czarodziejka i ....

niedziela, października 30, 2005

imprezka u Cześka...

No tak, w tym roku postanowiliśmy z Młodymi najechać mojego Tatkę, a Dziadka Młodych, niejakiego Czesława z Katowic. Wypad miał być krótki, sobotnio-niedzielny, w związku z niemożnością wcześniejszego najazdu wyżej wymienionego świętującego. Ruszyliśmy nie bez przygód…No bo co to by był za wyjazd, który nie wiązałby się z jakąś przygodą??? No marny by był…. Zaczęło się zgodnie z planem, czyli o 13.30, po skończonych zajęciach Młodego młodego, który wziął rozpoczął studia w systemie zaocznym, piatkowo-sobotnim. No i kiedy już tak podjechałam pod Młodego to zauważył on i nie omieszkał mnie też o tym poinformować, że nie działa mi jedno z przednich świateł. No kurcze kurcze, nie było wyjścia, trzeba było udać się do serwisu Toyoty i coś zrobić, bo przecież tak to się nie da jechać Wymiana ze wszystkimi czynnościami towarzyszącymi trwała jakąś godzinę (a trzeba Wam wiedzieć, ze Toyota stosuje sztuczki przedziwne, żeby samochód nie był samoobsługowy i w wyniku stosowania tych sztuczek nawet autoryzowany serwis nie jest w stanie wymienić szybciutko żarówek).I już zaraz potem mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Zaopatrzeni w prezenty postanowiliśmy jeszcze uzupełnić prezenty o kwiatki. No jak święto, to święto….myślałam o albo żywych kwiatkach, albo o koszyczku, czyli o jakiejś ładnej, niekłopotliwej kompozycji. I udało się! Znalazłam malutki koszyczek z dużą ilością mini-rózyczek w kolorze czerwonym. Dojechaliśmy cało i w zaplanowanym czasie na miejsce udało nam trafić na spotkanie rodzinne, w którym, oprócz Tatki i Kasi (to panna Tatki, jak mawiają młodzi) byli jeszcze członkowie rodziny ze strony Tatki (siostra z mężem i żoną brata, którego już wśród nas nie ma) i ze strony Kasi (również siostra z mężem ale już bez żony brata). I tu pierwsza dygresja: już kiedyś pisałam, że ta rodzina (rodzina Kasi) stopniem ześwirowania jest porównywalna z nasza rodziną i ze spotkania z nimi zawsze obfitują w różne śmieszne wydarzenia. Tak było i tym razem. Najpierw nas nakarmiono pod dekielek, tzn żadne stałe potrawy wejść już nie mogły, całe szczęście, że płynne się mieściły. A te płynne zdecydowanie podniosły poziom, że tak powiem, radosności imprezki. A to wszyscy mierzyli sobie ciśnienie prezentem urodzinowym Tatki (jak się domyślacie był to aparat do mierzenia ciśnienia), a niektórzy nawet po dwa razy, żeby się upewnić co do wyniku (wyniki były mocno pod wpływem płynnych potraw), a to śpiewali chóralnie piosenki. Które leciały jako tło z aparatury grającej…No tu palma pierwszeństwa należy się Młodym za brawurowe wykonanie w języku angielskim piosenki przewodniej z Tytanica z leciutkim wsparciem Celine Dion. W imprezie wpisało się także wspólne robienie zdjęć i dokumentowanie różnych etapów przyjęcia urodzinowego: A to Karolcia (siostra Kasi) próbowała wyrównać poziom swojego wzrostu ze wzrostem Młodych korzystając z krzesełka, a to Ludwiś (jej mąż) próbował rozmieszać nas spod stołu w trakcie robienia rodzinnej fotki, a to Młodzi prezentowali do zdjęcia Ludwisia w poziomie, a to znowu Karolcia „nabrykneła” na Młodego młodego… No i tu znowu musi być dygresja. Kiedyś, kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, każda wizyta Tatki u nas kończyła się procedurą „nabrykiwania” na Dziadka. Wyglądało to tak, ze młodzi (pojedynczo) rozpędzali się i wskakiwali na Dziadka. Dziś, jak widać, role się odwróciły i to Karolcia (niejako w imieniu Tatki) nabryknęła na Młodego młodego. No i zapomniałabym jeszcze o koszyczku z różyczkami. Kasia postanowiła zliczyć je wszystkie (no być może próbowała jakoś zająć sobie czas, albowiem z powodu nieużywania potraw płynnych jakoś nie mogła znaleźć wspólnego języka z pozostałymi uczestnikami przyjęcia). I po zliczeniu okazało się, że różyczek jest dokładnie tyle ile lat kończył Tatko. Obliczenia w pierwszym momencie zostały zakwestionowane przez Karolcię, ale ona, w przeciwieństwie do Kasi używała tych płynnych, wiec należało przyjąć margines błędu, zwłaszcza, że trzecie przeliczenie Karolci potwierdziło ostatecznie, iż liczba różyczek w koszyczku zgadza się z rocznicą urodzin Tatki. To był absolutny przypadek…,albo nie…., ale nie wszyscy uczestnicy przyjęcia uwierzyli, ze liczba różyczek zupełnie niechcący zgadzała się z liczba ukończonych lat przez Tatkę. No trudno, udowadniać niczego nie będę. Wizyta była naprawdę udana. Jak zwykle zostaliśmy nakarmieni do tzw wypęku i nie sposób nie jeść, kiedy Kasia serwuje jedzenie. Jest ona po prostu mistrzynią sztuki kulinarnej i zostało to dowiedzione raz na zawsze. W wyniku zaciśnięcia więzi rodzinnych z rodziną od strony Kasi zostaliśmy zaproszeni z Młodymi na urodziny Ludwisia, które to urodziny miały miejsce w ostatni piątek. Oczywiście postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia, a ja nawet wzięłam dzień urlopu, coby ruszyć w ciągu dnia. Niestety nie wzięliśmy pod uwagę faktu, ze jest to czas przedświąteczny i sporo Warszawiaków postanowiło udać się na południe. Na moje oko wszyscy, albowiem po dwóch godzinach mieliśmy na liczniku 40 km, z powodu korka giganta, który nie był spowodowany żadnym wypadkiem drogowym, tylko faktem, ze droga zbliżała się do zwężenia do pojedynczej nitki. W tej sytuacji podjęliśmy kolegialna decyzję o powrocie do domu, bowiem wszystko wskazywało na to, ze na imprezę urodzinową Ludwika trafimy ze sporym poślizgiem, czyli że jest szansa na trafienie na tzw. after czyli imprezę powtórzeniową (poimprezkę) w dniu następnym. Prezent dla Ludwika został zdeponowany u Tatki i trafił w ręce obdarowanego w dniu wczorajszym. Podobno zaskutkował serią wyczynów gimnastycznych Ludwika (stanie na rękach i inne fikołki) ale relację o tym wydarzeniu znamy tylko z wersji telefonicznej, więc jest niepotwierdzona. Dodam tylko tyle, że od dnia dzisiejszego Ludwik może sobie wiercić gdzie chce i kiedy chce, więc uprasza się Karolcię o nadzór wyżej wymienionego Ludwika. Pewnie będzie ciąg dalszy bloga o zacieśnianiu więzi stołeczno-śląskich albowiem spodziewamy się wizyty rodziny od strony Kasi w najbliższy piątek, ale nie uprzedzajmy wydarzeń.... No i znowu komentarze przeniosłam tu, bo jakieś elementy niepolskie sie uczepiły...a sio! no proszzzzzz... człowiek tu chwile nie zagląda a tu jakie płodne dni :-) W. By Anonymous, at 6:04 PM Ty się kochany nie dziwuj, tylko oprawiaj :-) bo materiału masz po pachy :-) By Anna Czarodziejka, at 6:30 PM

chyba trochę historycznie....

Sięgam pamięcią wstecz i nie pamiętam, żebym kiedykolwiek była tak zajęta jak teraz. Praca (ta w wymiarze dziennym) wydłużyła mi się do jakichś dziwnych norm nie-norm (no przeciętnie 9-10 godzin), a rekordem był ostatni czwartek (13 godzin). Nie jest to takie złe, bo, może to dziwne, ale lubię swoją pracę i mam świadomość, że ten nadmiar obowiązków wynika z pewnych zdarzeń, które trafiają się raz do roku, albo raz na zawsze. Pewnie w jakiś sposób maja wpływ na moje zdrowie, bo organizm powiedział ostatnio „stop”. Pewnie to „stop” to był jeden ze składników składowych tego, co mi się przytrafiło . A przytrafiło się jakiś miesiąc temu. W związku z tym, ze cos musiałam pilnie skończyć, a dzień roboczy kończył się także, a głowa bolała mnie w taki sposób, że nie mogłam się skupić, postanowiłam zażyć coś anty-bólowego. W apteczce firmowej był tylko ibuprofen (a na niego uczulona jestem na pewno) wiec zwróciłam się o pomoc do koleżanki z pracy i dostałam lek przeciwbólowy, nie powiem jaki, żeby nie robić antyreklamy. No i okazało się, że jeśli chodzi o ten lek, to uczulenie przybiera postać maegauczulenia. Zaczęło się od szybszego tętna no i ogólnie złego samopoczucia. Tzn., czułam, że coś się ze mną dzieje niedobrego, czego nie mogłam wyraźnie określić. Na szczęście w pracy była jeszcze koleżanka-lekarka, która wzięła mnie pod opiekę i postanowiła podrzucić mnie do najbliższej poradni w celu zaaplikowania czegoś przeciwuczuleniowego. Zgodziłam się bez oporów, aczkolwiek już na miejscu, w poradni, mój organizm przestał mnie słuchać. Ja chciałam siedzieć, on wolał pozycję leżącą. W ten sposób znalazłam się na podłodze w gabinecie, ze stołkiem włożonym pod nogi (ważne przecież, żeby głowa była niżej a nogi wyżej). No i od tego momentu zaczęła się huśtawka: raz lepiej raz gorzej, ale generalnie ku gorszemu. Serce przyspieszyło, ciśnienie skoczyło i tylko słyszałam, jak wzywają pogotowie. Pogotowie przyjechało (nie wiem kiedy, bo chyba straciłam poczucie czasu) ale nie mogło mnie zabrać, bo nie miało opcji leżącej, a każda moja próba podniesienia się ponad poziom kończyła się pogorszeniem samopoczucia (okazało się, ze może być jednak gorzej). W końcu, po wezwaniu drugiej karetki trafiłam do szpitala, gdzie leżałam sobie grzecznie w czymś w rodzaju przedpokoju, z kroplówką w ręku, gdzie przez czas dłuższy pies z kulawa noga mną się nie zaopiekował. Rozumiem, selekcja naturalna. Jak ktoś wytrzyma te dwie godziny, to można go leczyć, jak zejdzie, to i tak szkoda zachodu. Jednak wzięłam i nie zeszłam, więc musieli się w końcu mną zająć. Zrobili mi jakieś badania krwi, a w międzyczasie mój stan zaczął się powolutku stabilizować. No nie na tyle, żebym mogła przyjąć pozycje bardziej pionową, no nie, tu nadal przy próbach organizm dawał mi do zrozumienia, że preferuje pozycję najbardziej poziomą z poziomych. Koniec końców okazało się, że nie jest aż tak źle, żebym została w szpitalu, wiec koło północy mogłam wyjść, dzięki pomocy mojego exa i Młodych. Faktem jest, ze poznali mnie tylko po ciuchach, bo na twarzy byłam mocno spuchnięta i pokryta plamami, które, biorąc pod uwagę okoliczności, mogły być wzięte za opadowe. Udało mi się dojść do siebie i dotrzeć do domu, gdzie przez trzy dni nękana opuchlizną, bólem prawej strony szczęki (nikt nie wie dlaczego), swędzącymi plamami na całym ciele i wysoką temperaturą jakoś do siebie doszłam. Spotkałam się z dużą troska ze strony świata zewnętrznego (w tym od koleżanki lekarki, która zaordynowała mi te 3 dni rekonwalescencji), min zadzwoniła do mnie moja szefowa, która spytała, dlaczego łykam leki, na które jestem uczulona….no comments Każdy uczuleniowiec wie, ze można zażyć co bezpiecznie 100 razy, a za 101 organizm powie „nie, tego leku to my już nie tolerujemy”. Nauczka dla mnie, żeby podchodzić bardziej ostrożnie do tego co zażywam, no i przyzwyczaić się, ze może być już tylko gorzej. Zawsze wtedy sobie mówię, że to naprawdę świetnie, że mój problem medyczny jest zdiagnozowany i leczony, i że są ludzie, którym jest dużo dużo gorzej. W porównaniu z nimi to ja jestem zdrowa jak rybka, czego i Wam życzę :-)