październik 2004
jak z modych gniewnych nie wyrosnąć na starych wkur.....ch?
Tytuł troszkę przewrotny...bo jestem bardzo blisko tego stanu i nie dotyczy to określenia "młoda gniewna"...naprawdę. Jesień jest tą porą roku, która w rankingu moich ulubionych pór spada na ostatnią pozycję, a nawet niżej...No bo: ciemno, kiedy wychodzę do pracy i ciemno, kiedy z niej wracam, na pluchę narzekać nie mogę, bo pogoda wybitnie nie październikowa, ale jakoś tak ogólnie lataja po mnie chandry i doły...No nie lubię i już. Zwłaszcza, że październik był dla mnie (był, bo szczęśliwie pcha się ku schyłkowi) wyjątkowo mało szczęśliwy. Pojechałam sobie do Piwnicznej na wymarzony urlop, udało mi się nawet zamieszkać samej w pokoju (co bardzo lubię), spotkałam tam moją ulubioną koleżankę Zdzirkę (to ta z pierwszego piwnicznego pobytu) no i byłam w lekkiej euforii. No samo słowo "urlop" jest piękne samo w sobie. Nawet zaczęłam odzyskiwać węch (który straciłam w wyniku nękającej mnie alergii), jako, że otoczenie piwniczańskie jest czyściutkie, a dieta zdrowa i stawiająca na nogi. Bardzo miło się zaczęło, pojawiła się nowa instruktorka, która nie dość, że była sympatyczna i sympatyczna to jeszcze genialnie prowadziła rózne dodatkowe zajęcia typu aerobik itp. No a potem nastapiły zmiany: najpierw popsuło mi się lewe kolano, które odmawiało uporczywie współpracy przy schodzeniu z gór, potem dostałam ten fatalny telefon wzywajacy mnie do pracy, a potem to już same przyjemności typu pokonywanie trasy katowickiej w te i nazad przy różnym natężeniu ruchu...O pracy nie wspomnę, bo w dwa dni odpracowałam trzy (26 godzin pracy). Eech szkoda mówić, zwłaszcza, że turnus piwniczny, który oficjalnie miał trwać do wtorkowego poranka już w piątek świecił pustkami. Na to jeszcze mój organizm się zbuntował i sprowokowany halnym zafundował mi solidny atak astmy. Spakowałam więc tobołki i już w sobotę wróciłam do domu. Z prawdziwą przyjemnością sobie tam siedziałam i udawałam, że mnie nie ma. Aż musiałam skończyć udawać i wrócić do pracy. Całe szczęście, że po tym całym pasztecie mieliśmy zaproszenie do Tatki do Katowic, bo te spotkania zawsze pozytywnie na nas wszystkich wpływają (za Tatkę się nie wypowiadam, bo nasz najazd zazwyczaj obfituje w różne wypadki, więc Tatko może mieć zdanie odmienne od naszego).
Było bardzo bardzo, udało nam się poznać rodzinę Kasi- laski Tatki, która to rodzina bardzo nam się podoba, jako, że stopniem ześwirowania plasuje się na tym samym poziomie, co nasza rodzinka, a o poczuciu humoru nie będę wspominała, bo to idzie zazwyczaj w parze z ześwirowaniem, no i napoili nas solidnie winem, co zazwyczaj bardzo ociepla stosunki międzyludzkie. Wprawdzie pech październikowy dotknął też i Katowice, bo Kasia zapadła na jakąś dziwną grypę żołądkowo-gardlaną i w dodatku zaraziła komputer Tatki...No dobra, to tylko taka teoria, ale prawda jest taka, że Stary Młody dłubiąc w nocy w necie coś tam Czesławowi z Katowic wpuścił do kompa, co za bardzo temuż kompowi nie posłużyło. Stary Młody toczył z kompem zaciętą acz nierówną walkę no i postawienie rzeczonego kompa na nogi zostawił w efekcie naszemu kuzynowi z Katowic.
Sister przybył pociągiem z bardzo dalekiego zachodu, jako, że porzucił chwilowo stolycę dla zachodnich rubieży, zmienił też pracę, co by tak między zachodem i centrum nie kursować...serce nie sługa i potrafi zmusić do wywrócenia życia do góry nogami.
A teraz patrzę w kalendarz i myślę sobie, że muszę jeszcze wytrzymać jakieś niecałe dwa miesiące, no a potem z nowym rokiem, wszystko pójdzie ku lepszemu...no tak myślę. No i może w niedzielę ruszę na rower, jeśli pogoda nadal będzie łaskawa...no i tyle.
2004-10-10 16:54:22
tja.....czyli znowu o Piwnicznej
robota mnie kocha...bez wzajemności. Miałam właśnie sobie hasać po piwniczańskich lasach, a jestem znowu w Warszawie. Jutro coś pilnego do zrobienia...w pracy no i mam nadzieję, że już wieczorkiem...być może... będę z powrotem w Piwicznej. Turnus mamy jakiś spokojny, ani jedengo amatora erotomana...nuda jak w polskim filmie. Co nie oznacza, że jest źle, nie ...jest normalnie i fantastycznie, bo w Piwnicznej nie może być inaczej. Oczywiscie podróż rozpoczęłam pod hasłem "errare humanum est", co muszę sobie udawadniać wciąż i wciąż...Chciałam jechać przez Nadarzyn, wylądowałam w Jankach po błądzeniu po okolicznych ponurych lasach, co to końca nie miały. Za to już przed pierwszą w nocy, w cudny ostatni poniedziałek, byłam na miejscu. Pogoda zaskoczyła chyba nawet najstarszych górali...trochę na słonku posiedziałam..24 stopnie ciepła w październiku to niezły rezultat. Tylko jeden dzień był deszczowy, ale to nic, bo w ten właśnie dzień wybraliśmy się do słynnej Niemcowej, a właściwie to pod Cześniowy Groń, do Jurka, który sam pędzi cudo do picia...no między innymi z miodu i ziół, które cudownie usypiają. I znów szczęśliwie udało mi się trafić najpierw na dół - do Smreka, potem prosto do łóżeczka (przed zaśnięciem oczywiście). Z powodu przedawkowania podpłomyków z serem żółtym spożytych z kiszonymi ogórkami, kiełbaską i naleweczką, zrezygnowałam z obiadu i nastawiłam sobie budzik na callenetics. No i jak zadzwonił to założyłam jedna skarpetkę, powiodłam mętnym nieco wzrokiem po pokoju i uznałam, że jest to ten moment, w którym muszę być dobra dla siebie...więc zdjęłam skarpetke i poszłam spać. Ale na aerobik się już zwlokłam...Ach te zioła, ta ich moc!
Czuję się trochę jakbym była na wagarach...niby na urlopie, ale nie na urlopie. Wstawiłam jedno pranie (nie moje - moje wisi na balkonie w Smreku)posortowałam nastepne i chyba pójdę sie odmoczyć do wanny. Ciąg dalszy oczywiście nastąpi...
2004-10-03 17:33:13
rowerowo, ale po czasie, albo niewczasie, jak kto woli....
Tydzień temu, w sobotę udało się zrealizować to, o czym myślałam, pisałam i mówiłam. Wypad na działkę w Piaskach Duchownych na rowerze. A udał się on tylko i wyłącznie dzięki Dorotce (mnie by się samej nie chciało jechać), którą nagabywałam o wyjazd przez cały tydzień. A wszystko było przeciwko mnie...pogoda: chłodna i deszczowa i wypełniony terminarz Dorotki. Ostateczną decyzję przełożyłyśmy na sobotni poranek. No jak będzie ładnie to ruszymy, a jak brzydko, to tez ruszymy, ale gdzie indziej i z czym innym :-) Do Piasków drogą samochodową jest jakieś 50 km ( z domu Mamuśki), od Dorotki z 10 więcej, ale my postanowiłyśmy ciąć przez Kampinos, no i miało to być wtedy jakieś 10 km mniej. W sobotę okazało się, że los nam sprzyja i to jak! Pogoda była wręcz wymarzona ..Piękne słońce, troszkę chmurek na niebie i cieplutko. Ruszyłyśmy więc pełne zapału zdobywać Kampinos. Początki nie były łatwe, żeby nie powiedzieć trudne...Jadąc przez bemowski lasek wykopyrtnęłam się solidnie (mam traumę piaskową- jak widzę piasek sama się wywracam), no drzewa stały tak blisko siebie, a między nimi przerażający piasek....To było za dużo, jak na mnie... Siniak wielkości dłoni nadal widnieje na mojej łydce.. Zaraz potem spłoszona nie najlepszym początkiem wyprawy zgubiłam szlak...i przyszło nam przedzierać się przez krzaczory, jeżyny, pokrzywy i pajęczyny w okolicach wysypiska na Radiowie...No potem na szczęście szlak się odnalazł, a my na nim i mogłyśmy spokojnie zagłębić się w Kampinos. Cały kampinoski szlak rowerowy ma jakieś 140 km, ale my postanowiłyśmy zaliczyć 44...no licząc od domu Dorotki 54 + 12 (to mój wynik- kilometry z domu do Dorotki).
Prowadził nas szlak, co przywodziło na myśl siarczyste \"a niech Was szlak!!!! ...prowadzi\". Miałam wiele ukrytych pretensji do tych, którzy ten szlak oznaczają...Bo zawsze jak droga prosta i bez żadnych odnóg, to znaczki wymalowane cudnie i często, ale jak tylko jakieś rozwidlenie drogi....szlak ginie jak sen jakiś złoty. Podejrzewałyśmy z Dorotka, że ekipa znakująca popijała sobie po drodze i czasem przypominała sobie o konieczności malowania znaczków. Hitem było oznaczenie, gdzie obok roweru widniała strzałka skierowana ku niebu....w tym wyjątkowym miejscu nadrobiłyśmy jakieś 6 km...zanim udało sprawdzić się drogę i rozwidlenie tejże drogi, która okazała się być nie tą drogą. Pogoda była przecudna, malinowa i skłoniła nas do rozdziania się do T-shirtów, ciepłe powietrze, kolory jesieni w lesie (jechałyśmy głównie rzeczywiście Kampinosem) i zapachy, o których opowiadała mi Dorotka (ja niestety ich nie odczuwam- alergia). Oprócz szlaku zielonego wchodził nam w drogę żółty szlak rowerowy, którego na mapie nie było. .tzn. był, ale jakoś tak wg nas przebiegał zupełnie inaczej. Prześladował nas i prześladował...Nawet kawałek nim pojechałyśmy dokładając sobie dodatkowych km...No.. było po prostu cudownie...Prułyśmy do przodu utyskując na znakowanie szlaku i gubiąc go z przedziwna regularnością. Na koniec zgubiłyśmy się ostatecznie i świadomie, bo stwierdziłyśmy, że skrócimy sobie drogę asfaltem...a szlak gdzieś poszedł bokiem. No cóż...kto drogi skraca....Natrafiłyśmy na jakąś główną drogę, co to nie pamiętam nawet gdzie wiodła i przy pomocy rowerzysty asfaltowego, (którego ściągnęłyśmy z drogi dając mu rozpaczliwe znaki mapką) odnalazłyśmy właściwy szlak kampinoski... Ale do Piasków było ciągle daleko i daleko. .Wydaje mi się, że tymi błądzeniami dołożyłyśmy sobie kilometrów...Na 62 km wiedziałyśmy już, ze do domu na rowerach to my nie wrócimy. Najbardziej winne było kolanko Dorotki, które zdecydowanie odmówiło współpracy. Wredne...Trafiłyśmy w końcu na drogę, którą jeździłam zazwyczaj samochodem...No i podzieliłam się swoją radością z Dorotką: to już bliziutko! hurra! No ale bliziutko to było samochodem, a nie rowerami w dodatku kiedy człowiek miał w oponach piachy i wykroty kampinoskie. Powiem jedno: jeżdżenie po mieście to pikuś. Kampinos- to jest dopiero jazda...Dojeżdżając do działki sprawdziłyśmy godziny powrotnych autobusów, które mogłyby nas dowieźć z powrotem do cywilizacji. Były takie i ta myśl pozwoliła nam cieszyć się nadal wyprawą i cudnym dniem. Na działce, a właściwie przy samym wjeździe na teren działek zostałyśmy jeszcze tylko zaatakowane przez babę-chłopa ( a panie to do kogo?) na co odparłam wzniośle, że my do siebie...i już mogłyśmy usadzić tyłeczki w domku na działce. Powiem tak: suchy chleb rwany palcami i popity winem smakował nam jak ambrozja. Na działce szalała Mamcia, ogarnięta ciągłą i nieprzepartą potrzebą sprzątania lasu...To co sprzątnęła paliła...więc podobno przesiąkłyśmy dymem na amen (ja nic nie czułam). Jeszcze tylko zjadłyśmy po kawałku kiełbaski upieczonej w ognisku i mogłyśmy ruszać z powrotem. Wydaje mi się (skasowałam sobie niechcący licznik), że w sumie zrobiłyśmy od domu Dorotki jakieś 70 parę km...ale głowy nie dam sobie uciąć.. No w każdym razie kierowca autobusu (jakiś PKS) zlitował się nad nami i zapakował rowery do bagażnika, a my mogłyśmy rozkoszować się widokami ze środka autobusu. Chyba nam się nieźle udało, bo właściwie to czekałyśmy na odjazd może z 5 minut...Znalazłyśmy wreszcie czas na rozkoszne plociu plociu i byłyśmy szczęśliwe aż do bólu.
Jeszcze w niedzielę wybrałam się na rower, ale przyznam się, ze po 50 km spasowałam...i skorzystałam z autobusu:-) Co tam, jestem tylko słabą kobietką :-) Dziś jeszcze powtórka ..czyli wypad na piwo na pola mokotowskie (nędzne 44 km) i żegnam się z rowerem na 2 tygodnie. Jutro już będę w Piwnicznej, więc pewnie nastąpi przerwa w blogowaniu. Ale wrócę z nowym materiałem...więc ostańta Panstwo z namy...jak mawiają w kabareciku Olgi Lipińskiej:-)

