czarodziejka i ....

wtorek, maja 27, 2008

samochodowo tym razem

Mój samochód jest moim najlepszym przyjacielem. Już po raz drugi zdarzyło mi się zapomnieć o przeglądzie technicznym. Mało tego, szczerze i z całego serca (na głos oczywiście) potępiłam swoją Mamuśkę, że na czas nie zdążyła z przeglądem (no miała jakieś parę dni opóźnienia). Jakże się mądrzyłam, że w przypadku stłuczki ubezpieczenie jej nie obejmie…eeech i takie tam. Że tez mnie nie tknęło i nie zajrzałam do swojego dowodu rejestracyjnego! A tam ? Proszę: czarno na białym, że data przeglądu minęła nie 3 i nie 5 dni wcześniej, ale …dwa miesiące. Za karę musiałam wysłuchać od pracowników warsztatu wykładu na temat braku badań technicznych samochodu. Przełknęłam z uśmiechem blondynki . Mamuśce się nie przyznałam. Na szczęście mogę sobie i yariskowi pogratulować, żeśmy się w jakąś kabałę nie wpakowali (a robimy w końcu ponad 60 km każdego dnia). Ostatnio zaś…całkiem niedawno zdarzyła mi się mała niedogodność. Otóż czasem wożę młodego Młodego do pracy. Już to gdzieś pisałam. I w tym celu podjeżdżam pod blok gdzie zamieszkuje z Eksiem. No i jak tak sobie podjechałam to zakrzyknął „matka! A co ty masz z prawym przednim kołem? No co mam…powietrza nie miałam, ale tylko na dole  Na szczęście dla mnie Eksio był jeszcze w domu, to z Młodym w 10 minut zmienili mi na dobiegówkę, czy jak to się tam nazywa. A ja patrzyłam i notowałam w pamięci, z nadzieją, że nigdy nie będę tego musiała robić sama. Ale to był dopiero początek nieszczęścia. Bo na dobiegówce jak byk stało, że 80 km/h NIE WOLNO przekraczać. No to była droga przez mękę. Z Młodym , który jak sęp wisiał nad prędkościomierzem i reagował gwałtownie jak zbliżałam się do 80. Perfidnie wybrałam najbardziej zakorkowaną trasę, to i czułam się raźniej…wszyscy się toczyli to i ja też, ale jak korka nie było to moja dusza wyła z rozpaczy. No polonezy nas wyprzedzały…z klekotem blach….Co za udręka!. Na szczęście okazało się, że wulkanizatornia jest tuz przy mojej pracy. Więc wracałam już w normalnym tempie. A wracając do przyjacielskiej postawy autka, to nie mogło ono złapać kapcia w miejscu i porze bardziej dogodnej. Lubię mój mały, czerwony samochodzik, ale trudno mi się do niego przesiąść, kiedy wracam z podróży służbowej. Służbowy wyciąga więcej (duuuuuużo więcej) i ma klimę. I tylko wielka i trwała miłość do mojego auteczka pozwala mi pogodzić się z rzeczywistością czyli z jego ograniczonymi możliwościami. To jak już motoryzacyjnie, to sobie wspomnę, jak w centrum Gliwic będąc pod prąd wjechałam. Na krótko i niechcący, ale jak tu nie wjechać, jak organizacja ruchu mniej więcej taka jak w Krakowie. Już prawie wjechałam we właściwy dozwolony kierunek, kiedy naprzeciwko mnie zahamował krzesając iskry spod opon (czy krzesząc? Czy co?) jeden taki samochód. Z samochodu wyskoczył człowiek w stanie wielkiego wzburzenia. Myślałam początkowo, że to jakiś miejscowy, nawiedzony społecznik i że nawracać mnie będzie, ale nie…Ten majtnął mi przed oczami odznaką …no i okazało się, że pod prąd wjechałam na drodze, która wiodła do pobliskiego komisariatu. Policji oczywiście. A wiozłam koleżankę do pracy, która widząc policjanta w stanie silnego wzburzenia (naprawdę wyglądał jak szarżujący byk) szukała w pamięci jakiś złych postępków popełnionych ostatnio. Policjant mnie zawiódł na tenże pobliski komisariat i zaczęło się spisywanie połączone z pouczaniem. Byłam pewna mandatu i punktów karnych…Więc minę zrobiłam durną i pokorną, a rzęsy trzepotały mi jak nakręcone….Konsternacja nastąpiła przy spisywaniu danych: samochód z rejestracją kwidzyńską, ja zatrudniona w miejscu mającym w nazwie Kwidzyn, a mieszkająca i pracująca w Warszawie, a jechałam do pracy w Gliwicach. Zapytana o zarobki znacznie je obniżyłam i wzięłam sobie na utrzymanie studiującego młodego Młodego. Skończyło się na spisaniu, pouczeniu i dokładnym pokazaniu drogi do pracy, tym razem w kierunku z prądem. W samochodzie koleżanka nerwowo wcinała kanapkę, a w międzyczasie wypaliła papierosa. Nie chciała mi uwierzyć, że na spisaniu się skończyło. Ale się skończyło. Wielkie mi co! Pod prąd! Każdemu się mogło zdarzyć  A teraz ze specjalnymi pozdrowieniami dla KatMajki. Bo, mimo, że blondynką nie jest (ani z wyglądu, ani z charakteru) to odjechała kiedyś spod dystrybutora paliwa z końcówką węża we wlewie paliwa. Nadal pozwolę sobie powtórzyć komentarz : Wielkie mi co!

z podróży...

Dużo jeżdżę po Polsce, chociaż ciągle w te same miejsca... I lubię bardzo te moje tymczasowe domy, które przygarniają mnie na nocleg. Nawet w Gliwicach bywa urokliwie... Kętrzyn i Kwidzyn...

poniedziałek, maja 26, 2008

majówka w Nałęczowie

hm...szkoda, że było tak pochmurno i ponuro...Więc mniej tekstu, a więcej fot a teraz Kozłówka i Kazimierz :-) przystojny acz Dolny i dla przekory widziany czasem z góry... i na zakończenie kaczka...mała, ale szybkobieżna :-)

poniedziałek, maja 12, 2008

aaach, co to był za ślub!

No był. I w efekcie kolejna koleżanka moja panienką przestała być. I było gorzko i goście daczowi i ludzie tańczyli...no to co zwykle :-) Jak widać na załączonych obrazkach :-)

czwartek, maja 08, 2008

panieński... wieczór oczywiscie, a nie rumieniec

Tak jak zapowiadałam, moja jedna znajoma Pietruszeczka za Dacza się wydała. Jak każe tradycja, urządziłyśmy jej porządny, domówkowy wieczór panieński. Wieczór jak wieczór. Jak widać na załączonych obrazkach. Ale warto wspomnieć, że spotkałam tam jedną koleżankę, co to ją widziałem dwoje dzieci temu…A tym razem przybyła z najmłodszą córeńką, co to dwa tygodnie wcześniej się urodziła. Wcześnie Mała zaczyna imprezowanie…oj wcześnie .... Powiem tylko, że i ja tam byłam, miód i wino piłam, a właściwie nie piłam...Bo samochód tradycyjnie prowadziłam:-)