, bo Sister wyemigrował na zachodnie rubieże. Ale wykazał dużo dobrej woli, bo poinformował Mamcię, że za tydzień to plany służbowe staną na przeszkodzie podróży do Warszawy, więc może by te imieniny odpękać ciutkę wcześniej? Mamcia się zgodziła... ale chyba nie do końca do imprezy rodzinnej przygotowała. W każdym razie kiedy wkroczyliśmy (my plus Młodzi) do mieszkania solenizantki in spe zastaliśmy coś bardzo dziwnego. Aby to dokładnie opisać wystarczyłoby chyba użyć określenia "sracz i przykrywacz" (excusez le mot). Lub innego, acz bardzo przez nas ulubionego, że pożar w burdelu, to cicha msza żałobna w porównaniu z tym, co się u Mamci działo...Otóż nasza solenizantka in spe przemeblowywuje sobie mieszkanie, więc meble są poprzesuwane a książki zalegają każde wolne miejsce na podłogach, meblach i stole. Tak w ogóle, to Mamcia jest na etapie tzw. "królewskiego focha" odkąd dowiedziała się, że najbliższe święta chcemy (my i Młodzi) spędzić w ośrodku wypoczynkowym w górach, w towarzystwie Tatki. Więc jest nadęta i obrażona na cały świat. Co poniekąd mi pasuje, bo odpadła mi co najmniej jedna wyprawa na działkę i aktywne uczestnictwo w przemeblowywaniu, malowaniu itd. Ale wracając do adremu, to przeżyliśmy lekki szok wkraczajac do tego zagraconego bur...duarku...i moją pierwszą myślą było, co by wyjść stamtąd natentychmiast...ale zrobił się zator w przedpokoju, część towarzystwa się rozebrała, więc zostalismy, ciekawi bardzo ciagu dalszego, czyli imieninowego przyjęcia. Które to przyjęcie zostało zorganizowane ad hoc, czyli na niewielkim stole kuchennym, nieuzbrojonym w obrusik. Powierzchnia kuchenna to jakieś 1,5 m do kwadratu, więc jak się juz upchnęlismy wokół tego nibystołu, to nikt się ruszyc juz nie mógł. Zresztą dla Młodego młodego zostało do siedzenia krzesełko dla przedszkolaka, ale dzięki temu miał bliżej do stołu, w sensie takim, że sięgał twarzą do talerza...prawie. Zaserwowane zostało jakieś mięsko duszone i resztki fondue, no bo Mamcia próbowała go wielokrotnie zanim dotarlismy na to królewskie przyjęcie. Młodym jednak humor dopisywał (no na nich to zawsze mogę liczyć) i Młody młody podjął dialog z babcią na temat szczypiącego siusiaka...zaczynając: Babciu, Ty to się znasz na wszystkim...powiedz mi od czego może szczypać siusiak? Mamcia się dała wkręcić w dyskusję po to, żeby usłyszeć na koniec, że dyskusja była czysto teoretyczna, bo Młody chciał zasięgnąć dobrych rad zawczasu. Zapodziały się gdzieś szpikulce do fondue, więc to znowu Młody młody wyskoczył z tekstem, że babcia wykorzystała dziabulce do popartu...cokolwiek to miało oznaczać. Na stole wylądował jeszcze marcepan i jakieś migdały w czekoladzie oraz deser truskawkowy z pudełka o intensywnym zapachu maggi.Ja uraczyłam się krojoną sałata lodową, do której nie było sosu, więc była to taka sałata saute...W tej dosyć dusznej i ciasnej atmosferze rozpętał się dialog między starym Młodym i solenizantką, a ja nie czekając aż dialog przejdzie w fazę ostrej kłótni zatrąbiłam do odwrotu...I to by było na tyle..No może jeszcze to, że los nam sprzyjał i udało nam się dotrzeć w sposób absolutnie spontaniczny i niezaplanowany do kina, gdzie z prawdziwą przyjemnością obejrzeliśmy Iniemamocnych (młodzi) i W pogoni za rozumem (reszta), tak więc wieczór niemile rozpoczęty skończył się całkiem sympatycznie.
komentarze (2)
edytuj
2004-11-21 18:43:22
ależ mi się nic nie chce...
Jakoś tak mnie za bardzo do komputera nie ciągnie. W pracy za dużo pracy, w domu okupant siedzi na kompie w osobie starego Młodego i powtarza na okrągło komunikat, ze mnie wpuści za dwie godziny, no to ja zapominam po dwóch godzinach...i kolejka przepada. A sama go sobie urodziłam. Dziś, o dziwo, poszedł sobie popatrzeć na państwową TV, w której nic kompletnie o tej porze nie ma...i łaskawy jakiś taki dla mnie.
Za oknem zima, na kołach zimowe opony (zadziałała intuicja, bo w ubiegły poniedziałek umówiłam się na sobotni poranek), a w sobotę to już terminów nie mieli na cały następny tydzień. Ostatnio w moim życiu niewiele się dzieje, no nuda panie jak w polskim filmie, więc i pisać niespecjalnie mam o czym. No to sobie retrospekcyjkę poczynię i powspominam swoje samochody. I udowodnię, że przedmioty martwe (chociaż ruchome) maja duszę. Teraz poruszam się yariskiem i jest bardzo przyjazne autko, chociaż zbliża się czas wydatków z wspomnianym autkiem związanych. No przegląd po 45 tys i ubezpieczenie. A poprzednik też był niewielki, był to fordzik KA, który dwa lata temu własnie w listopadzie popełnił samobójstwo. Miałam go w spadku po mamci i jakieś fatum nad nim wisiało, bo się psuło i psuło...Na okragło, jak nie hamulce to układ kierowniczy, co objawiało się potężnymi drganiami...albo kierownicy albo samochodu przy hamowaniu. Był to prawdopodobnie efekt stłuczki (zostałam stłuczona przez jednego takiego na początku grudnia) i niedokładnej naprawy w serwisie hahahaha autoryzowanym. Taki niewielki element ...jakaś półośka czy co, co to była uszkodzona stłuczeniem i nie naprawiona od razu. W końcu, za radą serwisu hahahahaha autoryzowanego wymieniłam wszystkie koła, zanabyłam nowe opony (zimowe też) no i w listopadzie właśnie umówiona byłam na zmianę tychże opon. Nawet się udałam do serwisu gdzie się okazało, że siadła faza (cokolwiek to oznacza) i opon mi nie zmienią. No i dobrze, bo w poniedziałek miałam bliskie spotkanie z autobusem, który wyszedł z tego spotkania cało, czego nie można było powiedzieć o KA. Ubezpieczyciel stwierdził zgon auta i wypłacił odszkodowanie. Błogosławiłam tylko tę fazę, co to jej nie było, bo opony zimowe do KA zamieniłam na zimowe do yarisa. Ale poprzednie autko tez było pechowe. To był śliczny jak z obrazka matizek, którym cieszyłam się tylko pół roku (równiuteńko), po czym, kiedy go umyłam, że lśnił jak psu....no te...niewymowne na wielkanoc, to mi go rąbnęli. Od tamtej pory mam traumę na punkcie czystych samochodów i to, że jeżdżę brudnym nie oznacza, że jestem flejtuchem, tylko, ze kierują mną zupełnie inne względy. Ubezpieczenie wypłacono mi w wysokości 2/3 wartości autka, więc w tym momencie skończyła się moja życiowa przygoda z koreańskimi cudami techniki. Bo poprzedni też był koreańczyk...mały ambitny typ, czyli tico. Brzydki był jak nieszczęście, ale za to jaki sprawny i ekonomiczny. To była naprawdę mała torpeda, śmigał jak głupi....No po maluchu przejętym po Czesławie z Katowic była to perełka motoryzacyjna. Ale malucha wspominam z wielkim sentymentem...Bo pamiętał on wyprawy naszą jeszcze wtedy czteroosobową rodzinką do Zakopanego i nawet jeszcze dalej. Psuł się z podziwu godna regularnością, ale nigdy poza domem, ani nigdy nie na wakacjach, zawsze uczciwie na parkingu. Mój eksio dłubał w nim i dłubał a on (maluch nie eksio) i tak się psuł i psuł. Ale czemu napisałam, ze te pojazdy miały dusze? Maluch nigdy nas nie zawiódł, Tico również i cudnie się sprzedał, matiz dał się ukraść po upadku daewoo, a ka popełnił samobójstwo, kiedy juz nie miałam wolnych środków, żeby płacić za kolejne naprawy.
A zima jest cudna co sprawdziłam wlasnymi narządami zmysłów no i dobrze, bo mogę sobie poudawać, że to już grudzień, a nie ten mój nie lubiany listopad
2004-11-11 18:09:02
nadrabiam październikowe bloganiepisanie...
Piszę sobie tutaj zachowując ku pamięci sporo z tego, co dzieje się w moim zyciu. Wspominam też to, co zostało za mną. Czasami czuję się jakbym mówiła na głos w supełnie pustej sali, ale przecież wiem, że jest parę osób, które tu zagladają. No wiem, bo czasem ktoś zagada na gg : "co to za lenistwo?, kiedy wreszcie będzie coś nowego?". A ostatnio mój zaprzyjaźniony nieaniołek z Krakowa napisał mi, że blog o tarocie jakiś smutny wyszedł. No nie chciałam, żeby było smutno...staram się, siadać przed kompem w nastroju jesli nie radosnym to przynajmniej nie przygnębienia. Bo przecież dołki zazwyczaj bywają krótkotrwałe, a potem znowu wracam do stanu łagodnego zadowolenia. Dziś jest smutno, ponuro i ciemno. Ale ja czuję się świetnie, bo wróciłam z zakupów, gdzie pozwoliłam sobie zjeść pyszne placki ziemniaczane. No zrobiłam po prostu to, co zalecam innym w trudnych okolicznościach, czyli byłam dla siebie dobra. No oczywiście, że mogłabym sobie takie placki zrobić w domu i zjeść, ale to by już nie było to samo. Po pierwsze nie chce mi się obierać i trzeć ziemniaków. Po drugie zapocam (zapacam?) się przy smażeniu wyzej wspomnianych placków...no i jem je w trakcie smażenia, a nie jedną porcję na raz. Już nawet nie wspomnę, że pamiątkowy zapach po smażeniu utrzymuje się przez co najmniej 3 dni, i jakimś dziwnym cudem wkręca się w ubrania. Aaaa...zapach! Odzyskałam wreszcie węch po nieposiadaniu go przez ponad dwa miesiące. W końcu wybrałam się wczorajszym popołudniem do lekarza, co by wreszcie stanąć oko w oko z moją słabością, albo chwilową niemocą. Jestem chora na jakieś 160 zł. To bardzo ważna informacja, bo kiedyś, kiedy byłyśmy dziećmi (ja i Sister), to miarą naszych chorób była cena lekartstw przepisanych przez lekarza. To był pomysł Tatki, ale zazwyczaj tak się określało choroby w domu: no to na ile jesteś chora? No na 160 złotych. Wczoraj wpakowałam w siebie wszystkie te medykamenty (po jednej dawce oczywiście) co spowodowało, że spałam dziś do 11. Zrobiłam sobie dzień lenia, snując się po domu w rózowym szlafroczku (oups...uświadomiłam sobie właśnie, ze zarzekałam się do pewnego znajomego , że rózowego nigdy nie noszę!!!), szlafroczek jest z puszystego frotte i pasował jak ulał do dnia lenia. Skończyłąm jedną książkę, zaczęłam drugą (obie naprawdę wciągające), zrobiłam sobie wonną leniową kąpiel i z trudem przedostałam się do świata zewnętrznego. Tzn. musiałam jechać po prezent dla Wisienki (to ta od masy krytycznej), bo ma ona dziś urodziny. Więc skoro juz pojechałam po ten prezent (suszarka do butów narciarskich), to spotkawszy na swojej drodze placki ziemniaczane postanowiłam być dla siebie dobra. Placki były wyśmienite..a to z kolei uswiadomiło mi, jak ważne są dla nas takie śmieszne, małe radości dnia codziennego :-) Piszę sobie tutaj tak myśląc prawie na głos, bo moja codzienna rozmówczyni, z którą uprawiam namiętnie sztukę epistolograficzną (chodzi o Dorotkę od salsy)wzięła i pojechała na Dominikanę. A ponieważ ostatnio narzekała, że przybyło jej tu i ówdzie, a podczas pobytu na wywczasach zagranicznych stan jej obwodów może ulec pogrubieniu, zasugerowała, żebym się tak bardzo dietą nie przejmowała, że jak wróci, to obie podejmiemy jakies radykalniejsze kroki w celu poprawienia rzeźby naszych ciał :-) No to placki pasują idealnie do tej prosby. Zresztą nie bardzo teraz wiem,czy powinnam ćwiczyć, bo astma i wysiłek fizyczny nie za bardzo się lubią...No ale ja zazwyczaj lubię działać niekonwencjonalnie, więc na pewno spróbuję spradzić w życiu tę teorię. Szkoda mi, że Dorotka wyjechała, ale za to jak wróci, to listopad będzie się chylił ku schyłkowi, i święta będą wygladać zza rogu (roga?) :-). Ostatnio zaliczyliśmy (ja i Młodzi) imprezkę rodzinną ...w okrojonym składzie świętowaliśmy urodziny Mamci. Na moich synkach zawsze mogę polegać, więc starym zwyczajem rozkręcili imprezkę. Mamcia przystąpiła do stowarzyszenia jakiegoś orderu. Aby tak należć, trzeba oprócz niektórych przymiotów posiadac także płaszcz z kapturem:-) Rozwiewam od razu watpliwości, nie jest to na pewno ku klux klan :-) Młody Młody od razu skwitował te działania: Babcia bawi się w króla i królową. Więc, kiedy juz nasycilismy się tym, co nam Mamcia dała do jedzenia, zaczeła się część artystyczna...czyli występy Młodego młodego w wyżej wymienionym juz płaszczu, z uzyciem suszonej tykwy, maski i rurki do nurkowania i czapki wojskowej, tudzież białej wełnianej opaski na głowę...Obśmiałam się tak, ze do tej pory jak sobie przypomnę ten cyrk to się usmiecham. No więc ten listopad moze taki nie najgorszy? Skoro Ci, których najbardziej kocham i na których mi najbardziej zależy potrafią sprawić, ze jest słonecznie mimo, że słońca nie ma? Bo pozostali ludzie w normie...czyli zwyczajnie, czyli ....eee tam, miałam nie pisać o przykrych rzeczach. Pozdrawiam serdecznie tych, którzy obiecali i odwołali, obiecali nie napisali i obiecali....
2004-11-08 08:14:36 magiczny temat
Tak sobie obiecywałam, że o tarocie w końcu napiszę...W końcu to między innymi przez tarota, albo dzięki niemu obrałam sobie czarodziejki nick. Tarot, biała magia i zjawiska, które trudno wytłumaczyć w racjonalny sposób.
No więc kiedyś bardzo bardzo dawno temu, czyli jakieś 6 lat temu stanęłam na rozdrożach życiowych. Po raz pierwszy wtedy pomyśłałam, że nie mogę reszty życia spędzić z moim mężem. Powodowały mną różne przyczyny, ale nie było w moim otoczeniu nikogo, z kim mogłabym o tym porozmawiać. Wybrałam więc tarocistkę, która w owych czasach odwalała sporą robotę za psychoanalityków, psychologów, a czasem nawet psychiatrów. I ona spogladając w karty powiedziała na głos po raz pierwszy słowo "rozwód", słowo, którego bałam się użyć nawet w myślach. A poszłam do niej nastawiona bardzo sceptycznie. Pomyślałam sobie : cwana baba, wyciagnie mnie na spytki, a potem uda, że wszystko w kartach wyczytała. Ale kiedy tasowała karty i rozkładała je w różnych konfiguracjach i kiedy sama, własną ręką wyciagałam z dosyć obszernej talii karty, które mówiły to samo, zaczęłam jej wierzyć. To było takie przedziwne, mówiła o mnie i moich najbliższych wszystko, co było zgodne z prawdą...a najważniejsze, że potwierdziła słuszność podejmowanych przeze mnie decyzji, przeciez nie bardzo wiedziałam, co robić, a tarocistka ze swoim tarotem okazała się być moją deską ratunku. Przez te wszystkie lata widziałam się z nią czasem raz, czasem dwa razy w roku. Sporo z jej prognoz się sprawdziło, jak choćby fakt, że zapowiedziała, że nową pracę znajdę na przełomie roku (a pracy nowej szukałam dosyć intensywnie). Okazało się, że rozmowę kwalifikacyjną miałam w grudniu, a od lutego podjęłam nowa pracę...Przełom roku jak w pysk strzelił. Na pewno spowodowała, że wyszłam ze stanu odrętwienia, w jakim wtedy tkwiłam. Życie mi się pokomplikowało, a ja wymyśliłam sobie, że przeczekam, aż się samo poukłada, że to taki etap, który trzeba gdzieś w ukryciu przewegetować, a potem już wszystko będzie ok. Nie było...nic się nie chciało samo załatwić i gdyby nie sensowne wskazówki tarocistki pewnie tkwiłabym w tym maraźmie do dziś. Jeszcze parę razy szukałam u niej wsparcia, aż znalazłam swoje rozwiązania, których byłam pewna, a ona tylko potwierdzałą słuszność podejmowanych decyzji. Po ostatniej wizycie (ponad rok temu) doszłam do wniosku, że już nie potrzebuję...może nie tyle nie potrzebuję, co wiem, jak i gdzie dalej iść. Dzięki tarotowi nauczyłam się słuchać swojej intuicji, kierować w życiu przeczuciami i nigdy tego nie żałowałam. Jedno mi się tylko nie sprawdziło. Wtedy, kiedy poszłam pierwszy raz posłuchać tarota, byłam bardzo osamotniona i nieszczęśliwa, obarczona zbyt wielką odpowiedzialnością i poczuciem winy. Jednocześnie nie byłam gotowa na zmiany w moim życiu...A tarot przepowiedział mi wielką miłość :-) I dla tej wielkiej miłości postanowiłam przebudować swoje życie. Szkoda tylko, że nie dostałam konkretnej daty...Wróżby to w końcu wróżby. A ja dałam się skusić i nigdy nie żałowałam tych zmian, które nastąpiły w moim życiu. Paradoksalnie jest mi dużo trudniej niż te sześć lat temu, odpowiedzialność dźwigam też większą, mam za sobą czas bez pracy, długi, poważne choroby. Ale jestem szczęśliwa, chociaż wielka miłość nie przyszła. Czasem myślę, że to było takie drobne oszustwo, taka przynęta ze strony tarota, żebym się ruszyła i zrobiła coś ze swoim życiem...A czasem przecież cel uświęca środki....

