sierpień 2004
2004-08-29 20:10:08 umieszczony
pożegnanie wakacji...
Bardzo nie lubię, kiedy robi się coś po raz ostatni...To taki fakt, który przypomina o przemijaniu i tymczasowości..A ja dziś po raz ostatni przeprawiłam się promem przez Wisłę. I bardzo mi szkoda, że to był ostatni raz podczas tych wakacji..A przeprawiałam się po wyprawie na pola mokotowskie, gdzie umówiłam się ze znajomymi. Pogoda była przecudna, wymarzona wprost na szaleństwa rowerowe. Pojechałam więc na te pola mozliwie najdłuższą trasą, czyli wzdłuż Wisły, potem przez Łazienki (pod górę! hardcore...)no i takim zieloneym szlakiem az na pola. było naprawdę świetnie, rower sam mnie niósł i gdyby tylko nie ta świadomość, że coś się kończy byłoby całkiem nieźle. Nie wiem jak długo pojeżdżę...spróbuję sprawdzić jak długo da się :-)
Powrót miałam naprawdę super, wyłączywszy końcówkę. Właśnie skończyłam intensywną jazdę (brzeg Wisły i oczekiwanie na prom) i spoczęłam na swoich szacownych czterech literach na ziemi, kiedy zaobserwowałam zmasowany atak komarów. Jak szybko usiadłam tak szybko wstałam i zaczęłam wyglądać jak w tańcu świętego Wita. Odganiałam się rękami i butelka z woda, ale raczej mało skutecznie. Ciekawe, czy ktos kiedys nakrecił trilher z komarami w roli głównej? Ja bym chyba dziś cos mogła stworzyć na ten temat. Na szczęście pan promowy dopłynął szybciutko i widząc mój taniec zaoferował offa....Przyjęłam z radością i cieszyłam się, że dopływam do domku...o dziwo, na promie złapał mnie deszcz! Wczoraj jeździłam z kurtką w plecaku, bo zanosiło się na deszcz, ale się w sumie nie zaniosło, a dziś pogoda była jak drut i proszę. Na szczęście do domu miałam tylko 5 minut jazdy, ale kiedy zaczęło grzmieć, to przypomniałam sobie ostatnią przejażdżkę w deszczu i moją radość, że to nie burza była tylko deszcz...No i wykrakałam...acz zdążyłam dopaść do domu w ostatniej chwili przed nagłym atakiem burzy. A wracając do promu, to pływa on niestety tylko w weekendy od czerwca do sierpnia...No więc pozyczyliśmy sobie z panem promowym wesołych świat Bożego NArodzenia i Wielkanocy i obiecalismy sobie spotkanie w następne wakacje.
Na polach było multum ludzi, chyba tez korzystali z ostatniej letniej niedzieli..A ja polecam z menu Lolkowego placki ziemniaczane ze szpinakiem...mniodzio:-)
2004-08-26 21:55:43
kino...
Wprawdzie nie z moją Sister, która podrózuje albo na zachód albo wraca z zachodu, albo odpoczywa po trudach podróży (i nie tylko), ale z Dorotką (ta od salsy). W zasadzie nie tylko z Dorotką, bo namówił mnie ostatnio na kino młody Młody (wdzięczna jestem za mobilizację)...no ale wracjąc do ad remu obiejrzałam ostatnio dwa obrazy: Osadę i film, który nosi tytuł "zakochany bez pamięci". Osada jest naprawdę dobrym filmem, który tkwi człowiekowi w głowie i nie da się przestać o nim mysleć. Nie będę pisać o czym jest (zwłaszcza zakończenie jest zaskakujące), ale podejmuje ważny temat izolacji we współczesnym świecie...i pozwala odpowiedzieć sobie na pytanie: czy można stworzyć miejsce idealne, gdzie ludzie żyją długo i szczęśliwie, gdzie nie ma przemocy, i żyje się bez pieniędzy...Ja myślę...że istotą człowieczeństwa jest oprócz radości istnienia i odczuwania miłości także cierpienie. Ból jest nieodłączną częścią naszej egzystencji...a los nigdy nie zwala nam na barki więcej niż zdołamy udźwignąć. Dlatego kocha się życie za to, jakie jest ...czyli po prostu słodko-gorzkie...zaskakująco piękne i zaskakująco tragiczne. Naprawdę namawiam na obejrzenie Osady...skłania do refleksji.
Dziś próbowałam (w towarzystwie Dorotki) przekonać się do Jima Carrey'a...niestety, nie lubię zaniedbanych facetów...a na takiego właśnie został wykreowany główny bohater...Na pewno zarekomendowanie tego filmu jako komedii romantycznej jest grubą pomyłką, tak samo jak tłumaczenie tytułu...ale nie komentuję tego. Nie mam jakichś specjalnych przemyśleń po tym filmie...chyba oprócz tych, że nie bardzo podobają mi się eksperymenty z ludzkim ciałem, umysłem czy pamięcią...Natomiast bardzo podoba mi się myśl...że każdy z nas nosi w sobie coś, co jest niedostepne dla nikogo...że mimo postępu nauki i genetyki ciągle mamy w sobie obszary nierozpoznane...i takie, gdzie możemy ukryć się skutecznie, gdzie nikt nas nie może dopaść...gdzie możemy być sobą..
2004-08-25 21:48:47
o rowerze...poniekąd...
Moja miłość do roweru została wystawiona dziś na poważną próbę. Otóż, pojechałam sobie do klubu sportowego poćwiczyć. Na rowerze sobie pojechałam, bo to przecież zaledwie 12 km w jedną stronę. Pora przedwieczorna była cudna, malinowa wręcz, z pięknymi chmurkami- barankami i spokojnie zachodzącym słońcem. Dojechałam spokojnie, bez specjalnych przyśpieszeń, bo miałam sporo czasu i wręcz napawałam się drogą.
Po ćwiczeniach jak zwykle wzięłam prysznic, wysuszyłam pracowicie włosy, po czym wyszłam prosto w deszcz. Padało...nie... to mało powiedziane, lało jak z cebra. Praktycznie rzecz biorąc nie miałam wyboru, pieniędzy też nie więc ew. powrót na tarczy czytaj autobusem nie wchodził w grę. Cóz było robić, zasunęłam polar pod szyją (jakby mnie to mogło uchronić przed nawałnicą), upięłam sobie telefon (z radiem oczywiście) na szyi i ruszyłam. Wydawało mi się, że leje okrutnie. Już na moście Grota (od strony Bródna) okazało się, że mi się troszkę pomyliło. Albowiem nadeszło coś, co siekło jak biczem...no w dużej ilości. I od tego momentu zaczęłam wymyślać pozytywy tej sytuacji. Po pierwsze, już więcej nie mogłam zmoknąć, po drugie miałam tylko 12 km a nie 20, po trzecie i kolejne miałam zadaszony dom z prysznicem, wanną i ciepłą wodą, deszcz w dodatku to deszcz, a nie grad...No mogła nawet burza przyjść, a nie przyszła. Uśmiechając się szeroko (az mi deszcz pluskał po zębach)dziarsko naciskałam pedały. Z jaką prędkością jechałam nie wiem, bo licznik był zalany wodą...Most był najgorzym odcinkiem...Potem było już jakby lepiej, nawet nawałnica ustapiła. Układałam sobie plan...kiedy wrócę do domu, zaraz napuszczę sobie wody do wanny i zagłębię się w pachnących bąbelkach. I ta myśl znowu wywołała uśmich na mojej twarzy i pochwaliłam się za mój porządny charakter. Ale tu musi być dygresja...oooo dawno ich nie było. Dzis rano Fraucia pomyliła kierunki w kociej ubikacji...Zamiast siknąć do środka (stojąc na krawędzi) wystawiła dupkę na zewnątrz i siknęła na dywanik, na którym stoi ubikacja. Słysząc ciurkanie zareagowałm błyskawicznie i kopem w ubikację kocią zamanifestowałam sowje głębokie niezadowolenie. Ale stało się już....Więc dywanik wyladował w wannie, gdzie został poddany procesowi namaczania. Po powrocie z pracy, a przed wyprawą do klubu uprałam to namoczone i powiesiłam nad wanną.
No i właśnie to wspomnienie spowodowało, że znowu miałam powód do radości...Bo trudno byłoby mi prać dywanik, a potem kapać się pod ściekającą z niego wodą. Wyśliłam sobie jeszcze gorącą herbatę (irish cream) mmmm (naprawdę pyszna) i drąc się z Tiną Turner "we don't need another heroooooooooo" dojechałam do domu. Wyżej wymieniona piosenka świetnie komponuje się z rytmem kręcenia pedałami rowerowymi... Wpadłam do domu i mimo, że rozebrałam się natychmiast i wrzuciłam rzeczy do miski narobiłam więcej mokrych plam niz Melka po walce z kranem w wannie. Co spowodowało znowu radosny uśmiech na mojej twarzy. A teraz siedzę sobie wykąpana, w ciepłym szlafroku, pije w/w herbatę i błogo się uśmiecham. Bo takie sytuacje powodują, że ma się wiele powodów do radości...aczkolwiek nie planuję na przyszłość przejażdżek rowerowych w deszczu, zwłaszcza, że tuż koło domu dopadła mnie jeszcze nawałnica dwa...ale i tak mam świetny humor...Czyli znowu optymistyczny akcent na koniec tego odcinka.
ps. Mimo zamontowanych błotników, plecy polara mam upstrzone błotnym szlakiem...ciekawe czemu?
2004-08-20 08:00:45
nowa ja?
właściwie powinnam zmienić opis...no tam, gdzie kolor włosów. Bo kobieta zmienną jest...a ja zainspirowana sugestią mojego nowego fryzjera (no nie tylko fryzjer mnie do zmiany namawiał:-)zdecydowałam się porzucić czerwono-rudy kolor włosów i przejść na ciemniejszy...trudno określić, jaki to kolor...no może ciemna wiśnia pomieszana ze śliwką? Na razie ciąglę się dziwię widząc siebie w lustrze..Od razu przypomniało mi się, jak parę lat temu postanowiłam pominąć pomoc fachowca przy ulepszaniu koloru włosów i skończyło się to dla mnie raczej źle, żeby nie powiedzieć tragicznie. Prawie jak dla Ani z Zielonego Wzgórza, której udało się zafarbować włosy na kolor zielony... No ale do rzeczy. Parę lat temu uchodziłam za blondynkę...i kiedy wróciłam do domu po wakacjach, a włosy miałam bardzo jasne, mocno wybielone przez słońce, wymarzyłam sobie kolor popielaty...Taki też zanabyłam i przystąpiłam do samodzielniej zmiany image'u. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Miałam na głowie zielonkawo-brunatny kołtun...wypisz-wymaluj Venus lotna bagienna...Totalna załamka. Mój ex został oddelegowany do zanabycia kolejnej farby... i jeszcze kolejnej..(mnie się było wstyd z domu riszać i na widok publiczny wystawiać)..ale ten kolor akurat był wyjatkowo trwały...Koniec końców udało się pozbyć zielonkawego odcienia, kolor brunatny pozostał i dłuższy czas chodziłam z włosami ciasno upiętymi przy głowie, zgodnie z zasadą, że im mniej je widać, tym lepiej... Od tamtej pory nie eksperymentuję na własnej głowie swój los oddając w ręce profesjonalistów.
Dziś jeszcze strasznie upalnie, ale ja od dwóch dni kończę dzień nad wodą...i tylko perspektywa popływania po tak upalnym dniu trzyma mnie przy życiu. Ale zgodnie z wieloletnią już tradycją zapowiadają pogorszenie pogody na weekend (dziś jeszcze upalny piatek). No ale mam plan awaryjny...Jeśli będzie padało, wybiorę się wreszcie do kina. Mam jeden film zaległy i dwa nowe do obejrzenia. Jeśli nie będzie padało, to wreszcie wsiądę na rower, bo przy tych upałach to nawet myśleć mi się nie chciało o jeżdżeniu, a co mówić o samej akcji...albo może zrobię sobie dzień lenia? Czyli nic nie będę robiła :-) zobaczymy a potem w blogu opiszemy...
2004-08-15 18:47:57
cd wątku kociego...
Moja siostra nie ma już kotów....Pewnie nie ma o czym pisac...ale troszkę tracą sens poprzednie odcinki bloga....Spytajcie ją jak zredukować pięć kotów do zera....
2004-08-15 18:38:25 Dębki story
a jakże by inaczej, skoro wróciłam właśnie z Dębek? (20 minut temu).Moje wrażenia? Po pierwsze Debki przereklamowane...jak dla mnie to tam za dużo ludzi i w konsekwencji rozpłakanych dzieci, psów sypiących piaskiem na nasmarowane ciałka i wielorybów aż proszących się, żeby je wepchnąć z powrotem do morza...poza tym ok (oprócz cen wywindowanych do granic możliwości), oprócz tego, że stałam w jakichś co najmniej 3 koszmarnych korkach i że jechałam te 430 km 7 godzin. W Dębkach spotkałam Młodego (starego), który tam właśnie się clubbingował.. No nie sam, z przyjaciółmi i z nimi też miał wrócić w niedzielę do Warszawy. No i nie do końca mu sie udało. Około godz. 22, po wstępnym zaaklimatyzowaniu się i po obaleniu 1/3 butelki białego winka (byłyśmy trzy do tego napitku) okazało się, że Młody utknął w lesie, po przejechaniu jakichś 20 km. Okazało się, że oprócz nadmiaru alkoholu wystąpił tu także syndrom nadmiaru słońca i kolega kierowca zaniemógł był porażony słonecznie. A co było robić? Wsiadłam w samochód w towarzystwie Mamuśki (która towarzyszyła mi w Dębkach do środy) i pojechałam przed siebie. Na miejscu zastałam: jeden samochód marki daewoo lanos, jednego chorego kierowcę, jedną młodą spokojną, i jedną młodą rozhisteryzowaną no i oczywiście Młodego, który twierdził, ze rozhisteryzowana ma nazajutrz w Warszawie prezentację życia i musi do Warszawy dojechać. Co było robić? Mamuśka usadziła się w lanosie, ja zabrałam rozhisteryzowaną i Młodego i ruszyliśmy....z prawie Dębek do Gdyni...No nie wszyscy, bo lanos ostatecznie wylądował pod szpitalem w Wejherowie. Dwójkę moich pasażerów udało się dowieźć szczęśliwie do Gdyni, zanabyć im bilety i przy okazji bilety na powrót dla Mamuśki (co okazało się być krokiem nad wyraz przemyślnym i mądrym). W drodze powrotnej zahaczyłam o szpital, gdzie, jak się okazało, pod fachową opieką lekarzy kolega Młodego dochodził do siebie. Miał jeszcze dochodzić jakieś 2 godziny a potem z Młodą (pod której był opieką) przenocować w hotelu i rankiem wrócić do Warszawy. Udało się więc opanować sytuację kryzysową, aczkolwiek liczne grono znajomych i rodziny informowane przez telefon o przebiegu wypadków nijak nie mogło się połapać, no bo, że mama Młodego pomogła, to jasne i zrozumiałe...ale babcia? Wiadomo, że jak się słyszy hasło "babcia" to ma się wizję babci -staruszki z laską i w okularach...Jako żywo, moja Mamcia odbiega od tego wizerunku i udało jej się bez okularów i w ciemnym lesie opanować obcy samochód w dodatku na gaz...
Rankiem jakoś dosypiałyśmy po tych przygodach (powrót do naszego domku w okolicach pierwszej i coś tam) kiedy zadzwonił mój Sister, bo klucze zostawił w Poznaniu i chciał się koniecznie ranną porą (nie było jeszcze ósmej!!!) upewnić, że kluczy tych nad morze nie wywlokłam...A nie wywlokłam...
Nasz domek był nawet ładny....Ale rekomendowany na 4 osoby ..czyli w domyśle przynajmniej 4 spania...Tylko i wyłącznie w domyśle...Sytuacja nie była łatwa, bo były nas 3 dorosłe jednostki : moja koleżanka (organizatorka i pomysłodawczyni tego pobytu), ja i Mamcia. A koleżanka z prawie 3-letnim synkiem...Deklarowane dwa pokoje, z dwoma spaniami i aneksem kuchennym okazały się być jednym pokojem z dwoma leżankami, i kuchnią, w której oprócz wyposażenia kuchennego, stołu i 4 krzeseł stała sobie także kanapa. Nie muszę chyba dodawać, że korzystanie z kuchni, czy łazienki stawiało na nogi osobę śpiącą na kanapie. Zdecydowanie odmówiłam spania na jednej kanapie z Mamuśką i zostałam przygarnięta do pokoju dziecinnego...Nie obyło się oczywiście bez awantury z właścicielką tego przybytku, która zażyczyła sobie 200 zł za dobę za domek. Po długiej i dramatycznej dyskusji, która właściwie osiągnęła apogeum, kiedy to moja mamuśka użyła słowa "koncesja" okazało się, że ostatecznie zapłacimy 150 zł za dobę....Co nawet nam i pasowało. Domek był śliczny, drewniany, miał werandę, na której jadałyśmy posiłki i ogródek, gdzie synek koleżanki mógł się bawić, a ja opalać, jak pogoda uniemożliwiała opalanko na plaży. W sumie wszystkie dni słoneczne, oprócz jednego...który był kompletnie zadeszczony...Ale ten deszcz było naprawdę sympatycznie oglądać z werandy popijając kawę i czytając książkę. Książek przez ten czas poszło z 10....Zawsze tak mam na wakacjach...poszło też 6 flaszek białego wina, 2 małe ajerkoniaki i parę drinusiów. W zasadzie to wakacje rozpoczęły mi się w środę, kiedy odstawiłam Mamcię na dworzec...nie bez przygód oczywiście...Bo pociąg był z Gdyni (55 km)o 16.30, a Mamcia do dostatniej chwili prażyła się na słonku...potem zmarnowała jakieś 15 minut na dopakowanie (a miała być gotowa do drogi!!!), potem jeszcze godziny szczytu między Wejherowem i Gdynią...no i galop przejściem podziemnym prowadzącym bezpośrednio na perony (na szczęście znam to przejście)i szczęśliwe zakończenie czyli odprawienie pociągu z Mamcią o 16,30....A potem już tylko odpoczynek...Ale w przyszłym roku wybiorę zdecydowanie bardziej odludne miejsce....bo łaknę samotności jak kania dżdżu...a raczej nieobecności masy ludzkiej i obecności tylko wybranych jednostek...o czym z przyjemnością informuję kończąc na dziś:-)
2004-08-04 08:43:59 przed urlopem...
wielki tam znowu urlop :-) wyjeżdżam nad morze na tydzień i bardzo mocno trzymam kciuki za to, żeby chcociaż nie padało. Tak w ogóle, to sezon ogórkowy, nic się nie dzieje, więc nawet specjalnie nie mam o czym pisać...No może o tym, że mój Sister zwany czasem Łondą ma już tylko jednego kota, a raczej kotkę...(to w nawiązaniu do bloga pt \"czemu mój Sister zwany czasem Mła ma 5 kotów\"). Reszta poszła w dobre ręce. Cóż raz się lubi koty i ma się warunki do ich utrzymywania a raz nie ....(w sensie warunków, ale lubienia chyba troszkę też).
Rower...rower został uzbrojony i wzbogacony o : błotniki, dzwonek, pipiterek (nie było łatwo do damki dobrać!)i licznik. Teraz przynajmniej wiem, że średnio jeżdżę z prędkością 22/23 km/h i mogę potwierdzić ilość przejechanych kilometrów, potwierdzić, bo podejrzewałam +- ile ich robię.
W ostatni piątek lipca brałam udział w kolejnej masie krytycznej..podobno było 1200 osób, a masa wzbogaciła się o kurierów rowerowych z całej Europy, którzy akurat mieli zlot w Warszawie. Było całkiem całkiem, ciepło i miło. Tyle tylko, że impreza skończyła się na polach mokotowskich i kawałek miałam, żeby do domu wrócić (jakieś 23 km). W drodze powrotnej podjęłam próbę dopompowania koła tylnego (trochi puszcza, która początkowo skończyła się wypuszczeniem całego powietrza z tylnej opony. W obliczu tego, że nie miałam kompletnie żadnego wyjścia z tej sytuacji (pompki ręcznej nie posiadam- bo i po co, skoro na każdej stacji benzynowej są kompresory?)poczyniłam kolejne próby, które zostały uwieńczone sukcesem.
Ostatnio miałam niestety mało okazji do jeżdżenia, bo jednak pogoda była mocno mokra. CZułam się ostatnio jakbym wylądowąła w krainie deszczowców...Mokro i mokro i mokro....Podobno odmiana ma być...obaczymy.
Salsa ...hmmm skończona definitywnie. Z ostatniej zwagarowałayśmy z Dorotką, bo miałyśmy dosyć tego dyskomfortu psychicznego. Nauczyłyśmy się wystarczająco duzo, żeby stworzyć sobie swoją odmianę salsy i tą odmianą się posługiwać.
Dieta? efekty są widoczne, żeby nie powiedzieć namacalne i tak postaram się trzymać, bo luz w ciuchach wprawia mnie w bardzo pozytywny nastrój.
Ostatnio przypomniało mi się nasze powiedzonko z Piwnicznej, akurat wtedy, kiedy obserwowałam w lustrze wysiłki naszej grupki ćwiczącej w klubie sportowym (tam też dojeżdżam na rowerze, oczywiście w dni, kedy nie pada). Jedna z moich Piwnicznych koleżanek rzuciła hasło/powiedzonko \"słuchajcie baby, z chudej krowy i tak sarenki nie będzie, więc po co się tak szarpać?\"....święta racja :-) chuda krowa to chuda krowa i już:-) Co nie oznacza, że tak się właśnie postrzegam...daleko mi jeszcze do takiego wizerunku.
Ostatnio słuchałam w trójce audycji o wychowywaniu dzieci. Bardzo spodobał mi się zapamiętany fragment rozmowy, który pozwolę sobie tu przytoczyć. Rozmawiał tata z 5letnim synkiem zadając ni to sobie ni to jemu retoryczne w zasadzie pytanie \"co robić, żeby z ciebie chuligan/bandyta nie wyrósł?\" na to chłopczyk zamyslił się, spojrzał przeciągle na ojca i odparł \"przestań dawać kotu moje chrupki\" odpowiedź godna co najmniej jakiego tybetańskiego mistrza...Ale oprócz tego, że mnie rozbawiła to znów skłoniła do refleksji, ze rodzimy się ze wspaniałą otwartościa na świat, z wiarą w różne przyrodzone i nadprzyrodzone, ze spontanicznością wielką, poczuciem humoru, intuicją i co tam jeszcze chcecie...A potem otoczenia bliższe i dalsze powoli ogranicza te wszystkie cudne umiejętności ...i dobrze, że czasem stać nas na to, żeby zachwycić się tymi cechami u dzieci...
Ten facet występujący w audycji pisze też bloga i ma kapitalny pomysł, który może skopiuję. Otóz nosi przy sobie notatnik i notuje wszystko, co wpadnie mu do głowy , a co chciałby do bloga wsadzić...Ja też tak mam, ze mi ciągla coś wpada...ale z powodu pamięci niedoskonałej wypada...Więc może notatnik będzie dobrym pomysłem?
No i udało mi się zainaugurować cykl sierpniowego bloga...zawszeć to jakiś pozytyw...

