czarodziejka i ....

wtorek, grudnia 28, 2004

święta, święta i po świętach :-)

Święta rozpoczęły się dla nas rankiem 24 grudnia, kiedy ruszyliśmy ja i Młodzi w Beskid Śląski. Mieliśmy tam dojechać w porze obiadowej i pewnie tak by się stało, gdyby nie wypadek, który zdarzył się na drodze katowickiej. Wypadek o tyle skomplikowany (o ile wiem ofiar w ludziach nie było), że zatarasował drogę i trzeba było czekać aż służby drogowe rozplączą węzeł składający się z trzech obtłuczonych ciężarówek. Zadzwoniłam więc do Tatki, ze możemy mieć opóźnienie rozpoczynając od słów „mamy właśnie wypadek”, no i szybko dokończyłam zdanie „przed sobą”, bo zdałam sobie sprawę jak to zabrzmiało. Obiad został dla nas zarezerwowany i dotarliśmy szczęśliwie. Święta były nad wyraz udane. Bo to wiadomo...ludzie tworzą święta, a nie konkretne miejsce. Chociaż miejsce było konkretne... W górach, a ściślej w Beskidzie Śląskim. A ludzie to ja, moi młodzi, Sister i Tatko z Kasieńką -Ci ostatni - inicjatorzy tego wyjazdu. Z racji wysokiej temperatury i jajek serwowanych nam na szwedzkie śniadanie święta te bardziej nam się kojarzyły z Wielkanocą niż Bożym Narodzeniem, ale i tak było fajnie. Jedzenia tyle, ze nie można było przejeść (próby wynoszenia jedzenia ze stołówki w celu późniejszej konsumpcji były raczej chybione- bo nikt nie był w stanie tego dojeść). Wyspałam się (nie tylko ja) za wszystkie czasy, chociaż grzanie było tak podkręcone, że okna otwieraliśmy na oścież (kurki kaloryfera stanowiły ekspozycję stałą - nie do ruszenia). No i udało nam się zdreptać na piechotę całe otoczenie możliwe do zdreptania. W wyższych partiach gór nawet śnieg leżał, więc nastrój świąt bożonarodzeniowych został podtrzymany. Wieczorami zabawialiśmy się bardzo kulturalnie rozwiązując rebusy. A z rebusami było tak: przed wyjazdem uprzedziłam Tatkę, że biorę ze sobą rebusy, no taką grę, na wypadek, gdyby padało i trzeba było coś ze sobą rodzinnie zrobić. A Tatko mi odparł, że on bierze też rebusy, ale one są jeszcze zakorkowane. No i od tej pory każdy alkohol konsumowany przez nas zwany był rebusem. No więc rozwiązaliśmy skutecznie wiele rebusów bardziej i mniej skomplikowanych, a ostatniego dnia przed wyjazdem nawet trochę ich przemyciliśmy z Czech. Wiem, że z Czech, bo Tatko spytał pani w sklepie, gdzie właściwie jesteśmy. No to zanabyliśmy trochę rebusów wspierając czeską gospodarkę polskimi złotówkami. Jakoś tak się stało, że za granicę udaliśmy się na piechotę. Bo zaparkowaliśmy przed kantorem, który był niestety zamknięty (ale widniało w pobliżu hasełko właśnie o tym, ze kupując za złotówki w Czechach wzbogacamy gospodarkę Czech). No to nie mieliśmy innego wyjścia, jak wzbogacić:-) Dokonaliśmy tego maszerując na piechotę, z torbami i plecakiem. Wyglądaliśmy w drodze powrotnej, jak grupa przemytnicza pod przywództwem rudej Kachy, co zresztą zostało uwiecznione na zdjęciach. Na zdjęciach tez zostaliśmy uwiecznieni wcześniej, z prezentami, które przyniósł nam święty Mikołaj. Radości było sporo, zwłaszcza kiedy Młodzi ubrali się w prezenciki... (tzn. bokserki z Mikołajem naciągnięte na spodnie). Oprócz tego dostali również i inne fajne prezenciki, jak my wszyscy zresztą, bo wszyscy byliśmy grzeczni i Mikołaj do nas przyszedł:-) Udało nam się też zaliczyć te prawdziwe rebusy no i ogólnie było bardzo wesoło...Więc myślę, że takie święta to ja chętnie powtórzę...Święta bez zakupów, stania w kolejkach, stania przy garach i zlewozmywaku...Święta po prostu radosne i piękne wzbogacone rozrywką intelektualną (rebusy) i z dużą dozą ryzyka (przemyt) :-)

czwartek, grudnia 23, 2004

Nowy rok - nowy serwer - nowy blog

Tu zaczynam nowe życie w blogerze.....

wtorek, grudnia 21, 2004

choinka choinka prezenty prezenty....

Dziś mam potrzebę wypłakać się mojemu pamiętnikowi...Ciagle jeszcze ludzie, albo inaczej, bliscy mi ludzie potrafią zaskoczyć mnie w sposób aż tak przykry...Ale zamiast o tym pisać przypomnę zasłyszaną kiedyś opowieść. Mogę nie pamiętać szczegółów, ale ważny jest sens tej opowiastki. Otóż kiedyś, jakiś człowiek z zachodu, może nawet z Polski, został zaproszony w odwiedziny do pewnego Chińczyka. Przyniósł ze sobą piekny prezent, porcelanową wazę. W wyniku niefortunnego zdarzenia wazę tę upuścił (jeszcze zapakowaną) na ziemię, niemal w drzwiach mieszkania i na oczach gospodarza. Prezent oczywiście potłukł się w drobny mak. Gość bardzo się sumitował, przepraszał i ogólnie było mu przykro. Ale Chińczyk przyjął pakunek i podziękował za prezent głębokim ukłonem. Kiedy gość ten zawitał w progach Chińczyka ponownie, dostrzegł mocno zaskoczony swój prezent w całej, dokładnie posklejanej okazałości, w dodatku na honorowym miejscu. Prezent dla człowieka Wschodu to rzecz święta.... Jaki z tego morał? Właśnie nadchodza Święta. Czas radości, miłości, pogodzenia i prezentów. Ja uwielbiam robić prezenty. Kupuję różne drobiazgi już od listopada i cieszy mnie własnie możliwość sprezentowania najblizszym rzeczy może nie kosztownych, ale starannie dobranych. I wierzę w to, że wszystko, co ja dostanę jest takze podarunkiem wyjątkowym, bo obdarzonym miłością i opatulonym myślami osób mi najbliższych. Dlatego sama bardzo cieszę się w ten wyjatkowy czas z każdego drobiazgu. Nie umiałabym okazać niechęci, czy niezadowolenia nawet gdyby ktoś obdarował mnie wyjatkowym babolem. Siedzę sobie i słucham przepięknego albumu Krzycha Krawczyka, którym zostałam obdarowana z okazji wigilii firmowej. I mimo tego, co napisałam powyżej, w pierwszym momencie, po otwarciu prezentu poczułam ukłucie rozczarowania (zachowując uśmiech na twarzy). A teraz słucham już trzeci raz tego albumu (to amerykańskie evergreeny) i czuję, jak jest mi coraz lepiej. Płyta jest po prostu cudowna, a facet powinien śpiewać tylko takie kawałki, bo do tego został stworzony:-) Cóż...coraz bliżej święta, powoli szykuję się do wyjazdu w góry, nie wiem, czy jeszcze tu zajrzę przed wyjazdem, bo parę rzeczy zostało mi do zrobienia. Życzę z całego serca wszystkim tym, którzy mnie odwiedzają i cierpliwie czytają...samych radosnych chwil, chwil przykrych jak najmniej, ale za to łatwych do pokonania, życzliwych ludzi wokół i jak najwięcej serdeczności i miłości wokół. No to wesołych Świąt kochani :-)

czwartek, grudnia 16, 2004

Łyżwy...

no tak...skończyła się saga rowerowa, rozpoczął czas łyżew. Bardzo mi się spodobał ten sposób spędzania wolnego czasu. Są pewne analogie z rowerem: ruch na świeżym powietrzu, słuchanie trójki w trakcie i tylko trasa jakby mniej urozmaicona. Wczoraj byłam po raz kolejny na Stegnach. W godzinach popołudniowych, w tygodniu, jest niewiele ludzi, więc można pozwolić sobie na ewolucje niemozliwe do wykonania np. na Torwarze. Próbowałam wczoraj: jeździć tyłem (z sukcesem), zmieniać kierunek jazdy z do przodu na do tyłu (sukces połowiczny- czasem ten manewr kończył się jazdą w kierunku nie do końca przewidzianym przeze mnie) i próbowałam również podnieść się po upadku przymanewrowym (sukces odniesiony po trzeciej próbie). Musiałam wyglądać rozkosznie, bo przy tych różnych, nieudanych próbach manewrowych smiałam się sama z siebie. Odmroziłam sobie odwłok (wczoraj był jeden stopień mrozu), ale poza tym czułam się świetnie. Odtajałam dopiero w ciepłej kąpieli, w domu. Zamierzam jednak kontynuować te wypady, bo nie wyobrażam sobie życia w bezruchu. A Święta już tuż tuż. A Mamacia trwa w królewskim fochu. Udaje się z nia prowadzić całkiem normalne rozmowy telefoniczne, ale na próbę propozycji spotkania przedświatecznego usłyszałam, że nie ma takiej potrzeby. I że święta spędzi sama...Przecież ja to wiem, a z domu, spod skrzydełek mamusinych wyprowadziłąm się wieki temu...więc chyba nie jest to sytuacja nienormalna...

piątek, grudnia 10, 2004

pozłacana broszka :-)

A dziś przypomniała mi się kolejna ciekawa historyjka z życia wzięta (no nie z mojego), ale świetna na te te krótkie, ponure,jesienne dni. Była sobie raz pewna pani, która potrzebowała niezbędnie konsultacji jakiegoś dobrego ginekologa. Znalazła więc, po dosyć intensywnym poszukiwaniu, specjalistę wysokiej klasy, utytułowanego i obleganego przez pacjentki. Pani przygotowała się rzetelnie do wizyty, wzięła prysznic, wydepilowała, nabalsamowała, wydezodorowała się, ale jeszcze na koniec postanowiła użyć dezodorantu intymnego. No i użyła. Ale w trakcie badania pan wysokiej klasy specjalista zachowywał się dziwnie, chrząkał, kręcił głową, widać było, że chce coś powiedzieć, ale wybakał tylko: nie nie trzeba było aż tak, nie trzeba było... Pani spłonęła rumieńcem, wyskoczyła z gabinetu jak oparzona i popędziła do domu mrucząc pod nosem: cham, gbur, prostak...O co mu chodziło? Kiedy dotarła do domu, ta dziwna sytuacja nadal nie dawała jej spokoju. Postanowiła spradzić, czy przeoczyła być może coś, co tak zszokowało sławę lekarską. No i okazało się, że zamiast dezodorantu intymnego użyła brokatu w aerozolu, który stał tuż obok. Niezaleznie od stopnia zakłopotania pan specjalista powinien być w sumie ucieszony aż taką dbałością o wygląd swojej pacjentki. Ku mojej radości święta coraz bliżej. Ponieważ w tym roku spędzę je "na wyjeździe", w ośrodku wczasowym, to do przygotowań świątecznych pozostało mi tylko zanabycie prezentów. I takie święta to ja lubię. Bez szaleństw, sprzątania, kupowania, szykowania róznych kulinariów i wtłaczania ich w siebie i innych. W tym roku będzie czas na spacery, na pogaduchy niekoniecznie nad suto zastawionym stołem i na relaks nie obarczony wcześniejszą bieganiną przedświąteczną.

niedziela, grudnia 05, 2004

łyżwy

Udało mi się znaleźć zamiennik roweru...Nie to, żebym nie wiedziała, że można spędzać czas na łyżwach, ale jakoś tak nie mogłam się zmobilizować. No i Wisienka rzuciła hasło mailem: a może by tak na łyżwy? No tak! A i owszem, bardzo chętnie. Dla mnie łyżwy to tor na Stegnach i tak się tym zasugerowałam, że nie zauważyłam, ze propozycja dotyczyła Torwaru. Nie polecam nikomu i nie powtórzę już nigdy w życiu tego doświadczenia. Tłok i raj dla froterystów czyli amatorów obcieratorów. To zupełnie nie dla mnie wziąwszy pod uwagę fakt, że lubię jeździć szybko, ale nie opanowałam jeszcze sztuki hamowania (spokojnie, pracuję nad tym). Na Stegnach maruderów po prostu omijam, na Torwarze się nie dało. Było to doświadczenie mało przyjemne i powtarzać go nie będę. Ale bakcyla już złapałam i sprawdziłam godziny ślizgawkowania na Stefnach. W efekcie byłam tam i wczoraj i dziś. Było super wyśmienicie...Pogoda jak marzenie (dziś to nawet słońce) no i przestrzeń do rozpędzania się. Wczoraj na lodowisku był ktoś, z kim wiąże się pewne wspomnienie sprzed lat dwóch. Otóż, poszłam sobie pojeździć w tygodniu (było super- mało ludzi) i zobaczyłam niewielkiego człowieczka, który zamaszyście i z wielkimi umiejętnościami wykonywał łyżwiarskie pas na lodzie. Przypomniał jako żywo Alana Starskiego, znanego scenografa. No ale ludzi są przecież do siebie podobni...Po dwóch dniach w Gazecie Stołecznej przeczytałam krótkie wypowiedzi pasjonatów łyżew i Stegien i pomiędzy nimi także wypowiedź Alana Starskiego...że lubi bardzo i często bywa. Wczoraj też był. Jestem zmęczona, ale zadowolona...gdybym jeszcze znalazła kogoś do gadania podczas przebierania łyzwami byłoby super. Na razie wróciłam do słuchania ukochanej trójki i to jest naprawdę kompozycja cud: łyżwy, piękna pogoda i ulubiona stacja radiowa;-)

czwartek, grudnia 02, 2004

rocznica

No właśnie minął rok (a raczej minie 17 grudnia) jak zaczęłam pisać bloga. To był zwykły rok, ani specjalnie dobry, ani specjalnie zły, ale jak co roku mam nadzieję, że ten nowy bedzie wreszcie lepszy. Grudzień jakoś tak budzi skojarzenia ze stanem wojennym i właśnie coś mi się przypomniało z tamtego okresu. Jest to wydarzenie, które pierwsze przychodzi mi na myśl, jak pada hasło "stan wojenny". Otóż w związku ze ślubem, ktory miał miejsce w sierpniu trzeba było jakieś zaświadczenie pobrać z gminy mojego Eksia. Gmina okazała się prawdziwą gminą, jako, że Eksia rodzinny dom mieścił się pod pewnym większym miastem. Tak więc droga wiodąca do gminy była pełna wykrotów i wybojów, co ma znaczenie dla tej właśnie historyjki. Aby załatwić to zaświadczenie, trzeba się było udać do ww urzędu, co niniejszym uczyniliśmy anagażując do roli kierowcy exteścia. Wydarzyło się to jakoś w mroźny dosyć dzień, więc mógł być to albo styczeń albo luty. Exteść był szczęśliwym posiadaczem syrenki 105, która charakteryzowała się tym, że drzwi miała osadzone na zawiasach umieszczonych nie na przednich a na tylnych krawędziach otworów wejściowych. Po otwraciu drzwi Sajrens wyglądał jak piękny, wielki niebieśiutki motyl. Samochód miał swoje lata, nie wszystko w nim działało perfekcyjnie...np. szybka wymagała ręcznego wspomagania (w sensie podnoszenia czy opuszczania przy pomocy rąk - bez pośrednictwa korbki). Exteściu zasiadł w Sairensie ogacony we włóczkowy berecik. Ruszyliśmy pełną parą przez wyboistą drogę do urzędu gminy. Nagle samochód poskoczył na jakiejś grudzie, szybka opadła, a teściowy berecik wyskoczył przez okno. Do tej pory, jak sobie przypomnę tę scenkę, to się uśmiecham. I dziś tez ją przywołałam, bo jakoś tak uśmiechu mi dziś bardzo potrzeba.