
Znam tylko jedno miejsce, gdzie zima jest tak piękna. To Piwniczna, czyli Beskid Sądecki. Spędziłam tam uroczy tydzień na samym początku stycznia. Oprócz tego, że śniegu było mnóstwo, to i mróz osiągnął pewne rekordowe niskości (no tak do minus 20).
Pobyt w Smreku był baaardzo udany, bo wybrałam się tam w doborowym towarzystwie.
Osiągnęłam same rekordy: tzn cowieczorna wizyta i czynny udział w smrekowej dyskotece (nigdy nie bywałam na KAŻDEJ), ilość wypitego alkoholu (jak na mnie to przekroczyłam półroczną normę zużycia trunków procentowych), rekordowy brak negatywnych reakcji po spożyciu tego co powyżej i rekordowo dobry nastrój.
Wprawdzie szyki popsuła mi lekka zaraza (z udziałem podwyższonej temperatury), ale ona też minęła w rekordowym tempie łaskawie pozwalając mi na cowieczorne wygibasy.
Po raz kolejny też uzyskałam dowód na to, że to nie miejsce tworzy atmosferę, tylko ludzie. A ściślej rzecz biorąc moje współspaczki Dorotka i Miśka.

No i tyle tytułem króciutkiego wprowadzenia, teraz pozostało tylko podelektować się widokiem prawdziwej zimy...